Z wizytą u księdza Tiso i węgierskich możnych. Moje słowackie szlaki #1

Każdy wyjazd z Polski na Słowację to okazja do poćwiczenia umiejętności prowadzenia samochodu w górach. Tym razem zaczęliśmy na spokojnie, bo do krainy bryndzowych haluszków i romantycznych zamków dostaliśmy się od strony czeskiego Frydka-Mistka. Minąwszy sztuczny zbiornik w Starych Hamrach i góralskie zabudowania Bilej znaleźliśmy się w zachodniej Słowacji, a za swoisty drogowskaz służyła nam rzeka Wag.

Oto pierwsza część słowackiej relacji, przygotowanej głownie (ale nie wyłącznie) na podstawie letnich wyjazdów w dobie trwającej pandemii. I chociaż Słowacja może wydawać się nieco mniej pociągająca niż Ukraina czy Białoruś, to zapewniam, że znalazłem tam bardzo solidne ciekawostki. Ruszajmy w drogę!

Bytča – z wizytą u księdza Tiso

Naszym pierwszym celem była Bytča, niewielkie miasto położone nad Wagiem. Zwabił mnie do niej zamek, chociaż wkrótce mialem odkryć znacznie ciekawszą lokalną „atrakcję”. Szczególnie, że przynęta okazała się… No cóż, bytczański zamek to trochę pułapka. Z zewnątrz wygląda potężnie, ale wewnątrz nie oferuje zbyt wiele. Nie można go zwiedzać wewnątrz, a gorliwym turystom pozostaje wizyta na renesansowym dziedzińcu. Niszczejącym, ale wciąż urokliwym. Jedyna otwarta droga zaprowadziła nas z powrotem do wyjścia, a my udaliśmy się do położonego kawałek dalej Pałacu Ślubów.

Renesansowy dziedziniec zamku w Bytčy


Sobášny palác to przeciwieństwo bytczańskiego zamku – jest nie tylko odrestaurowany, ale mieści również lokalne muzeum. Niestety wejść nam się nie udało, bo COVID. Trafiłem w ogóle na jakiś dziwny dzień w Bytčy, bo we wszystkich innych miastach muzea i zamki były pootwierane. Niemniej pałac cieszy oko nawet oglądany z zewnątrz – to renesansowy unikat zbudowany na samym początku XVII wieku przez lokalnego szlachcica Jerzego Thurzona z okazji zamążpójścia jego córek.

Po krótkiej wizycie na zamku udaliśmy się do miejsca, które podgrzewa atmosferę miasteczka. Mowa o domu rodzinnym ks. Józefa Tiso. Dla tych, którzy nie kojarzą tej postaci, zostawię krótki, ale wystarczający biogram: Tiso był kolaboracyjnym przywódcą tzw. Państwa słowackiego podczas II wojny światowej i marionetką Hitlera współodpowiedzialną m.in. za najazd na Polskę w 1939 r. i masowe wywózki Żydów do obozów koncentracyjnych. Po wojnie Tiso został stracony i na tym historia powinna się kończyć – ale wiadomo jak jest. W domu rodzinnym znajduje się izba pamięci, ale nie wiem jaka panuje w niej narracja, bo była zamknięta. Niemniej jednak internet podpowiada, że połowa muzeum znajduje się w rękach protisowskiej organizacji (drugie pół – w rękach miasta). Nie jestem więc dobrej myśli. Na własne oczy widziałem jednak tablicę pamiątkową, pod którą złożone był wieńce i znicze. Brzmi skurwysyńsko, ale czy to jeszcze dziwi w 2020 roku?

No fajnie, fajnie

Spod domu podeszliśmy kawałek na rynek, który niestety nie robi wielkiego wrażenia. Jest na tyle przestrzenny, że udało się tam wstawić wielki parking – normalna rzecz w Czechach i Słowacji. Wracając do auta wzdłuż głównej ulicy obejrzeliśmy jeszcze z zewnątrz synagogę z XIX wieku. Piękny i majestatyczny budynek znajduje się niestety w stanie dewastacji. A gdyby tak więcej środków poświęcić na synagogę niż muzeum człowieka, który chodzących do niej pomagał mordować? Cóż, mogłem jedynie zostawić to pytanie Słowakom i ruszyć w dalszą podróż.

Atutem miejskiego rynku jest przecinający go kanał. Minusem, jak w wielu innych miejscach, wielki parking i dość nowoczesna architektura.


Słowackie zamki, rozdział 1: Považský hrad

Ruszając na południe wzdłuż Wagu po chwili dotarliśmy na przedmieścia Powaskiej Bystrzycy. Powaskiej należą się dwa zdania, dosłownie. Jest to bowiem ciekawy przypadek sporego miasta, w którym praktycznie nie ma po co się zatrzymywać. Wyprowadźcie mnie z błędu jeśli się mylę, ale nawet użytkowa architektura z ubiegłego stulecia nie ma tam zbyt wiele do zaoferowania. Zostańmy jednak na przedmieściach, a konkretnie okolicy o nazwie Považské Podhradie.

Jak sama nazwa wskazuje, Powaskie Podgrodzie leży u stóp zamku. A raczej jego ruiny, bo twierdzę pod koniec XVII wieku zniszczyli Habsburgowie, nie chcący dopuścić do powtórki stłumionego dekadę wcześniej powstania Imre Thökölyego, kiedy to została ona wykorzystana przez buntowników (o Thökölym będę miał okazję jeszcze w tej serii napisać). Życie Podgrodzia przeniosło się następnie do dwóch pałaców położonych u stóp wzgórza, ale mojemu sercu znacznie bliższe były dominujące nad okolicą ruiny.

Leśny szlak na Zamek Powaski nieco mnie zmęczył. Winię za to narzucenie sobie zbyt szybkiego tempa, bo ścieżka jest co prawda stroma, ale bez przesady. Stając na ruinach zyskałem fascynujący punkt widokowy na niefascynujące miasto – i pod tym względem gorąco powaski zamek polecam.

Widok na Powaską Bystrzycę.

Ilava, miasto uwięzionego kościoła

Spod powaskich ruin ruszyliśmy w stronę Dubnicy nad Wagiem, ale po drodze naszą uwagę przyciągnęła leżąca nieopodal Ilava, a konkretnie potężny klasztor górujący nad miastem. A przynajmniej były klasztor, bo od lat jego budynki przeznaczone są na więzienie. Stając pod zakładem powoli zdawałem sobie sprawę o co tam chodzi – otóż niejako wewnątrz jego murów umieszczony jest kościół. Całość sprawia niesamowite wrażenie „uwzięzionej” świątyni, a klimatu dodają tablice pamiątkowe poświęcone księżom represjonowanym przez władze Czechosłowacji.

Po krótkiej, nieplanowanej wizycie w Ilavie udaliśmy się do Dubnicy, która słynie z barokowego pałacu i przylegającego do niego parku. Cóż, fanem wystawnych rezydencji nie jestem, szczególnie jeśli niemożliwe jest szybkie zwiedzanie na własną rękę. Pozostała mi więc wizyta w pałacowym parku i tamtejszej Grocie, czyli osobliwym połączeniu altany w formie wieży widokowej z kamiennym letnim pałacykiem. Latem jest to dość uboga wieża widokowa – z czterech stron świata otoczyły nas korony drzew.

Dubnicki pałac
I parkowa altanka zwana grotą.

Kibice przeciw faszyzmowi i Węgrzy przeciw Turkom, czyli popołudnie w Trenczynie

Do Trenczyna dotarliśmy w porze obiadowej. Miasto przywitało nas antyrasistowskim graffiti namalowanym na parkingu nieopodal stadionu. To zapewne sprawka kibiców lokalnego klubu piłkarskiego. O ile bowiem wschodnioeuropejscy ultrasi z reguły są prawicowi, o tyle fani AS Trenczyn stanowią słowacki wyjątek i sympatyzują z poglądami lewicowymi. Kawałek dalej spotkaliśmy podpitego faceta, który zapewniał nas, że kocha Jana Pawła II i będzie się modlił za Polskę. Równowaga poglądów została zachowana.

Trenczyński zamek nieśmiało wychyla się zza piłkarskiego graffiti.

Powoli stawało się jasne, że główny cel wypadu nie zawiódł. Trenczyn jest ogólnie „ładnie zrobiony” jeśli chodzi o turystykę. Nawet ponure przejście podziemne zostało tam wykończone muralami z największymi atrakcjami starówki. A tych jest sporo, chociaż miasto najlepiej wypada oglądane z zewnątrz. Ale o tym zaraz. Zwiedzanie trenczyńskiego śródmieścia zacząłem niestandardowo, bo od położonej na jego obrzeżach synagogi (na zdjęciu głównym) i potężnej bryły teatru wojskowego, która bez wątpienia pojawiła się tutaj w czasach „drugiej” Czechosłowacji. Stamtąd już tylko kawałek dzielił nas od strzeżonego przez Białą Wieżę rynku. Na wieżę podobno da się wejść za symboliczne euro, chociaż podczas mojej wizyty była akurat zamknięta na cztery spusty.

„Teatr Armady” niezbyt pasuje do historycznej zabudowy miasta, ale ten styl przeżyję wszędzie!

Nie mam jakichś większych uwag co do klimatu Mierovégo námestia, bo tak się nazywa trenczyński rynek, ale spacerując między piętrowymi kamieniczkami czułem, że wzywają mnie zakamarki pnące się ku dominującej nad miastem twierdzy. Wchodząc się na zamek miałem niestety okazję do kilku rozczarowań. Chodzi o muzea, bo ani Muzeum Trenczyńskie, ani Dom Kata nie są atrakcjami z gatunku must-see. Albo nawet worth-see? W każdym razie ja nie daję okejki. Lepiej chyba wydać kilka euro na kawę lub drinka w jednym z wielu barów znajdujących się na zboczu zamkowego wzgórza.

Gmach Muzeum Trenczyńskiego prezentuje sie pięknie, ale jego wystawa jest co najwyżej przeciętna. I nie porównuję go w tej chwili do Luwru, tylko raczej muzeów miejskich i regionalnych w Pardubicach czy Koszycach.

Złe wrażenie po muzeach zatarł zamek, na który po prostu nie wypada nie wejść będąc w Trenczynie. To kawał historii, bo dzieje osadnictwa na wzgórzach wokół miasta sięgają starożytności, a zamkowa rotunda może pamiętać czasy Państwa Wielkomorawskiego. Z całą pewnością można natomiast stwierdzić, że od XI wieku było to ważne miejsce na mapie Królestwa Węgier, w skład którego przez wieki wchodziła Słowacja. Twierdza przeżywała swój rozkwit na przełomie XII i XIV wieku, gdy rządził nią potężny węgierski możnowładca Mateusz Czak, zwany Panem Wagu i Tatr. Jego imię do dziś nosi charakterystyczna 40-metrowa wieża górująca nad miastem. Jako ciekawostkę można dodać, że po śmierci Mateusza Trenczyn przeszedł w ręce królów Węgier, a górny zamek został rozbudowany przez Ludwika Andegaweńskiego – późniejszego króla Polski.

W drodze na zamek.

Zwiedzający mogą nie tylko wspiąć się na wieżę i pochodzić po murach, ale też obejrzeć muzealne wystawy urządzone w części zamkowych budynków. Znajdzie się też coś mniej poważnego – na przykład wystawa figurek prezentujących legendarne potwory. To niejedyny baśniowy element, bo jak na średniowieczny zamek przystało, Trenčiansky hrad dorobił się swoich legend. Jedna z nich dotyczy głębokiej na 80 metrów „studni miłości”, wykopanej podobno przez tureckiego księcia Omara, który starał się w ten sposób o rękę porwanej przez Węgrów księżniczki Fatimy. Mozolne prace zakończyły się sukcesem dopiero po czterech latach, ale najważniejsze, że turecka telenowela na słowackim zamku miała swój happy end.

Widok na Trenczyn z Wieży Mateusza.

Zamek w Trenczynie był istotnym punktem oporu podczas wieloletnich wojen z Imperium Osmańskim. Pod koniec XVIII wieku zaczął popadać w ruinę po pożarze, a władająca nim rodzina Illésházy postanowiła przenieść się do wspomnianego już dubnickiego pałacu. Dzisiejszy kształt budowli to w dużej mierze zasługa gruntownej odbudowy, która rozpoczęła się w połowie ubiegłego wieku. Koniec końców nie starczyło nam czasu, by odkryć wszystkie tajemnice zamku przed nadciągającym załamaniem pogody. Zdążyłem jedynie rzucić znane z wiedźmińskich memów „zanosi się na burzę”, gdy pierwszy piorun rozdarł wrześniowe niebo. Reszta to już szybka ucieczka do samochodu.

Na dziedzińcu Muzeum Trenczyńskiego. Nie można było tam wchodzić, ale nie wiem czemu aż tak bardzo strzegli tego pomnika 😀
I jeszcze jedna migawka z barwnej trenczyńskiej starówki.

Po jasnej stronie dziejów – historyczny Uhrovec

Na Trenczynie nasza jednodniowa przygoda bynajmniej się nie skończyła. Czekało na nas jeszcze kilka miejsc, które odnalazłem przeglądając mapy i kolorowy przewodnik otrzymany w dubnickiej grocie. Oderwawszy się od ruchliwej autostrady ruszyliśmy na wschód, by zatopić się w okolicznych wioskach.

Zrujnowany pałac w Uhrovcu.

GPS wskazywał drogę na Uhrovec, niepozorną wieś o niezwykle bogatej historii. W dawnych czasach wytwarzano tutaj sukno i szkło, a uhroveckie produkty trafiały nieraz daleko poza granice Słowacji. Przemysłowe tradycje sprawiły, że miasto stało się z czasem areną działań ruchu robotniczego. A skoro już tematem mojej opowieści stali się znani Słowacy to wypada wspomnieć, że nie tyle w Uhrovcu, co wręcz w tym samym budynku dawnej szkoły urodziło się dwóch wielkich przedstawicieli tej niewielkiej nacji. Pierwszym z nich był Ľudovít Štúr, XIX-wieczny pisarz, będący architektem słowackiego przebudzenia narodowego i ojcem współczesnego języka słowackiego. Drugim – Alexander Dubček, działacz komunistyczny, który w 1968 roku stanął na czele Praskiej Wiosny, a 20 lat później wsparł Vaclava Havla i pokojowe przemiany Aksamitnej Rewolucji.

Miejsce urodzenia Štúra i Dubčeka.

W górach niedaleko Uhrovca, na Jankovym vřšoku, znajduje się jeden z najciekawszych pomników Słowackiego Powstania Narodowego, jakie miałem okazję zobaczyć. Monument upamiętnia 7 bojowców z partyzanckiej brygady im. Jana Žižki, którzy zostali spaleni żywcem przez hitlerowców w znajdującym się nieopodal schronie. Komuniści postanowili nieco rozwinąć historię i na inskrypcji znalazło się również słowo o radzieckich bohaterach. Integralną częścią kompleksu są; amfiteatr, w którym odbywają się uroczystości ku czci SNP oraz hotel górski „Partyzant”. Odkładając na bok historię i politykę trzeba zaznaczyć, że pomnik i jego okolice są kapitalnym punktem widokowym na okoliczne wzgórza i ruiny Zamku Uhrovec. W pobliżu znajdują się również powstańcze bunkry, ale nie udało mi się do nich trafić.


Bojnice – Słowacja jak z bajki

Trenczyński wyjazd miał jeszcze małe post-scriptum w postaci krótkiej wizyty w Bojnicach, ale ostatecznie nie zatrzymaliśmy się tam na długo. Nie naciskałem na to, bo miałem okazję odwiedzić Bojnice dawno temu z rodzicami. Kiedy to było? Cholera, nie pamiętam, ale na pewno przed rokiem 2012… Albo 2015? Niemniej, co nieco o tej miejscowości opowiedzieć mogę. Dla mnie to taki słowacki Disneyland – skupiony wokół pięknego zamku i oferujący turystom baseny, zoo, muzeum iluzji i wciąż rozwijającą się infrastrukturę turystyczną. Nowością jest dominująca nad okolicą ścieżka widokowa „Čajka v oblakoch”, którą widać z wielu kilometrów. Bojnice to super opcja dla każdego, kto szuka przyjemnego miejsca na dwudniowy wypad z rodziną. Poszukiwacze ciekawostek i wyzwań poza utartymi szlakami wyjadą stamtąd raczej zmęczeni.

Dodaj komentarz