Żałobna biel historii. Cztery spojrzenia na Sarajewo

„Cztery spojrzenia na” to seria tekstów, w których przypominam sobie i opisuję wrażenia z miejsc, które odwiedziłem jakiś czas temu. To moje blogowe lekarstwo na uziemienie spowodowane przez pandemię. Pisząc teksty będę starał się przeżyć najciekawsze wyjazdy jeszcze raz i, pomimo upływu lat, włożyć w nie osobisty pierwiastek. Nie będą to jednak relacje pisane „na gorąco” – część informacji mogła się zatem zdezaktualizować. Sarajewo odwiedziłem w lipcu 2018 roku.

Jest ciepły lipcowy poranek, a my pędzimy obfitującą w widoki drogą z Mostaru do Sarajewa. Pędzimy, bo spieszymy się do ambasady, w której jeden z członków naszej ekipy musi wyrobić tymczasowy paszport. Wczoraj wystarczyła chwila nieuwagi pod Starym Mostem, by stracił plecak ze wszystkimi dokumentami. Nie pytajcie mnie dlaczego je tam włożył.

Przygodę z Sarajewem zaczynamy od przedmieść. Stajemy pod zakładem fotograficznym, przypadkiem znajdując się na parkingu Meczetu Króla Fahda. Imponująca świątynia jest powojennym darem Saudyjczyków dla muzułmańskiej części miasta. Gestem budującym wdzięczność i jakże potrzebne poparcie. Stojące nieopodal bloki do dzisiaj noszą ślady kul przypominające o konflikcie sprzed dwudziestu lat.

Po uporaniu się z formalnościami w polskiej ambasadzie chcemy ruszyć dalej, ale seria niefortunnych zdarzeń trwa i jedno z aut nie odpala. Jeszcze przed dotarciem do Sarajewa podjęliśmy decyzję, że będziemy zwiedzać miasto w mniejszych grupkach. Jadąc gdzieś dużą ekipą na trzy tygodnie dobrze jest czasem od siebie odpocząć. Mam szczęście, bo zabawa z autem mnie omija – śpię w innym miejscu niż kierowca, a moje zerowe zdolności mechaniczne byłyby dla niego tylko obciążeniem. Mogę spotkać się z Sarajewem sam na sam.

Z widokiem na wojnę

Stromą drogę prowadzącą do Parku Vraca zrosił właśnie letni deszcz. Asfalt stał się przez to na tyle śliski, że praktycznie zsuwam się w dół czując na sobie życzliwe spojrzenia okolicznych mieszkańców. Dobrze że w dzieciństwie zyskałem trochę pojęcia o ustawieniu nóg w biegach narciarskich, bo inaczej musiałbym wracać się i obchodzić wzniesienie dookoła. Vraca, do której zmierzam, to położony na wzgórzu pomnik ofiar faszyzmu. Wzniesiono go na terenie austriackiej twierdzy, którą niemiecki okupant przekształcił w więzienie i miejsce kaźni. Wskutek nazistowskiego terroru i bombardowań śmierć poniosło ok. 11 000 mieszkańców Sarajewa. Wydawało się, że to niewyobrażalna tragedia w skali miasta.

Historyczny kompleks na Vracy miewał lepsze czasy. Dzisiaj bliżej mu do atrakcji urbexowej, niż uporządkowanego miejsca pamięci.

Kompleks Vraca ukończono dość późno, bo w roku 1981. Jedenaście lat później Sarajewo miało przeżyć powtórkę z wojennego piekła. Podczas trwającego w latach 1992-96 oblężenia miasta właśnie stąd serbskie siły ostrzeliwały jego centrum. Jedno spojrzenie w dół wystarczy, by zrozumieć dlaczego. Stając plecami do jugosłowiańskiego memoriału widzi się jak na dłoni śródmieście z żółtą bryłą słynnego Hotelu Holiday Inn. Niewiele poznałem europejskich miast z równie niekorzystnym położeniem pod względem ewentualnego ataku artyleryjskiego. 

Po lewej widać mój jedyny wysokobudżetowy nocleg na Bałkanach. Hotel Holiday (kiedyś Holiday Inn) został zbudowany przy okazji ZIO 1984, o których jeszcze opowiem. Podczas wojny kwaterowano tam dziennikarzy, a rozciągająca się pod hotelem ulica Smoka z Bośni przeszła do historii jako Aleja Snajperów. To tam ginęli mieszkańcy Sarajewa próbujący zdobyć trochę wody i pożywienia. Charakterystyczne tabliczki z napisem „Pazi snajper” („Uwaga snajper”) przez lata można było kupić na pchlich targach w okolicy. Autentyczność tabliczek i moralność ich kupowania można oczywiście oceniać bardzo różnie.

Wracając do centrum znajduję się na chwili po drugiej stronie miasta, w Sarajewie Wschodnim. Ciężko znaleźć je w przewodnikach turystycznych – to formalna stolica Republiki Serbskiej, jednej z dwóch części podzielonego kraju, stanowiąca zbitek dawnych przedmieść i kilku mniejszych miejscowości. Już po chwili rzuca mi się w oczy kamień upamiętniający wizytę Ratko Mladicia, dowódcy wojsk bośniackich Serbów, skazanego przez trybunał haski na dożywocie za zbrodnie wojenne. Schodząc do centrum mijam ślady tych zbrodni – ostrzelane bloki mieszkalne i tzw. sarajewskie róże, charakterystyczne dziury po uderzeniach moździerzy. Jeśli róża zamalowana jest na czerwono, oznacza to, że ktoś w danym wybuchu zginął. Znam różne wersje – według niektórych do zamalowania wystarczy jedna ofiara, według innych od trzech wzwyż.

Wojenne historie można poznać również w wersji bardziej skondensowanej, wybierając się do jednego z wojennych muzeów. Zdjęcie pochodzi z wystawy Galerii 11/07/95 poświęconej ludobójstwu w Srebrenicy i dramatom boszniackiej (nie wiem czemu słowniki wciąż podkreślają to słowo) społeczności.

Ogień, który przestał płonąć

Po solidnej miejskiej wspinaczce na Vracę, wieczorem wybieram się z kolegą na mecz piłkarski. Miejscowy FK Sarajevo niemiłosiernie leje FK Mladost Doboj Kakanj, a ja z meczu zapamiętam głównie puste trybuny i żywiołowy doping garstki ultrasów. Trybuny były puste głównie dlatego, że FK rozgrywa swoje mecze na dawnym Stadionie Olimpijskim, będącym w stanie pomieścić blisko 35 000 widzów. Średnia ligowa frekwencja w ubiegłym sezonie wyniosła nieco ponad 5000. Nieźle, ale siłą rzeczy na stadionie będzie hulał wiatr.

Zbudowany w latach 50-tych obiekt był miejscem ceremonii otwarcia Zimowych igrzysk Olimpijskich 1984. Podczas wielkiego zimowego święta Sarajewo stało się na chwilę stolicą światowego sportu. Dziesięć lat później zbudowane na czempionat obiekty zostały obrócone w ruinę. Niektóre, jak stadion, otrzymały po wojnie nowe życie. Inne, jak słynny tor saneczkowy czy skocznie narciarskie Igman, do dzisiaj niszczeją stanowiąc atrakcję dla turystów i wspomnienie o utraconych szansach.

Po wojnie przylegające do Stadionu Olimpijskiego centrum treningowe ustąpiło miejsca cmentarzowi. I to właśnie białe nagrobki wojennych cmentarzy są dla mnie symbolem tej części miasta. Bo siedząc na zachodniej trybunie stadionu widzi się je przez całe 90 minut. A to tylko jeden z cmentarzy, ten mniejszy. Nieopodal znajdują się kolejne kompleksy. Żałoba ma w Sarajewie odcień bieli.

Cmentarz widoczny jest na prawo od wielkiego baneru Turkish Airlines. Obok saudyjskich meczetów, turecki kapitał jest drugim popularnym bliskowschodnim akcentem w Bośni. I chociaż zasłyszane w Belgradzie opowieści o tym, że na ulicach Sarajewa można spotkać mnóstwo młodych dziewczyn w hidżabach nie okazały się do końca prawdziwe, to wpływy islamskiego świata widać dzisiaj w wielu miejscach kraju.

Historie zaklęte w mostach

Rozmaite potrzeby ludzkości sprawiły, że większość europejskich stolic (i nie tylko stolic) zbudowano nad rzekami. Sarajewo nie jest wyjątkiem od tej reguły, chociaż przecinająca je Miljacka rozmiarami „nieco” ustępuje Wiśle czy Tamizie. Nie ma jednak tego złego – kameralne ulice wzdłuż przeciętej kilkunastoma mostami rzeczki są idealną trasą popołudniowego spaceru. Przemierzając je mijam kolejne mosty i wsiąkam w niebanalne historie, które opowiadają.

Zaczynam nieopodal hotelu, na moście Suady i Olgi. Suada Dilberović i Olga Sučić są uznawane za pierwsze ofiary wojny w Bośni. Zginęły 5 kwietnia 1992 roku, kiedy snajperzy otworzyli ogień uczestników pokojowej demonstracji przeciwko etnicznym podziałom w Sarajewie. Kawałek dalej atmosfera robi się lżejsza i można sobie zrobić zdjęcie z serduszkiem „with love from Sarajevo”. I to nie byle gdzie, bo na moście Skenderija zaprojektowanym przez samego Gustava Eiffla. To jedna z mniej znanych prac francuskiego architekta, ale niewątpliwie widać w niej rękę, która naszkicowała paryską wieżę.

Most Eiffla prowadzi ze starówki do charakterystycznego gmachu Domu Młodych, ważnego miejsca na kulturowej mapie miasta.
Kawałek dalej most znany jako Festina Lente prowadzi wprost do pięknego budynku Akademii Sztuk Pięknych.

Następny na mojej trasie jest Most Łaciński, nieopodal którego niejaki Gavrilo Princip skutecznie strzelał do habsburskiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Na rogu sąsiedniej ulicy znajduje się muzeum historyczne, w którym można dowiedzieć się więcej o czasach schyłku wiedeńskiego imperium i I wojnie światowej. Wojnie, która symbolicznie zaczęła się w Sarajewie, ale nie dotknęła miasta tak, jak późniejsze konflikty. Nadrzeczny spacer kończę pod imponującym, kolorowym budynkiem Ratusza Miejskiego. Idąc dalej, trafiłbym do co najmniej dwóch historycznych miejsc z kapitalnym widokiem na miasto – Żółtego i Białego Bastion, których historia sięga XVIII wieku. Ale pomimo wcześniejszego deszczu jest ciepły lipcowy dzień, a ja tracę siły myśląc o znajomych robiących tour po śródmiejskich knajpach. Pora do nich wracać.  

To w tym miejscu zginął Franciszek Ferdynand. Po prawej stronie widać opowiadające o tym muzeum historyczne.
A to już Vijećnica, czyli sarajewski ratusz. Pięknie odnowiony budynek stanowi punkt końcowy wielu spacerów wzdłuż Miljacki.

Gdy gasną światła dnia

Przedstawienie Sarajewa wyłącznie jako miasta-muzeum byłoby niesprawiedliwe. 25 lat po zakończeniu wojennej traumy jest to bowiem szybko rozwijające się miasto, w którym kumulują się nadzieje i aspiracje Bośniaków. Przy tym wszystkim wydaje się leżeć na uboczu, jakby nie było jeszcze do końca pewne siebie. Widać to zresztą po nieobecności tysięcy turystów, którzy wjeżdżając do Bośni podczas letnich bałkańskich przygód zazwyczaj kończą zwiedzanie na Mostarze.

Tymczasem Sarajewo żyje być może bardziej niż kiedykolwiek. Również nocą, chociaż historyczna Baščaršija nie jest może tak krzykliwa jak belgradzka Skadarlija. Niemniej jednak jej kawiarniano-zabawowy klimat pozwala turystom wsiąknąć na długie wieczorne godziny. Wsiąkam zatem i zostawiam Was z myślą, że do Sarajewa warto pojechać i wrócić.

Na koniec podrzucam trochę zdjęć mniej lub bardziej związanych z tekstem. Oto wspomniany na samym początku Meczet Króla Fahda.
A to sarajewska róża.
I jeden z najbardziej sugestywnych pomników w mieście. Nieopodal znajduje się kompleks upamiętniający najmłodsze ofiary wojny. A wszystko to przy głównej ulicy, nazwanej według starej dobrej tradycji imieniem Marszałka Tity.
Kościół św. Józefa stoi wciśnięty między nowoczesne budynki nieopodal wjazdu do historycznej części miasta.
Ci z Was, którzy znają Sarajewo, zapewne zauważyli, że niemal zupełnie pominąłem historyczne centrum miasta. Żeby nie być aż tak alternatywnym wrzucę polski akcent, czyli Katedrę Serca Jezusowego ze średnio udanym pomnikiem Jana Pawła II. A stare miasto z jego meczetami, targami i kawiarniami oczywiście z całego serca polecam. Najlepiej jako atrakcję na cały dzień spokojnej eksploracji Sarajewa.
Istnieją jeszcze w Sarajewie miejsca, które nie zostały odbudowane po wojnie, ale jest ich naprawdę niewiele.
Relację zakończę przestrogą przed gwałtownie zmieniającą się pogodą, na którą warto uważać w otaczających miasto górach. 😉

Drogi czytelniku, jeśli artykuł Cię zaciekawił i dotarłeś aż tutaj, to wpadnij też na mojego Facebooka, na którym znajdziesz sporo krótkich treści niepublikowanych na blogu. 🙂

Jedna myśl na temat “Żałobna biel historii. Cztery spojrzenia na Sarajewo

Dodaj komentarz