Tartu – przyszłość w stolicy estońskiej kultury

Jest sobota, kawałek po północy. Snuję się opustoszałymi uliczkami dzielnicy Karlova. Niegdyś tutejsza drewniana zabudowa mogła wzbudzać wątpliwości samotnego spacerowicza, ale dzisiejsza Karlova to szybko gentryfikująca się oaza młodzieży. Jej symbolem stała się Barlova – prowadzony przez sympatycznego Włocha podróżniczy pub z, a jakże, kraftowym piwem. Kilka dni wcześniej będąc w podobnej sytuacji wysłałem do znajomej SMSa o klasycznej treści „dotarłaś bezpiecznie do siebie?” W odpowiedzi przeczytałem tylko „stary, jesteśmy w Tartu.”

W sumie miała rację. Miasto, nawet późno po zmroku, sprawia niewinne wrażenie. Korzystając z jednej z ostatnich ciepłych, sierpniowych nocy ruszyłem w stronę centrum. Pod rozświetlonym Teatrem Vanemuine, kolebką estońskiego odrodzenia narodowego, spotkałem tylko kilku znużonych taksówkarzy. Przeszedłem Stare Miasto trafiając pod uniwersytet znajdujący się wśród szerokiej europejskiej czołówki (a więc wyżej niż „nasze”) i wciąż było pusto. Ludzi znalazłem dopiero na zielonych zboczach Wzgórza Katedralnego, plenerowej mekce tartuskiej młodzieży. Krótki spacer pozwolił mi złączyć ze sobą przeszłość, przyszłość i teraźniejszość Estonii. Tartu stanowi idealne połączenie tych trzech czasów.

Estońskie korzenie

Mało który kraj Europy ma tyle stolic co Estonia. Bo chociaż oficjalną jest oczywiście Tallinn, to mała bałtycka republika posiada również stolicę letnią (Pärnu), zimową (Otepää), weselną (Kuressaare) czy kulturową. Tą ostatnią oczywiście jest Tartu. Ale centralna rola w kształtowaniu się estońskiej kultury i tożsamości to niejedyna stołeczna zasługa tego stutysięcznego miasta.

Jeśli chcemy poznać lepiej skomplikowane losy Estończyków powinniśmy udać się do futurystycznego gmachu Estońskiego Muzeum Narodowego (Eesti Rahva Muuseum). Placówka jest położona na dalekich przedmieściach Tartu, co oznacza, że z centrum miasta czeka nas tam półgodzinny spacer. Ale bez obaw – znacznie szybciej dotrzemy na miejskim rowerze, przecinając malowniczą drewnianą okolicę. Muzeum Narodowe oferuje stałe ekspozycje dotyczące historii Estonii i ludów ugrofińskich oraz wystawy czasowe, które też trzymają wysoki poziom. A przynajmniej trzymała go wystawa o estońskiej transformacji lat 90-tych, która miejscami wkręcała mnie w podstawione tu i ówdzie fotele.

Futurystyczne wejście do gmachu Muzeum Narodowego.

Ci z nas, którzy wsiąknęli swego czasu w historię, na dźwięk słowa „Tartu” myślą pewnie „uniwersytet”. Nic dziwnego – założona w 1632 roku placówka stanowi dumę miasta i kraju. Ale chwileczkę… poczekajmy z tym 1632! Co prawda właśnie wtedy szwedzki król Gustaw II Adolf założył Akademię Dorpacką, ale tradycje lokalnego szkolnictwa sięgają roku 1583, kiedy nie kto inny jak Stefan Batory ufundował tam jezuickie gimnazjum. Szkoła była ważnym elementem planu zaprowadzenia w Estonii kontrreformacji – tyleż śmiałego, co nieudanego. Między rozwiązaniem polskiej szkoły a założeniem szwedzkiej akademii upłynęło 31 lat, ale fundacja Batorego do dzisiaj jest pamiętana w Tartu – upamiętnia ją między innymi tablica na uniwersyteckim murze.

Dawniejszej historii doświadczyć możemy w miejscach świętych – klasykiem jest średniowieczny kościół św. Jana (Jaani kirik) ozdobiony tajemniczymi figurkami z terakoty. Symbolem miasta jest jednak katedra, a raczej jej… ruiny. Tak tak, słynna tartuska katedra to dzisiaj połowicznie szkielet, w którym malowniczo załamują się promienie słońca. Połowicznie, bo część budynku przeznaczono na Muzeum Uniwersyteckie. Umiejscowienie niektórych tartuskich muzeów to zresztą niezły materiał do niespodzianek – przykładowo sala poświęcona wielkiemu pożarowi miasta z XVII wieku znajduje się w podziemiach Muzeum Sportu. Nic w tym dziwnego – po prostu muzeum zajęło budynek, pod którym odkopano fundamenty jednego ze zniszczonych wówczas domów.

Surowe wnętrze średniowiecznego Jaani kirik.

Koniec końców historia Tartu to historia estońskiego odrodzenia narodowego. Oprócz wspomnianego już teatru (i jego dwóch scen, ta druga jest bardziej malownicza!) warto odwiedzić Muzeum Literatury. Historia i kultura Estonii są w Polsce mało znane, ale z całego serca polecam odkrywanie ich – sam znalazłem mnóstwo ciekawych powiązań i różnic, które świadomym Polakom i Estończykom mogą pomóc lepiej zrozumieć skomplikowaną przeszłość naszej części świata.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zawarł wskazówek dla miłośników sowieckich klimatów. Cóż, Tartu jest mało sowieckim miastem, ale jeśli lubicie wielką płytę i niekonwencjonalne rozwiązania urbanistyczne warto wybrać się na miasto-w-mieście Annelinn, czyli w dużej mierze rosyjskojęzyczne przedmieścia po wschodniej stronie rzeki Emajõgi. Nieopodal Muzeum Narodowego można też znaleźć pomnik Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, ale większą atrakcją będą zachowane sierpy i młoty na fasadach kamienic przy rynku. To jedno z najbardziej subtelnych połączeń, na jakie natrafiłem zwiedzając poradziecką Europę!

Wygląda znajomo? Polecam poszukać zdjęć dzielnicy Annelinn z lotu ptaka – dopiero wtedy robi prawdziwe wrażenie!

Nie samą przeszłością Tartu żyje

Myliłby się jednak ten, kto wziąłby Tartu za romantyczny pomnik estońskiej kultury i historii. Miasto żyje tu i teraz, realizując swoje ambicje w coraz to nowszych inwestycjach i rewitalizacjach. Mieszkałem tam zaledwie miesiąc, ale jestem zdania, że pomimo swojej „małomiasteczkowości” Tartu jest bardzo kompaktowym miejscem do życia. Co mam na myśli? Przede wszystkim dostep do sprawnej komunikacji miejskiej, rozwiniętych instytucji kultury czy miejskiej zieleni. Tą ostatnią znaleźć możemy na niedawno odnowionym brzegu Emajõgi – który kiedyś był podobno straszną mordownią. Jeśli chcemy wyrwać się z miejskiego klimatu (zgiełkiem bym tego nie nazwał), powinniśmy wybrać się do parku Tahtvere. Pieszo to zaledwie 40 minut z centrum przez hipsterską, drewnianą dzielnicę Supilinn. Tartu to niezwykła jak na warunki europejskie „mała metropolia”. Nic w tym dziwnego – mieszka tam co 13 mieszkaniec Estonii (dla samych Estończyków liczba ta będzie pewnie jeszcze mniejsza), a w połączeniu z mnogością instytucji daje to skalę niedającą się przyrównać do polskich czy niemieckich miast. To cenna lekcja o różnicach na naszym małym kontynencie.

Wróćmy jednak do tego, czego warto doświadczyć w Tartu. Na co dzień miasto żyje oczywiście kulturą studencką, ale kiedy uniwersytet pustoszeje w trakcie wakacji, jego miejsce zajmują wystawy i festiwale. Najpopularniejszą letnią imprezą jest sierpniowy Tartuff, festiwal filmów o szeroko pojętej miłości. Tysiące mieszkańców i turystów zbiera się wówczas pod wielkim telebimem na centralnym Placu Ratuszowym. Minusy? Temperatura potrafi spadać do 10 stopni wieczorem. Mniej podatny na kaprysy pogody jest odbywający się na przełomie lipca i sierpnia Festiwal Jedzenia i Wina, który stanowi najlepsze wprowadzenie do, bądźmy szczerzy, przeciętnej estońskiej kuchni.

A skoro już o kuchni mowa to warto wybrać się do Aparaaditehas – alternatywnego centrum społecznego położonego przy skrzyżowaniu ulic Riia i Kastani. Apaaradi to swego rodzaju tartuska stolica nowego, fajnego życia, w którym na estońskiej ziemi przoduje rzecz jasna Tallinn. Znajdziecie tam świetne restauracje, sklepy z alkoholem, pchli targ i wiele innych modnych i niekoniecznie budżetowych rzeczy.

Skok w nowoczesność

Przez najbliższe 4 lata Tartu będzie przygotowywało się do funkcji Europejskiej Stolicy Kultury 2024. Nie piszę tego na wyrost – promocja ruszyła już w sierpniu. Póki co znane są tylko ogólne plany organizatorów – kulturowy i ekonomiczny rozwój regionu. Brzmi jak wszystko i nic, ale znając Estończyków możemy spodziewać się czegoś mocnego. Kolejna udana rewitalizacja? Nowa galeria sztuki? Inwestycje w inteligentną infrastrukturę i cybernetyczną stronę miasta, z których Estonia słynie? Być może – z pewnością projekt Tartu 2024 zaznaczy się jednak mnogością wydarzeń, które warto będzie odwiedzić spędzając czas w bałtyckiej krainie wysp i jezior.

Niezależnie od ESK rozbudowuje się uniwersytet – sam wielokrotnie natknąłem się na ulotki zachęcające zagranicznych studentów do odwiedzenia Tartu w ramach Erasmusa bądź dłuższych programów. Magisterki i doktoraty są w Estonii darmowe (chociaż kwestia stypendiów wygląda mniej różowo niż u nas), a prestiż i międzynarodowe powiązania UwT ściągają tam badaczy z całego świata. Miałem przyjemność spędzać popołudnia w bibliotece uniwersyteckiej i przyznam, że naukowa emigracja do Estonii nie wydaje się najgłupszym pomysłem. Szczególnie, jeśli szukamy zachodnich standardów na niekoniecznie zachodnią kieszeń.

Stale rozwija się też oferta muzealna – nie tylko ta nakierowana na pewną zamkniętą przeszłość, ale też ta zakładająca zabawę koncepcyjną. Świetne są oczywiście muzea uniwersyteckie, ale świetną atrakcją dla miłośników aktywnego zwiedzania będzie Muzeum Druku i Papieru. Wyszedłem stamtąd nie tylko z własnoręcznie wykonaną kartką papieru ale też… plakatem-ściągawką do nauki estońskich przyimków miejsca. Gratką dla wszystkich miłośników techniki i wynalazków będzie Centrum Nauki AHHAA – estoński krewniak warszawskiego Kopernika. Chociaż ekspozycja jest nieco uboższa, to wydała mi się bardziej zróżnicowana – oprócz klasyków takich jak interaktywne eksperymenty czy planetarium w Tartu zobaczymy też wystawę zdeformowanych płodów czy historię podboju kosmosu. Co ciekawe, z reguły krytyczni wobec ZSRR Estończycy do tego ostatniego aspektu podchodzą całkiem pozytywnie.

W tym miejscu zakończę dzisiejszą opowieść, chociaż oczywiście o samym Tartu pisałem szerzej na fejsbukowej części bloga. Tymczasem jednak siadam do zebrania swoich notatek z Tallinna – estońskiej stolicy, która o moje serce stoczyła znacznie cięższy bój niż bliski Polakom Dorpat.

Dodaj komentarz