Zamek Nosferatu i supermarket w pałacu. Moje słowackie szlaki #3

Trzeci rozdział słowackich przygód zaczyna się po cichu, na kameralnym przejściu granicznym na Przełęczy Glinka w Beskidzie Żywieckim. Ograniczę się dzisiaj do miejsc, które można zwiedzić w ramach jednodniówki, nawet jeśli nie mieszkacie na Śląsku bądź w Małopolsce. Będzie to wycieczka po Orawie i Liptowie. Słowackiej Orawie, bo część tego historycznego regionu znajduje się obecnie w granicach Polski, a przed II wojną światową nasze władze aktywnie kłóciły się z Czechosłowakami o przynależność niektórych orawskich miejscowości. Chociaż nie będzie to odległa eskapada, to moim zdaniem warto dać szansę zakątkowi Słowacji wbitemu pomiędzy Tatry a Małą Fatrę. Szczególnie, że ma on w ofercie kilka imponujących zamków, klimatyczne górskie miejscowości, wielkie jezioro i aquapark, który wśród wielu moich znajomych obrósł swoistą legendą.

Tymczasem jednak wrócę na polsko-słowacką granicę i spróbuję przywołać Orawskie wspomnienia sprzed kilku lat i kilku miesięcy.

Słowackie zamki, rozdział 2: Zamek Orawski

<zamków po drodze było więcej niż dwa, ale tytuły w powyższym stylu stosuję tam, gdzie zamek jest główną / jedyną atrakcją danego miejsca>

Gdzieś w górskiej okolicy, kilkanaście minut i kilometrów za Przełęczą Glinka, Google kusi zjazdem do Muzeum Kawy w miejscowości Kruszetnica. Podobno jest świetne, ale ewentualną weryfikację muszę póki co zostawić Wam, bo moim pierwszym celem wycieczki było Orawskie Podzamcze. A raczej górujący nad nim Zamek Orawski. Ten wyjazd w ogóle był szczególny, bo na Orawę wybraliśmy się w moje urodziny, co dało mi możliwość poprowadzenia wyjazdu wbrew opiniom reszty i logice. Skończyliśmy na czterech zamkach, ale dzisiejsza opowieść w pewnym momencie zawróci, by płynnie połączyć się z innym wypadem – tym niedawnym do Bańskiej Bystrzycy.

Widok na Orawskie Podgrodzie z Zamku Orawskiego.

Zamek Orawski to miejsce, w którego istnienie tuż za granicą Polski trudno uwierzyć. Jest absolutnie intrygujący i absolutnie inny od tego, co można znaleźć po naszej stronie Beskidów. Historia budowli sięga średniowiecza. Turystyczne materiały podpowiadają, że początek istnienia kamiennej twierdzy na Orawie jest prawdopodobnie związany z odbudową umocnień po najeździe tatarskim z XIII wieku. Tym samym, który nam kojarzy się z bitwą pod Legnicą i hejnałem mariackim.

Imponująca bryła Zamku Orawskiego oglądana spod bramy wejściowej. Nie chcę zdradzać Wam szczegółów zamkowych historii i legend, bo uważam, że najlepiej odkrywać je na własną rękę, ale wspomnę tylko, że twierdza wielokrotnie pojawiała się w filmach. Między innymi w kultowym Nosferatu – symfonia grozy z 1922 roku. O filmowych rolach zamku można oczywiście przeczytać na wystawie.

Chociaż zamek wygląda potężnie, to podejście pod niego nie należy do trudnych. Po drodze turystów kusi lokalna piwiarnia, którą polecam odwiedzić raczej po wizycie na górze. Zwiedzanie zamku możliwe jest wyłącznie z przewodnikiem. Nie zawsze dostępny jest przewodnik polskojęzyczny, ale zrozumienie opowieści po słowacku nie powinno nastręczać Polakom problemów. Większą zaporą jest lęk wysokości, który może utrudnić, albo wręcz uniemożliwić zwiedzanie górnego zamku. Na szczęście w ofercie są trzy trasy, które uwzględniają różnice w ludzkich możliwościach. Nie wiem jak wygląda kwestia wejścia na absolutnie najwyższą część zamku, bo podczas mojej wizyty nie była ona udostępniona, ale czytałem, że kiedyś może się to zmienić. Będę trzymał rękę na pulsie, chociaż widoki z prawie-najwyższej-części też są imponujące. Tylko adrenalina nie ta sama.

Najwyższa, niedostępna do zwiedzania część zamku.

Na zwiedzanie Zamku Orawskiego trzeba poświęcić plus minus 3 godziny. Dokładając do tego wizytę w podzamkowej knajpie, pierwsza część zwiedzania Orawy może wydłużyć się do czterech godzin. To sporo, dlatego zachęcam do pójścia w moje ślady i zameldowania się tam z samego rana.  

 

Andrej Hlinka i supermarket w pałacu

Z Orawskiego Podzamcza udaliśmy się na południe, mijając po prawej stronie Dolny Kubin. Nie jest to może najbardziej porywające miasto w okolicy, ale jeśli interesuje Was literatura, to warto pamiętać, że z Kubina wywodził się Pavol Országh Hviezdoslav, jeden z najwybitniejszych słowackich poetów i dramaturgów. Nieopodal centralnego placu miasta (noszącego zresztą jego imię) znajduje się muzeum poświęcone Országhowi.

Minąwszy Dolny Kubin znaleźliśmy się na przedpolu Tatr, a konkretnie u stóp Gór Choczańskich z ich najwyższym szczytem, Wielkim Choczem, na czele. Malownicza trasa prowadziła nas do Rużomberoku, przed którym mogliśmy zatrzymać się jeszcze przy ruinach zamku Likava, ale tymczasowo miałem dość wspinaczek. Zwiedzanie Rużomberoku zaczęliśmy jak rasowi turyści samochodowi – wjechaliśmy na czterech kółkach tak daleko, jak się dało. To znaczy na plac Andreja Hlinki, pełniący rolę miejskiego rynku. Alternatywą była wspinaczka po stromych schodach łączących plac z położonym kilka pięter niżej Muzeum Liptowskim. Plac Hlinki jest w ogóle krajoznawczą ciekawostką, bo znajduje się bardzo wysoko w stosunku do reszty miasta. Sprawia to, że wśród rużomberskich atrakcji łatwo przeczytać o… schodach, które na niego prowadzą. Jest ich łącznie sześć i niektóre są naprawdę bardzo malownicze.

Ratusz miejski i kościół św. Andrzeja to dominanty centralnego Placu Andreja Hlinki.

Andrej Hlinka to najważniejsza postać w rużomberskiej symbolice i choćby dlatego należy mu się kilka zdań w tym tekście. To kolejny w historii Słowacji ksiądz-polityk i jeden z najważniejszych teoretyków słowackiego nacjonalizmu. Działał u schyłku epoki austro-węgierskiej i w latach istnienia „Pierwszej Czechosłowacji”, miewając zresztą na pieńku z władzami w Pradze. Hlinka jest postacią wysoce niejednoznaczną nie tylko wśród tych, którym nie po drodze z ideą narodowego klerykalizmu. Jego bliskim współpracownikiem był inny ksiądz, znany nam już z poprzednich opowieści Jozef Tiso. Założona przez Hlinkę Słowacka Partia Ludowa stała się podporą nazistowskiego reżimu w „wolnym” Państwie słowackim, a on sam został podczas wojny wywyższony do roli bohatera narodowego. Wszystko to działo się już po śmierci księdza, która nastąpiła w roku 1938, ale ciężko oddzielić wpływ nauczania Hlinki od późniejszej działalności jego organizacji. On sam był zresztą zwolennikiem polityki austriackich faszystów i portugalskiego dyktatora Antonio Salazara, a jego sympatie obejmowały również późniejszych działaczy nazistowskich i faszystowskich w Trzeciej Rzeszy i Państwie słowackim. Po roku 1945 nastąpił spodziewany rollercoaster – komuniści potępili Andreja, natomiast po Aksamitnej Rewolucji jego kult odżył wśród organizacji prawicowych.

Pomnik Andreja Hlinki pod kościołem w Rużomberoku.

Ach, prawie zapomniałbym o przyczynie kultu Hlinki w Rużomberoku – oczywiście nie wziął się on znikąd. Przyszły ksiądz urodził się bowiem w Černovej, która obecnie jest jedną z dzielnic miasta. Do dzisiaj zachował się tam dom rodzinny Hlinki i postawiony z jego inicjatywy kościół, pod którym w 1907 roku doszło do tzw. masakry czernowskiej. Było to starcie węgierskiego wojska z lokalną społecznością, która domagała się wypuszczenia na wolność uwięzionego Hlinki i pozwolenia mu na poświęcenie nowego kościoła. Zakończyło się rozlewem krwi, a życie straciło 15-tu protestujących. Ofiary upamiętnia pomnik postawiony na cmentarzu nieopodal czernowskiego kościoła.

Chociaż o Hlince można usłyszeć diametralnie różne opinie, to zdecydowanie warto znać historię faceta, którego zauważycie na wielu słowackich pomnikach. A skoro o pomnikach mowa, to w Rużomberoku znajduje się nie tylko pomnik, ale nawet mauzoleum Hlinki. Zostało ono wkomponowane w charakterystyczne kamienne schody prowadzące do kościoła św. Andrzeja (nie Hlinki, tytułu świętego się bynajmniej nie dorobił). Najciekawszy w całej tej historii jest jednak fakt, że w mauzoleum Hlinki nie ma ciała Hlinki. To zostało gdzieś przeniesione pod koniec II wojny światowej i najwyraźniej zgubione, bo do dzisiaj nie wiadomo, gdzie spoczywa słowacki ksiądz-polityk.

Mauzoleum Hlinki zostało wkomponowane w Schody Szkolne prowadzące do kościoła św. Andrzeja.

Inną osobliwością Rużomberoku, której niestety nie udało mi się osobiście odwiedzić, jest najstarszy budynek w mieście. Chodzi o pochodzący z XIV wieku Pałac św. Zofii, który pod koniec ubiegłego stulecia znajdował się w opłakanym stanie. Zaradzono temu sprzedając teren pałacu… sieci supermarketów Hypernova. Kilkanaście lat temu odnowiona część rezydencji została wkomponowana w prostokątną bryłę wielkopowierzchniowego sklepu. Nie sprawdzałem tego na własne oczy, ale bynajmniej nie żartuję.

Z rzeczy, które sprawdziłem, mogę za to polecić spacer wąską uliczką Podhora, która pełni funkcję bardzo kameralnej starówki. W okolicy można też rzucić okiem na zrewitalizowaną synagogę, która znajduje się po drodze do wspomnianego pałaco-marketu. Bardzo miło wspominam tą rużomberską przechadzkę, ale mam wrażenie, że pora już opuścić to miasto i ruszyć dalej. Zrobię teraz płynny przeskok między dwoma wyjazdami, których punktem wspólnym była właśnie wizyta w Rużomberoku.

Zdradliwe autostrady i kojące fale

Kawałek za Rużomberokiem znajduje się jedna z najbardziej zdradliwych dróg na Słowacji. Żeby zjechać tam z ekspresówki trzeba na kilkadziesiąt sekund wjechać na autostradę i tak naprawdę nie wiadomo, czy ta niezwykła przygoda wymaga kupna winiety. My spanikowaliśmy i winietę kupiliśmy, a skoro już ją kupiliśmy, to od razu na 30 dni i mniej więcej tak wygląda geneza powstania całej tej serii tekstów. A przynajmniej dwóch z nich, bo wschodnią Słowację zwiedzaliśmy poruszając się poza autostradami.

Jadąc prosto ową zdradliwą drogą trafilibyśmy do Liptowskiego Mikulasza. Może Was teraz rozczaruję, ale nigdy tam nie byłem i niewiele mogę powiedzieć o tym mieście. Oczywiście poza tym, że słyszałem sporo dobrych opinii o aquaparku Tatralandia, w którym sam pewnie bawiłbym się średnio, bo nie umiem pływać. Pozwolę sobie zatem przeskoczyć do kilku mniej oczywistych atrakcji regionu Liptów.

Pierwsza z nich znajduje się w miejscowości Lúčky i jest wodospadem. Otoczony domami i pensjonatami dwunastometrowy wodospad znajduje się praktycznie w centrum wsi. Wody niewielkiego strumienia spływają tam po kaskadowych tarasach do małego basenu kąpielowego. Wokół znajduje się park, a wzdłuż wodospadu można się wspinać, jeśli tylko wzięło się buty na odpowiedniej podeszwie. Całość sprawia niezwykle dynamiczne wrażenie, nawet w porównaniu z innymi tego typu atrakcjami. Luczański wodospad został doceniony tytułem narodowego pomnika przyrody – taki status posiada tylko 5 z ponad 200 słowackich wodospadów. Druga lokalna atrakcja stanowi znacznie większe wyzwanie dla turystów. Ze znajdującej się obok Lúčków wioski Kalameny można wyruszyć na ruiny najwyżej położonego zamku Słowacji – Zamku Liptowskiego. Jest to raczej trasa górska niż zamkowa, bo dojście do ruin trwa około dwóch godzin, a pozostałości zamku są raczej symboliczne. Ciężko zatem pogodzić ten wyjazd z wizytą na Zamku Orawskim albo w Tatralandii, ale trekking na Liptovský hrad może być ciekawym wyzwaniem przed odpoczynkiem nad Jeziorem Orawskim – o którym zaraz.

Wszystkie drogi z liptowskich wiosek prowadzą z powrotem na Orawę, a konkretnie do położonego nad Jeziorem Orawskim Namiestowa. Trochę przesadzam z tymi wszystkimi drogami, bo w praktyce opcje są dwie. Pierwsza prowadzi wprost spod wodospadu i łączy się z ekspresówką jeszcze przed Orawskim Podzamczem, tworząc niekoniecznie pożądaną pętlę. Możemy więc póki co odłożyć ją na bok. Druga możliwość jest bowiem znacznie bardziej interesująca.

Na piwie w Namiestowie

Alternatywny sposób przedostania się z Rużomberoku / Liptowskiego Mikulasza do Namiestowa to malownicza górska droga leżąca u podnóża Tatr Zachodnich. Gorliwi turyści powinni rozważyć zatrzymanie się w romantycznej Dolinie Kwaczańskiej albo Muzeum Wsi Orawskiej w miejscowości Zuberec. Niedaleko skrzyżowania z główną trasą prowadzącą z Kubina do Twardoszyna można zrobić przystanek przy ruinach Huty Franciszka, które ożywają podczas pokazów organizowanych w ramach sierpniowych Dni Kolejnictwa. A wspomniane skrzyżowanie znajduje się w miejscowości Podbiel, słynącej z oryginalnej drewnianej architektury, którą dobrze widać już z głównej drogi. Łowcy drewnianych atrakcji powinni też rozważyć przystanek we wspomnianym już Twardoszynie, gdzie znajduje się jeden z kościołów wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO

Zwykłem kończyć słowackie teksty poleceniami idealnych miejsc na wypad z rodziną bądź przyjaciółmi i tak się składa, że uda mi się to zrobić trzeci raz. Finalnym punktem naszego wyjazdu był bowiem Namiestów, miasto znane przede wszystkim z Jeziora Orawskiego, sztucznego akwenu stanowiącego lokalne centrum wypoczynkowo-sportowe. Orava to jezioro niezwykle nam bliskie – w niektórych miejscach od polskiej granicy dzieli je raptem kilkanaście metrów.

Ja zrobiłem w Namiestowie to, co wypada – czyli wziąłem puszkę słowackiego piwa i usiadłem na schodkach schodzących ku wodom jeziora. Gdybym dotarł tam za dnia, na pewno pokusiłbym się o wizytę na Slanickim ostrovie, jednej z dwóch wysp powstałych po zalaniu terenu spiętrzonymi wodami Białej i Czarnej Orawy. Na wyspie znajduje się jedna z najpiękniej położonych galerii sztuki na Słowacji. By dostać się na wyspę, trzeba podjechać do przystani w miejscowości Slanická Osada. Rejsy odbywają się od maja do września. Wizyta w Osadzie może być też początkiem krajoznawczego objazdu wokół zalewu, który ma oczywiście do zaoferowania znacznie więcej niż sam Namiestów.

Chociaż łatwo dać się zwieść niepozornym rozmiarom Namiestowa, to nie należy zapominać, że w gruncie rzeczy jest to słowackie Rio do Janeiro. Wszystko za sprawą górującej nad miastem i jeziorem statui Jezusa Chrystusa, oznaczonej na mapie jako „Rio de Klin”. Klin to miejscowość znajdująca się za Namiestowem w stronę polskiej granicy. Niestety za sprawą pomnika w okolicy nie pojawiła się w cudowny sposób Copacabana, ale idealnie kiczowaty pomnik Zbawiciela i modlącego się do niego Jana Pawła II może być ciekawym akcentem na koniec wypadu na Orawę i Liptów. Szczególnie, że przy dobrej pogodzie rozciąga się z niego cudowna panorama Tatr.

Ostatnim słowackim akcentem przed przejściem granicznym w Korbielowie są rozległe zabudowania Orawskiej Półgóry, miejscowości, w której swój początek ma jeden ze szlaków na Babią Górę. Dla mnie to ostatnie w tym roku chwile spędzone po drugiej stronie Beskidów. Następnym razem na Słowację wjedziemy już od strony Zakopanego.

Dodaj komentarz