Zanim wyruszymy w świat, albo czego nauczyły mnie podróże po Europie

Zanim wyruszymy w świat, albo czego nauczyły mnie podróże po Europie

Jeśli zdarzyło Wam się wcześniej zajrzeć na mojego bloga, być może kojarzycie, że zacząłem go pisać po tym, jak postawiłem sobie za cel odwiedzenie wszystkich państw Europy. Nazwijcie mnie kolekcjonerem to… przyznam się, bo nim jestem. Ale tym razem nie chodziło o kolekcjonowanie. Chciałem odwiedzić jak najwięcej bliskich mi miejsc i kultur zanim zetknę się z tymi bardziej odległymi. Ot, taktyka małych kroków. Dzisiaj mam cały ten plan, po kilku korektach, za sobą. Czy czuję się spełniony? Niekoniecznie, ale na pewno czuję się pełniejszy.

Czy tyle bliskich wyjazdów, zamkniętych w realizacji pewnego kolekcjonerskiego marzenia, miało sens? Moim zdaniem tak, bo jestem znacznie lepiej przygotowany do dalszych wojaży. Bynajmniej nie chodzi tu o sprawy organizacyjne – ale pewne głębsze problemy podróżowania i naszego stosunku do świata. Zawarłem je w czterech punktach, którymi chciałbym się z Wami (ale również z sobą, bo pismo bywa pewniejsze niż myśli) podzielić.

Wszyscy ludzie są braćmi (i siostrami) – czyli nauczyłem się lepiej traktować obcość.

Zupełnie poważnie, za największy problem podróżowania uważam replikowany przez pokolenia Europejczyków dominująco-lekcewazący stosunek do odwiedzanych społeczeństw. Sam wielokrotnie złapałem się na tym, że przeżywam podróże do biedniejszych krajów jak swego rodzaju wyprawy do skansenów – i podjąłem głębokie postanowienie poprawy. Popularny lewicowy slogan nawołuje do tego, by „poznać swój przywilej”. Myślę, że to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie powinniśmy zrobić przygotowując się do podróży.

Co konkretnie mam na myśli? Przede wszystkim – nie zachowujmy się jakby odwiedzane miejsce było wesołym miasteczkiem z zabawkami i kukiełkami. Jako goście mamy całkiem sporo przywilejów, ale też obowiązków wobec lokalsów i ich otoczenia. Wizyta na podupadłym osiedlu robotniczym gdzieś w głębokiej Ukrainie to być może unikalna szansa, by okazać tamtejszym ludziom wsparcie przez rozmowę i wymianę doświadczeń (sam pochodzę z miasta, które ma takie osiedla, w Polsce). Tymczasem żyje w nas coś takiego, co każe zrobić kilka „ciekawych” zdjęć i wysłać je znajomym z podpisem „EJ PATRZCIE KURWA JAKA BIEDA HAHA UKRAINA KURY CHODZĄ PO DRODZE”.

To tylko wierzchołek góry lodowej. Podstawą powinno być też uważanie na język – bo w nim przejawia się bardzo wiele pozornie ukrytych mechanizmów deprecjonujących drugiego człowieka. Weźmy na przykład omawiane niedawno na jednej z fajniejszych grup podróżniczych słowo „sowiecki”. Okej, sam go używam, ale zazwyczaj w wyrażeniach typu „lubię sowiecką architekturę”. To jeszcze nie grzech. Niejednokrotnie słyszałem jednak hasła w stylu „nie ma sensu tam jechać, typowo sowieckie miasto”. Albo „ale tu jest ponuro, tak sowiecko”. Tymczasem ta „sowieckość” jest rzeczywistością, w której żyją i funkcjonują tysiące ludzi. Również Polaków. Część z nich nie zna, albo wręcz nie może poznać innego świata. Czy to oznacza, że zasługują na wrzucenie do worka dla gorszych, niższych, mniej wartych uwagi? Widząc świat przez pryzmat prostych klasyfikacji nie zrozumiemy go – ani tym bardziej nie zmienimy. A ja uważam, że możliwość zmiany to jedna z najpiękniejszych cech wszelkiego przemieszczania się.

O chęci zerwania z patologiami świata turystyki napiszę jeszcze niżej, ale kończąc wątek obcości chciałbym zwrócić Waszą uwagę na relacje ekonomiczne, w jakie wchodzimy z odwiedzanym miejscem. Korzystanie ze zorganizowanych wycieczek czy sieciowych hoteli jest generalnie okej, ale warto zastanowić się, czy nie mamy opcji bliższego kontaktu z odwiedzanym miejscem. Bardzo często lepszym wyjściem jest zostawienie nieco pieniędzy w lokalnych hostelach i osiedlowych sklepach. Podobnie sytuacja ma się z przewodnikami – możemy ogarniać centralne wycieczki, ale o wiele fajniejszą opcją będzie dać zarobić (albo po prostu wygadać się) jakiemuś lokalnemu miłośnikowi historii. To gdzie wydajemy pieniądze ma ogromny wpływ na to jak kształtowane jest lokalne środowisko – szczególnie w krajach, które dopiero otwierają się na turystykę. Bądźmy rozważni i bądźmy świadomi 😉

Podróż jest chwilą, nawet pod Koloseum czyli jak wyzbyłem się podróżniczych oczekiwań

Chyba każdy z nas przyjechał kiedyś do miejsca, o którym od dawna marzył i po długich przygotowaniach przeżył mniejsze lub większe rozczarowanie. Dla mnie takim brutalnym przebudzeniem był Amsterdam. Wiem, że trafiłem tam w złym okresie, bo była to majówka, ale turystyczny rozpie… prz zastany na miejscu przeszedł wszystko co widziałem w Rzymie, Londynie czy Berlinie. Kojarzycie słynny napis (I’AM)STERDAM? Ja też kojarzę – i to w sumie tyle, bo pomimo bycia pod nim nie zobaczyłem go 😀 Liczba turystów była przytłaczająca – przed napisem, za napisem i na napisie. Kolejki do Rijksmuseum czy Muzeum Heinekena ciągnęły się na kilkaset metrów – i to dla ludzi z rezerwacjami. „Sklepy z kawą” też były wypełnione po brzegi, bo pogoda nie dopisywała. Jednym słowem dramat, po którym świetnie odpoczywało mi się w pozornie mniej interesującej Hadze.

Po Amsterdamie zacząłem nastawiać się na mniej – a co za tym idzie mniej planować i czytać przed podróżą. Najbardziej opłaciło się to w Rzymie, do którego jechałem bez żadnych oczekiwań. Brzmi jak szaleństwo? Być może, ale wjeżdżając do Wiecznego Miasta byłem zupełnie otwarty na przeżycia. Do tego stopnia, że podczas przypadkowego snucia się po mieście bardzo zaskoczyło mnie wyrastające nagle przez oczami Koloseum. Gdybym od tygodnia nie spał myśląc o tym jak wspaniałe będzie Koloseum, nie przeżyłbym niczego.

Rozmiary, jakie w świecie współczesnej turystyki przybrała promocja, nie służą nikomu. Techniki przekazu informacji wyprzedzają nasze zdolności percepcji – świetnym przykładem tego są zdjęcia z drona, które wyciągają z wielu miejsc znacznie więcej niż ludzkie oko (i przystawiony do niego obiektyw). Jasne, że miło się to wszystko ogląda w internecie – ale jeśli wejdziemy w ten podkoloryzowany świat zbyt mocno, będziemy tracić przeżycia. Warto przelać promocyjne panegiryki przez sito obiektywizmu – wszak jadąc do Amsterdamu czy Belgradu nie jedziemy do miejsc aż tak odległych od Katowic czy Warszawy, by spodziewać się po nich doświadczeń z innej galaktyki. Na Dalekim Wschodzie może być nieco inaczej, ale to przecież wciąż nieodłączna część naszego, całkiem ograniczonego, świata.

Ile murów zostało w Europie? Czyli nauki o Starym Kontynencie, który jest bardziej złożony, niż nam się wydaje

Kiedy myślimy o poznawaniu obcych kultur czy przeżywaniu wielkich zderzeń światopoglądowych zazwyczaj mamy przed oczami odległe zakątki świata i ludzi o innym kolorze skóry. Ja też przez wiele lat tak miałem. To nic złego – chyba wszyscy wychowaliśmy się na literaturze przygodowo-podróżniczej sięgającej nieco dalej niż do Węgier czy Szwajcarii. Ale właśnie w tym pędzie ku nieznanemu tracimy bardzo wiele niuansów, które pozwalają nam lepiej zrozumieć najbliższe otoczenie. OMG, serio, nie chcę brzmieć coachingowo!

Przejdźmy zatem do rzeczy. Jako prawie-że-absolwent jednej z klasycznych nauk humanistycznych zwykłem uważać, że przekazano mi całkiem sporo wiedzy na temat najbliższego otoczenia. Ale jako wcale-niespełniony-podróżnik wiem już, że to nieprawda. Europejskie podróże otworzyły moje oczy na tematy zarazem marginalne i niezwykłe. Podróżując do Irlandii zgłębiłem niełatwe dzieje słynnej wojny domowej, w Macedonii uczyłem się o szaleństwie wymyślania tożsamości narodowej, a wizyta w Mołdawii jak nic innego otworzyła moje oczy na dramaty i dylematy Europy Środkowo-Wschodniej. Przykładów mógłbym podać znacznie więcej – koniec końców znalazłoby się coś z każdego kraju i regionu, Co więcej to wiedza nie tylko książkowa, ale empiryczna, oparta na rozmowach z ludźmi i faktycznym obcowaniu z pewnymi historiami. Czasem trafia się też wiedza, której na próżno szukać w książkach – ale bywam niestety zbyt nieśmiały, by sięgać po nią w pełni.

Podążając wzdłuż murów wciąż dzielących Belfast i Nikozję, poznając gorzki smak transformacji na mołdawskich blokowiskach, szukając śladów terroryzmu na słynnym brukselskim Molenbeek – właśnie wtedy czułem, że czynię Europę bliższą sobie. Możliwość konfrontacji z rzeczywistością to ogromna przewaga podróżnika. Warto planować wyjazdy tak, by się jej nie pozbawiać.

The Times I Didnt’ Have* – czyli jak zerwałem z turystyką (chociaż to nie takie proste!)

Ten tytuł jest trochę na wyrost, bo jestem z tych, którzy uważają, że każdy podróżnik jest turystą, a turysta podróżnikiem. To po prostu kwestia terminologii. Ale turystyki są różne. Ta, z którą zerwałem (albo raczej cały czas próbuję zrywać) to oparta na zgranych motywach masówka spod znaku „must-see” i kolorowych przewodników. Daleki jestem od krytyki wszystkiego, co publikuje się o podróżach, ale uważam że cały czas stać nas na więcej różnorodności, obiektywizmu i kreatywności. Pływanie z podróżniczym prądem (albo prądami, bo trudno wskazać jeden konkretny) bywa niezwykle ponętne, bo przecież dobrze jest mieć się czym pochwalić znajomym. Ale czy nie lepiej dzielić się wspomnieniami wychodzącymi poza kanony? Mam na myśli zarówno te klasyczne, jak Koloseum czy Rijksmuseum jak i nowe, jak zrewitalizowane dzielnice barowe i słynne „ukryte perły”.

Wydaje mi się, że ten owczy pęd pchający nas w te same punkty na mapie zabija nie tylko faktyczną radość z podróży, ale przede wszystkim odwiedzane miejsca. Jednym z moich najmocniejszych przeżyć było zderzenie z ulicznymi handlarzami w Watykanie. Pod bazyliką sprzedaje się wszystko – od potrzebnej wody aż po selfie-sticki i jakieś kolorowe paciorki. Cała ta otoczka wstrząsnęła mną mimo, że nie jestem katolikiem. Drugi szok przeżyłem, kiedy znajomy katolik odpowiedział na moją krytykę tego zjawiska twierdząc że to nic wielkiego, a ja śmiem atakować Kościół. Yy, okej? W każdym razie brzydzę się tym skrajnym uturystycznieniem miejsc, które słusznie bądź nie zostały uznane za ikony. Piszę „słusznie bądź nie” bo nieraz zdarzało mi się znaleźć równie piękne miejsca kawałek dalej od tych z pierwszych stron przewodnika Lonely Planet.

Pozwolicie na trochę historii? Generalnie coś takiego jak podróżnicza listy must-see jest tak stare jak… pewnie cały podróżniczy świat, ale na pewno XVII i XVIII-wieczne podróże europejskich arystokratów. Młodzi szlachcice często wyruszali w świat uzbrojeni w dokładne instrukcje opisujące, co powinni zrobić i zobaczyć w dalekich stronach. Cały ten system próbowali rozbić romantycy, którzy w XIX wieku deklarowali, że nic nie jest tak ważnego w podróży jak sam… podróżnik. Mądrze, prawda? Inna sprawa, że skupienie się na własnych przeżyciach nie znaczy jeszcze, że nie będziemy natrętnymi bucami narzucającymi się odwiedzanemu miejscu. Wydaje mi się, że w dobie współczesnej turystyki i Instagrama trochę wróciliśmy do grand tourów opartych o instr… nie no, co ja gadam, BUCKET LISTS i PLACES OFF THE BEATEN PATH. Nosz kurwa.

Co zostaje w zamian? Robić rzeczy po swojemu i nie ulegać modzie. Uważam, że to jedno z najtrudniejszych wyzwań stojących przed moim pokoleniem. Szczególnie, że moda nie jest sama w sobie zła i czasem warto jej ulec – ale na własnych, świadomych zasadach. W moim przypadku dziesiątki podróży pozwoliły wyrobić własny styl zwiedzania. Wiele wody w Wiśle upłynęło zanim przepracowałem pytania takie jak „lepiej zobaczyć top10 z TripAdvisora czy przejść się po robotniczych dzielnicach i odwiedzić stadion lokalnego klubu piłkarskiego?” Moje serce zawsze leżało po stronie tego drugiego, ale turystycznie programowana głowa głośno domagała się pierwszego. Koniec końców doszedłem do wniosku, że wolę podróżować powoli. To daje mi czas na złapanie odpowiedniej ilości czasu na wszystko. Ale to tylko teoria, w praktyce cały czas zdarza mi się kupić gdzieś bilety na 26 godzin z noclegiem na lotnisku.

Coachingowe rady na koniec? Chciałbym już zawsze stawiać siebie samego w centrum własnych podróży – ale to muszę być ja respektujący każdy element odwiedzanego otoczenia. Wrócę to za kilka lat i sprawdzę, czy mi się udało.

*Parafraza (a raczej zaprzeczenie) słynnego napisu znajdującego się na jednym z murów Starego Miasta w Tallinnie. Oryginał wykorzystałem w obrazie artykułu. Widząc ten napis średnio raz w miesiącu w Internecie zdołałem go ostatecznie przegapić, kiedy stanąłem tuż pod nim. Co ciekawe uchwyciłem go na jednym ze zdjęć, które zrobiłem w okolicy. Uważam to za pewien dobry omen zrywania z turystyką 😉

A samo zdjęcie pożyczyłem od:
Polly Allen, licencja: [(CC BY-ND 2.0)] [
https://www.flickr.com/photos/pollyallen89/28674243593/in/photostream/ ]

Dodaj komentarz