Zaporoże – stalowe serce Ukrainy

Każde z nas ma miejsca, do których prędzej czy później musi trafić. Dla mnie jednym z nich było Zaporoże. Brzmi dziwnie? Spójrzmy tylko! Z wykształcenia jestem historykiem. Sicz Zaporoska to kawał historii Ukrainy i Polski, a sam region zaporoski uznawany jest za kolebkę ukraińskiej państwowości. Jako podróżnik uwielbiam klimaty wschodnio-industrialne, a słynna huta Zaporiżstal i gigantyczna zapora na Dnieprze to wizytówki miasta. Koniec końców jako dzieciak byłem zafascynowany motoryzacją, a do dzisiaj darzę ogromnym sentymentem samochody produkcji amerykańskiej i radzieckiej (cóż za połączenie!). No a nie muszę chyba wyjaśniać gdzie składano legendarne Zaporożce 😉

Podczas nocnego zwiedzania Zaporoża robotę robi niebiesko-żółte podświetlenie ważnych budynków. Na zdjęciu sala koncertowa Zaporoskiej Filharmonii Obwodowej.


Miasto jednej ulicy

Zaporoże można śmiało nazwać miastem jednej ulicy. Prospekt Sobornyj, bo tak się owa ulica nazywa, rozciąga się na odcinku 11 kilometrów pomiędzy stylowym dworcem kolejowym a wspomnianą we wstępie zaporą. Podążając wzdłuż Sobornego można dotrzeć do niemal wszystkich lokalnych atrakcji, chociaż nieraz wymaga to półgodzinnego spaceru w jedną z dwóch dostępnych stron. Zaporoże jest miastem niezwykle rozległym. Szczerze mówiąc chyba nie widziałem dotąd miasta, które byłoby tak rozstrzelone geograficzne. 15 minut pieszo to odległość, którą w tamtejszych warunkach określić można mianem „za rogiem”. Dlatego proszę Was o to, by wszelkich wzmianek o popularnej aplikacji Uber nie brać za reklamę – nie tylko bowiem nie wziąłem za nie żadnych pieniędzy, ale wręcz sporo ich zostawiłem w kieszeniach zaporoskich kierowców 😉

Zwiedzanie Zaporoża rozpoczęliśmy od dworca kolejowego i niezmiennie od tego czasu uważam go za perfekcyjny punkt startowy. Wychodząc z socrealistycznego gmachu trafiliśmy w sam środek typowego dla wschodu Europy zgiełku. Gdzieś w gąszczu marszrutek i spieszących się pasażerów miejscowy żul zasnął na chodniku tarasując wejście do jednego z przydworcowych barów. Wspaniały ruch! Nieco mniej wspaniałe było nasze poszukiwanie właściwego przystanku. Ale po kilku minutach znaleźliśmy odpowiedni numer autobusu i ruszyliśmy w podróż rozpoczynającą się utonięciem w gąszczu zabudowań fabryki AvtoZAZ.

Fabryka fabryką, ale Zaporoże faktycznie może uchodzić za mekkę dla miłośników wschodniej motoryzacji. Nigdzie indziej, a mam porównanie z całkiem sporą liczbą miast, nie widziałem na ulicach tylu klasyków! Co więcej, bardzo często te samochody są w świetnym stanie i pomimo dekad na karku wciąż cieszą oko. Gdyby komuś było mało, to w mieście znajduje się też muzeum klasycznej motoryzacji. Przez nieco ponad dzień myślałem, że uda nam się tego zachwytu doświadczyć jedynie z zewnątrz, ale pewnego poranka kurs na Uberze przyjął kierowca Łady Samary… Byłem pewien, że to jakiś nowy model (nie do końca ogarniając, że takowy nie istnieje), ale na szczęście ukraińska wersja apki nie ma żadnych głupich ograniczeń typu „auto musi być młodsze niż 10 lat”. Retroprzejażdżka w Zaporożu stała się więc faktem!


Lot do świata techniki

Kawałek za niepozornym dworcem autobusowym warto odbić w ulicę Łukaszewicza, która wspina się przez niekoniecznie najładniejszy rejon miasta, by osiągnąć Radiorynek. Położony przy torach bazar to jednak zaledwie przystanek w drodze do Muzeum Techniki Bohusłajewa, placówką związaną z kultową linią lotniczą Motor Sicz. Kultową, bo wciąż latającą na zabytkowych radzieckich Antonowach. Bilety do muzeum są darmowe dla posiadaczy biletów lotniczych na trasie Kijów – Zaporoże, ale sama opłata nie jest oczywiście wysoka. Muzeum to ciekawa wariacja na temat techniki i… radzieckich pamiątek, wśród których znaleźć można nawet replikę opisywanego przeze mnie kilka miesięcy temu pomnika w berlińskim Treptower Parku

Wróćmy jednak na ziemię – i do głównej ulicy. Region oznaczony na mapie jako Stare Miasto to jedno z wielu quasi-centrów Zaporoża. Warto zatrzymać się tam na chwilę pod Teatrem Muzyczno-Dramatycznym im. Mahara, albo wstąpić do Muzeum Krajoznawczego. Kawałek za teatrem znajduje się przyjemna restauracja U Kamina, przy której po rozklekotanym torowisku pędzą (albo próbują pędzić) tramwaje. Podążając dalej Prospektem Sobornym trafimy na jakże typowy dla regionu pomnik czołgu i dojdziemy do placu Puszkina, na którym umieszczono niepozorny pomnik upamiętniający wizytę pisarza w mieście. Stamtąd warto podjechać kilka przystanków autobusem i wyskoczyć na Placu Festiwalowym, gdzie zaczyna się drugie centrum miasta.

Z wizytą pod ukraińskim Spodkiem

Na Plac Festiwalowy najlepiej wybrać się wieczorem, gdy okazały gmach Administracji Obwodowej zostaje podświetlony na żółto-niebiesko. Budynek stał się areną lokalnych walk podczas Euromajdanu. Protestujący zostali wówczas odparci przez siły rządowe, ale na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych. Naprzeciwko urzędu znajduje się park ozdobiony dumnym napisem „Zaporoże – kolebka ukraińskiej państwowości”.

Wizyta na Placu Festiwalowym to kolejna okazja do porzucenia na moment głównej alei. Kilka ciekawych atrakcji czeka bowiem przy biegnącej równolegle ulicy Niepodległej Ukrainy. Warto rzucić okiem na Kontrkatedrę i Teatr Młodzieży, ale największą atrakcją jest tutaj gmach Cyrku Państwowego, który wygląda jak ukraińska wersja katowickiego Spodka. I to w sumie tyle jeśli chodzi o polecanie, bo cyrki to jedno z miejsc, których od środka staram się unikać.

Spod cyrku już tylko kilka kroków dzieli nas od ozdobionego fontanną (oczywiście wyłączaną na zimę) Placu Majakowskiego. To tutaj swój bieg zaczyna imponująca Aleja Majakowskiego, czyli pieszy bulwar prowadzący nad Dniepr wśród setek drzew i ławek. Dojście z Prospektu Sobornego nad rzekę zajmuje około 25 minut, chociaż po drodze mija się zaledwie trzy skrzyżowania. Aleja zwieńczona jest kaskadowym zejściem ku rzece przyozdobionym pomnikiem tęczy. Warto zatrzymać się w znajdującym się tuż obok Parku Wozniesieniwskim. Szczególnie jeśli do Zaporoża przyjedziecie wiosną lub latem, bo zimą tego typu atrakcje niestety mnie ominęły.

A skoro już o Dnieprze mowa to oczywiście stanowi on jedną z większych atrakcji miasta, chociaż akurat przylegający do centrum miasta brzeg jest nieco przytłumiony przebiegającą tuż obok drogą szybkiego ruchu. Przy dobrej pogodzie można zatrzymać się na plaży i wypić drinka w jednym z okolicznych barów.

Nie(ch) żyje ZSRR?

Wróćmy jednak na Prospekt Sobornyj. W całym swoim biegu aleja łączy funkcje mieszkalne i usługowe. Klasyczne sowieckie bloki z zabudowanymi balkonami mieszają się przy niej z klasycystycznymi gmachami teatrów i domów kultury. Stałym elementem tej mozaiki są sklepy z piwem rozlewanym z kranów na wynos – patent, który pierwszy raz odkryłem w Mińsku i w którym z miejsca się zakochałem.

Kawałek za skrzyżowaniem z Aleją Majakowskiego do gry powoli wkracza socrealizm. Budynki stają się coraz bardziej reprezentacyjne, a moją wyczuloną na sowieckie akcenty uwagę przykuwa rozciągający się po obu stronach alei kompleks parkowy. Park Chwały Pracy to atrakcja w starym stylu. Pod pomnikiem żołnierzy-internacjonalistów można złożyć kwiaty tym, którzy angażowali się w rozmaite operacje pokojowe, takie jak wjazd do Czechosłowacji w sierpniu 1968. Co najmniej wątpliwe karty z historii Kraju Rad przeplatają się tam jednak z tymi zupełnie „normalnymi” w warunkach zimnej wojny, więc można optymistycznie założyć, że wieńce honorują członków Brygad Międzynarodowych i kubańskich rewolucjonistów.

Naprzeciw pomnika internacjonalistów znajduje się jeszcze jeden kompleks, upamiętniający Wielką Wojnę Ojczyźnianą. Wprawne oko dostrzeże tam m.in. tablice ku czci oficerów NKWD.

Kawałek za parkiem wkraczamy wreszcie w stary, dobry i wschodni „socrealizm centrów miast”. Reprezentacyjne gmachy są tu wsparte na wysokich kolumnadach, a dostępu do Prospektu strzegą charakterystyczne „wrota”. Jeśli mam być szczery, to jest to oczywiście ładny kawałek Zaporoża, ale blok wschodni widział ciekawsze założenia urbanistyczne. W związku z tym spacerując socrealistyczną częścią Sobornego warto poświęcić czas na wypady bocznymi ulicami. W szczególności bulwar Szewczenki jest cenną arterią dla zaporoskich turystów – znajdziemy tam m.in. pomnik samolotu Ławoczkin Ła-11 (nie ukrywajmy, że właśnie tego szukamy na Wschodzie!) i hotel Khortitsa Palace położony na samym końcu dłuuuugiej ulicy. A za nim są już tylko Dniepr, plaże i budżetowa Venecia, w której spałem i którą mogę polecić.

Przekraczając „wrota”, które wieńczą ten dość krótki kawałek Sobornego, mamy przed sobą jeszcze jeden odcinek alei. To miejsce docelowe wszystkich tych, którzy szukają McDonalds’a, stadionu piłkarskiego, albo niewielkiego, ale bogato wyposażonego Muzeum Historii Broni (połączonego ze sklepem z bronią niekoniecznie historyczną). Pora jednak opuścić Prospekt Sobornyj i udowodnić, że chociaż Zaporoże zasługuje na miano miasta jednej ulicy – to poza nią też ma wiele do zaoferowania.

Dniepr poskromiony

Jeszcze kilka lat temu Prospekt Sobornyj zwieńczony był największym na Ukrainie pomnikiem Lenina. Dzisiaj po wodzu rewolucji został tylko cokół dumnie ozdobiony ukraińskimi symbolami. Bo chociaż w Ukrainie wciąż można natknąć się na różne radzieckie pamiątki, to „Leninopad” zakończył się pełnym sukcesem. No, prawie, bo nie ruszono pomnika w Czarnobylu. Przy barwnym cokole droga gwałtownie skręca i prowadzi do symbolu miasta – gigantycznej zapory na Dnieprze, wizytówce Dnieprzańskiej Elektrowni Wodnej. Zbudowana w latach 1927-32 elektrownia była przed wojną największym takim obiektem w Europie i trzecim na świeci

Nieodłącznym dodatkiem do tamy i wielu zaporoskich mostów są… liczni wędkarze. Muszę przyznać, że do dzisiaj nie wiem, czy czegoś tam nie przeoczyłem, bo wysokość, z jakiej spuszcza się tam wędki do wody jest oszałamiająca, ale do dzisiaj nie potrafię znaleźć innego wyjaśnienia – to musieli być wędkarze. Tym, którzy nie mają wędek, pozostaje uzbroić się w aparat fotograficzny – zapora to świetny punkt widokowy na znajdującą się naprzeciw wyspę Chortycę.

Jakość nocnych zdjęć robionych przez mój telefon to zniewaga dla DniproHES-u.

Zaporoska tama to nie tylko budząca podziw instalacja, ale też niema świadkini jednej z wielu drugowojennych tragedii na terenie Ukrainy. 18 sierpnia 1941 roku wycofujące się przed Niemcami oddziały NKWD wysadziły tamę celem zalania wojsk nieprzyjaciela. Fala powodziowa spowodowała śmierć kilkudziesięciu tysięcy niepoinformowanych o niczym cywili (szacunki podają 20 000 – 100 000 ofiar). Na marginesie warto wspomnieć, że nie zabito, ani nawet nie zatrzymano zbyt wielu żołnierzy Wehrmachtu. Tragiczny wojenny epizod kładzie się cieniem na historię tego niewątpliwie jednego z największych osiągnięć radzieckiej inżynierii. Po wojnie zapora została odbudowana i do dziś służy Republice Ukrainy

Kozacy i bogowie

Wszystkie drogi turystów mierzących się z ogromem Zaporoża prowadzą na Chortycę, najbardziej znaną wyspę Ukrainy. Udało mi się jej doświadczyć niemalże podwójnie, bo w sennej i mglistej pogodzie podczas jednego z lutowych przedpołudni. Zaczęliśmy od przejażdżki Uberem pod remontowany (obecnie już bardziej opuszczony…) gmach Muzeum Kozaków Zaporoskich, który robi wrażenie wbudowanej w ziemię bazy wojskowej. Stamtąd już kilka kroków dzieliło nas od Siczy Zaporoskiej.

Tutaj nie obejdzie się bez akapitu historycznego. Na przestrzeni dekad i wieków umiejscowienie politycznego centrum Siczy Zaporoskiej ulegało zmianie. Można więc powiedzieć, że w odniesieniu do miejsca „sicz” jest pojęciem ogólnym. Chortycką sicz wyróżnia to, że była pierwsza. I chociaż była krótkotrwała (funkcjonowała w zasadzie rok i została zniszczona w 1557 r.), to właśnie ona urosła do rangi narodowego symbolu.

Po ponad czterech stuleciach, Sicz Zaporoska wróciła do miasta Zaporoże w formie skansenu, w którym można odwiedzić m.in. dom atamana i drewnianą Cerkiew Najświętszej Bogurodzicy. To ciekawe miejsce, chociaż polecam raczej zwiedzać je latem i w połączeniu z pokazami artystycznymi. Pokazy są mocną stroną wyspy, bo oprócz muzeum działa tam kozacki teatr konny. Nie udało mi się zobaczyć go w akcji, ale jest polecany zarówno przez zaporożan, jak i speców od turystycznego marketingu.

Wizyta w Siczy była przyjemna, ale ja długo nie zapomnę tego, co przeżyłem tuż po niej. Korzystając z kilku godzin wolnego czasu postanowiliśmy zapuścić się w leśne ścieżki Chortycy. Zasłonięta poranną, lutową mgłą wyspa powoli odkrywała przed nami historię znacznie starszą od Kozaków. Chortyca była bowiem zamieszkana już w neolicie, a później upodobali sobie bowiem Scytowie i Słowianie, po których zostały ślady archeologiczne w postaci pochówków. Współczesne rekonstrukcje pradawnej kultury Chortycy opierają się na na jednym motywie przewodnim – wierzeniach pogańskich.

Wypad na Chortycę był dla mnie pierwszym tak bliskim spotkaniem z rodzimowierstwem. Do kolejnych miejsc świętych prowadziły nas charakterystyczne wstążki wpięte w pozbawione liści gałęzie drzew. Ukryte między drzewami odrestaurowane stanowiska archeologiczne przeplatały się z bardziej współczesnymi miejscami kultu. Byliśmy tam sami, ale ciężko było oprzeć się wrażeniu, że reanimacja pogańskich kultów tchnęła w las alternatywne życie.

Krajobrazu Chortycy dopełniają wielkie słupy energetyczne.

Serce, które zabija?

Zbliżając się do końca zaporoskiej relacji napiszę jeszcze o ostatnim miejscu, jakie odwiedziliśmy przed złapaniem pociągu do Dniepru. To huta Zaporiżstal, gigantyczny kombinat założony jeszcze przed wojną. Zaryzykuję twierdzenie, że to największy obiekt przemysłowy, jaki widziałem w życiu. Jadąc wzdłuż huty można podziwiać niekończący się gąszcz rur, kominów, magazynów i wszystkiego co wchodzi w skład takich atrakcji (nie będę udawał, że się na tym znam). Ostatecznie udało mi się nawet wmieszać na chwilę w tłum robotników spotykających się między zmianami, ale bez wątpienia na pierwszy rzut oka można było zobaczyć kto swój, a kto zachodni turysta.

Życie w zdominowanym przez hutę Zaporożu nie jest jednak kolorowe. Miasto od lat boryka się z zanieczyszczeniem środowiska, a niektórzy mieszkańcy mówią wprost, że huta nie daje już życia, ale wręcz przeciwnie – zabiera je. Na Śląsku też coś o tym wiemy. A może polubiłem tak Zaporoże właśnie dlatego, że przypomina mi rodzinny Śląsk? Chociaż ile ja bym dał za taką rzekę zamiast katowickiej Rawy!

Zaporiżstal to oczywiście nie jedyny pomnik zaporoskiej industrii. Gdzieś po drugiej stronie rzeki namierzyłem wielki kamieniołom, na terenie którego znajduje się coś w stylu wyschniętej śluzy szumnie podpisanej na Google Maps jako „tama asuańska”. Brzmi intrygująco?

Wiele pozostaje jeszcze do odkrycia. Mam nadzieję, że będę miał okazję. A jeśli się nadarzy, to do Zaporoża lecę z ekipą Motor Sicz.

Dodaj komentarz