Tallinn – estoński sen o Europie

Początki mojej znajomości z Tallinnem nie należały do łatwych. Odwiedziłem go w takim okresie życia, kiedy czytałem sporo Lonely Planet i innych modnych przewodników. Zwracałem wtedy zbyt dużo uwagi na trendy, reklamowane miejsca, różnego rodzaju rankingi i topki. No i w końcu wydarzył się Tallinn, który pomógł mi zmienić podejście. Oczywiście nie pojechałem do niego pod przymusem ani za karę. Wręcz przeciwnie, wziąłem ze sobą bagaż pochwał ładnych stron o perfekcyjnych podróżach. No i coś wtedy nie zagrało, a ja wróciłem do domu z lekkim niedosytem. Ale przecież w podróży nie należy się poddawać. Szczególnie, jeśli intuicja każe nam gdzieś wrócić.

„Nie rozumiem jak możesz nie lubić Tallinna, przecież to takie nowoczesne, europejskie miasto. Symbol naszej modernizacji!” Takie i inne rzeczy wyłożyła mi dwa lata później znajoma studentka prawa z Tartu. Wcale nie było tak, że go nie lubiłem, ale bez względu na wszystko znalazłem się pod ostrzałem. Nie chcąc się narażać obiecałem, że uważniej przyjrzę się miastu przy następnej okazji. Nie skłamałem. Każda kolejna wizyta w estońskiej stolicy była dla mnie odtąd interpretacyjnym wyzwaniem. Nauczyłem się jednego – Tallinn nie jest tylko atrakcją, którą Estończycy odkrywają przed światem. On jest ich manifestem.

Pierwsze kroki, czyli Stary Tallinn

Do Tallinna można dotrzeć na wiele sposobów, ale tak się złożyło że dwa najpopularniejsze, czyli samolot i autobus, rzucają nas do tej samej okolicy (Ülemiste / Juhkentali). Docierając do centrum miasta ruchliwą ulicą Tartu maantee zostajemy skonfrontowani z tallińskim „city”. Jeszcze wcześniej wprawne oko dojrzy takie cuda jak wielki diabelski młyn na… dachu centrum handlowego Mall of Tallinn, ale to tylko przedsmak. Stalowo-szklana biznesowa dzielnica miasta nie wyróżnia się niczym szczególnym, no może poza modernistyczną bryłą Hotelu Viru, w którym mieści się dzisiaj Muzeum KGB. Przypadek? A skądże. Zbudowana w latach 70-tych luksusowa placówka mieściła w sobie centralę KGB, z której podsłuchiwano hotelowych gości. O kunszcie radzieckich szpiegów świadczy fakt, że Estończycy rozpracowali zainstalowany system dopiero trzy lata po upadku ZSRR!

Nie żartowałem z tym diabelskim młynem.

Spod Hotelu Viru już tylko krok dzieli nas od Opery Narodowej i reprezentacyjnego wejścia na Stare Miasto – Viru Värav czyli Bramy Viru. Właśnie w tym miejscu tłumy turystów zaczynają swoją przygodę ze słynną tallińską starówką. A przynajmniej – bogato promowaną. Jak to wszystko wypada w rzeczywistości? Dobra, zaskoczę Was – jest pięknie. Tłumnie, ale pięknie. Wąskie uliczki pełne są modnych knajp, straganów z rękodziełem i wycieczek oprowadzanych przez przewodników w strojach z epoki (jakiej i czy ona faktycznie się Estończykom przydarzyła, to już inna sprawa). Od czasu do czasu można natknąć się nawet na antyputinowską demonstrację organizowaną przez Ukraińców z Banderą na sztandarze.

Z Banderą to też nie żarty!

Rzecz w tym, że o ile na warunki Estonii i jej okolic Tallinn jest perełką (chociaż Ryga i Wilno dotrzymują mu kroku), to na warunki europejskie to wszystko jest po prostu klasyczne. Ot zmieniamy język na jakieś śmieszne ciągi samogłosek i dodajemy trochę wypieranego postradzieckiego klimatu, ale dalej jesteśmy w swojej wielkiej rodzinie. Podchodząc do Tallinna trzeźwo będziemy się świetnie bawić na kameralnym Placu Ratuszowym i w odchodzących od niego uliczkach wypełnionymi modnymi piwiarniami. Tu i ówdzie czekają na nas historyczne klasyki, takie jak budynek Wielkiej Gildii czy Dom Bractwa Czarnogłowych (dzisiaj należące odpowiednio do Muzeum Historii Estonii i Filharmonii Tallińskiej). Wielka Gildia od czasów średniowiecza skupiała największych tallińskich kupców. Z kolei Czarnogłowi to obrosłe legendami militarne stowarzyszenie mniej prominentnych kupców i armatorów zarówno z Tallinna, jak i innych miast. Bractwo funkcjonowało na terenach współczesnych Estonii i Łotwy, a kulturalne odniesienia do jego tradycji można do dzisiaj znaleźć w organizacjach takich jak Estońska Liga Obrony. Spacerując po Starym Mieście warto wspiąć się na wieżę kościoła św. Olafa, który w latach 1549-1625 był najwyższą świątynią Europy. To jeden z wielu punktów widokowych na okolicę – Tallinn najwyraźniej lubi być oglądany z góry.

Talliński ratusz to jeden z dominujących budynków na starówce.

Nieopodal wysokiego kościoła, na rubieżach starówki znajduje się baszta Gruba Małgorzata goszcząca Muzeum Morskie. Na jednym z jego murów upamiętnione zostały kontrowersyjne internowanie oraz brawurowa ucieczka statku ORP „Orzeł”, który wydostał sie z Tallinna nocą z 17 na 18 września 1939 roku. Zawracając spod baszty warto zajrzeć na drugą stronę Starego Miasta – do uwielbianego przez Estończyków kościoła św. Mikołaja, który od kilku dekad pełni funkcję muzeum sztuki sakralnej. Kawałek za Świętym Mikołajem opuszczamy starówkę, trafiając na Plac Wolności. Albo Vabaduse väljak, bo polskie nazwy przecież zupełnie nic tu nie mówią. To już zderzenie z modernizmem, od którego uciec możemy do podziemnych muzeów bądź w zupełnie przeciwną stronę, wspinając się wzdłuż Pomnika Wojny o Niepodległość (Vabadussõja võidusammas, chociaż ten monument akurat trudno przeoczyć). Po krótkiej wspinaczce naszym oczom ukazuje się średniowieczna baszta Kiek in de Kök. Trafiamy na Toompeę, czyli Wzgórze Katedralne.

Jedne ze schodków prowadzących na Toompeę.

Toompea to integralna, jeszcze bardziej reprezentacyjna część Starego Tallinna. Tutaj prawie każdy budynek ma jakieś historyczne znaczenie. Codziennie o świcie na szczycie baszty Długi Herman, przy akompaniamencie estońskiego hymnu, pojawia się niebiesko-czerwono-biała flaga. Tuż obok baszty urzęduje Riigikogu – estoński parlament. Za parlamentem znajdziemy zamek Toompea, a naprzeciwko niego uwagę turystów przyciąga imponujący sobór im. Aleksandra Newskiego. To jedna z dwóch katedr na wzgórzu – drugą jest luterański Toomkirik, któremu patronuje Najświętsza Maria Panna. Toompea to jednak nie tylko zabytki, ale też świetne tarasy widokowe pozwalające ogarnąć wzrokiem cały Tallinn. Jeśli szukacie tylko tego jednego, z instagramowym napisem The Times We Had to pozwólcie, że ułatwię Wam życie – Kohtuotsa vaateplatvorm. Uff, trochę tego wyszło! Jak widać, historyczny Tallinn faktycznie jest interesujący. Ale czy na tyle, żeby robić z niego ósmy cud świata dla nowej fali podróżników? Temu będę się stanowczo sprzeciwiał – przede wszystkim dlatego, że cierpi na tym samo miasto. Pozwólmy sobie odkrywać je na spokojnie, bez podróżniczego blichtru. Tymczasem jednak opuszczę śródmieście i pozwolę sobie zabrać Was na dwie obowiązkowe wycieczki.

Wzgórze Katedralne wieczorową porą.

Z wizytą u Piotra Wielkiego i świętej Brygidy.

Krótka tramwajowa ucieczka z centrum miasta kończy się w Kadriorgu, kompleksie pałacowo-parkowym będącym sprawką cara Piotra Wielkiego. Nazwa Kadriorg oznacza dosłownie Dolinę Katarzyny. Chodzi o Katarzynę I, ukochaną żonę Piotra i późniejszą carycę Rosji. Barokowy pałac cieszy dzisiaj nie tylko oczy turystów, ale przede wszystkim dusze miłośników sztuki. Znajduje się tu bowiem serce Estońskiego Muzeum Sztuki, podzielonego na kolekcję dzieł zagranicznych w pałacu i kolekcję współczesnej sztuki estońskiej w futurystycznym budynku Kumu. Nazwa brzmi hipstersko, ale to nic innego jak skrót od zaskakująco zrozumiałego „kunstimuuseum”. Na Pałacu Kadriorg i Kumu zbiory się nie kończą – w całym Tallinnie znajduje się 5 oddziałów Eesti Kunstimuuseum. Oprócz wspomnianego już kościoła św. Mikołaja są to: Adamson-Ericu muuseum na Starym Mieście i Mikkeli muuseum na Kadriorgu. Znając ograniczenia swojej wiedzy o sztuce ograniczę się jedynie do wzmianki o dwóch ostatnich 😉

Kadriorg skrywa w sobie jeszcze jedno miejsce, o którym Polacy zapominać nie powinni. To stadion piłkarski, na którym swego czasu urzędowała Levadia Tallinn. Swego czasu, to znaczy między innymi 22 lipca 2009 roku, kiedy po bramce z rzutu wolnego w 90 minucie Estończycy wyeliminowali z Ligi Mistrzów Wisłę Kraków. Minęło dziesięć lat, a blamaż krakowskich piłkarzy zamiast stać się wstydliwą legendą stał się niestety początkiem pewnego trendu. „Eurowpierdole” zgarniamy dzisiaj w całej Europie, ale warto pamiętać, że zaczęło się tutaj – na Kadrioru Staadion.

A konkretnie tutaj. Estończycy wyrzucili Wisłę z pucharów po rzucie wolnym w ostatniej minucie meczu.

Opuszczając Kadriorg trafimy zapewne w jedno z dwóch miejsc. Pierwsza opcja to pomnik Rusałki poświęcony marynarzom okrętu wojennego o tej samej nazwie, którzy zginęli w katastrofie pod koniec XIX wieku. Druga opcja to Lauluväljak, wielki amfiteatr, w którym co 5 lat odbywa się Estoński Festiwal Pieśni i Tańca. Organizowany od 1869 roku festiwal walnie przyczynił się do zbudowania estońskiej tożsamości narodowej i jest jednym z kluczy do poznania estońskiej duszy i kultury. Zła wiadomość jest taka, że poprzedni odbył się w roku 2019, więc na kolejną edycję przyjdzie nam trochę poczekać. Warto jednak pamiętać, że przynajmniej raz Estończycy zebrali się na terenie festiwalu w okresie pięcioletniego oczekiwania. Miało to miejsce 10 czerwca 1988 roku, kiedy spontaniczny wieczór śpiewania pieśni patriotycznych stał się kamieniem milowym w drodze do odzyskania niepodległości przez Estonię. Nie bez przyczyny całość tych wydarzeń została określona Śpiewającą Rewolucją – muzyka była wówczas iskrą rozpalającą opór społeczny w Tallinnie, Tartu i innych częściach kraju.

Malownicza nadmorska droga prowadzi nas spod Lauluväljak wprost na wzgórze Maarjamäe. Znajduje się tam Muzeum Historii Estonii, ale ja dzisiaj akurat nie o tym. Znacznie ciekawszym miejscem jest bowiem tamtejszy pomnik. A raczej dwa pomniki. Ten oryginalny jest radziecki i poświęcono go poległym żołnierzom Armii Czerwonej. Nieprzepadający za epoką komunizmu Estończycy długo debatowali nad tym, czy należy go usunąć. Ostatecznie wpadli na inny pomysł. Do niszczejącej radzieckiej instalacji dobudowali drugą część, poświęconą estońskim ofiarom komunistycznych represji. Genialne posunięcie, chapeau bas! Już podczas pierwszej wizyty miałem wrażenie, że to zagranie bardzo dobrze wpisuje się w nowoczesny, kreatywny obraz nordyckiej Estonii. Szczególnie, że nowy pomnik jest świetnie zrobiony. Jego centralną część stanowi „Podróż” – swego rodzaju tunel pamięci, na ścianach którego znajdziemy nazwiska zamordowanych Estończyków.

Stary pomnik i nowy Tallinn w tle
Jedna ze ścian Podróży.

Ostatnim przystankiem wschodniotallińskiej podróży jest Pirita. Dzielnica wzięła swoją nazwę od klasztoru św. Brygidy, a raczej jego ruin, bo jednym ze znaków rozpoznawczych Estonii jest parytet między zrujnowanymi i utrzymanym świątyniami. Zamknięty pod koniec XVI wieku klasztor doczekał się niedawno sąsiedztwa w postaci nowoczesnego sanktuarium. Pirita słynie jednak przede wszystkim z jednej z najpiękniejszych plaż Estonii i chociaż Zatoka Fińska nie umywa się do Morza Śródziemnego, to warto przejść się na spacer po tallińskim piasku. A jeśli morze kompletnie nas nie interesuje, to w głębi lądu znajdziemy Ogród Botaniczny i widoczną z wielu kilometrów wieżę telewizyjną, która atrakcją jest podobno wielką, ale ceny biletów jakoś zawsze mnie od niej odstraszały. Może w innym mieście bym się na nią skusił – ale Tallinn widać świetnie z wielu darmowych puntów widokowych.

Dziwnie, niby Bałtyk, a jednak bez parawanów!

Druga część zwiedzania Tallinna kończy zwiedzanie w klasycznym rozumieniu tego słowa. Przejdę teraz do części trzeciej, czyli poznawania estońskiej awangardy. To podobno najmocniejsza strona współczesnego Tallinna. Świetnie – nie pozostaje nic innego jak rzucić jej wyzwanie.

Hipsterzy, sztuka i gentryfikacja, czyli talliński sen o Europie

Przyjeżdżając do stolicy Estonii pociągiem trafiamy na drugą stronę Starego Miasta, a kroki łatwiej skierować nam w stronę kolorowego rynku Balti Jaam. Zaopatrzeni w świeżą dawkę owoców zakupionych w pamiętającej czasy radzieckie hali targowej meldujemy się u bram Telliskivi. Czym jest Telliskivi? Cóż, oddam w tym miejscu głos oficjalnym folderom. To dawne tereny przemysłowe przekształcone w kreatywne centrum Tallinna. Miejsce przyjazne artystom, NGO-som, projektantom mody i wszelkim współczesnym nonkonformistom. Brzmi znajomo? Wypełnione sztuką, second-handami i alternatywnymi knajpami Telliskivi to nasza Młoda Europa w pigułce. Element estońskiego manifestu.

Tak to z grubsza wygląda. Odzyskane dla społeczeństwa przemysłowe baraki goszczą dzisiaj modne knajpy, dizajnerskie sklepy i second-handy.

Jako turysta z Polski mam z tym problem, bo Telliskivi jest oczywiście przyjemne, ale wtórne. Jest to miejsce jakich wiele w Europie, szczególnie tej szukającej postindustrialnych ścieżek. Znam takie w Holandii i Czechach, znam takie w Łodzi i Katowicach. Świetnie, że Estończycy dobrze się tam bawią – ale czy to aby na pewno jest atrakcja turystyczna warta wielkiej promocji? Wszak Długi Hermann jest tylko jeden, a Telliskivi są w Europie setki. Czasem mniejszych, czasem mniej hucznych. Ale jednak setki.

Ulica Jedzenia, jedna z atrakcji Telliskivi, czyli taka bardziej hipsterska częstochowska Aleja Frytkowa 😛

Chodźmy jednak dalej. Oto swoje wąskie, otoczone drewnianymi domkami ulice otwiera przed nami Kalamaja, dawna dzielnica rybaków. Kolejna klasyczna historia współczesnej Europy – niegdysiejszy slums obrócony w mekkę bohemy i turystów. Dodatkowe punkty należy tu przyznać za skandynawski klimat. Ale odkładając na bok lekko ironiczne pióro muszę przyznać, że spacer po Kalamai będzie przyjemnym akcentem każdego zwiedzania Tallinna. Szczególnie, jeśli skończymy go w Lennusadam, czyli kolejnym symbolu Nowej Stolicy.

Kalamaja, czyli drewno i kawiarnie. Chociaż tutaj wkradł się jakiś nowszy budynek.

Lennusadam to dawny port obsługujący hydroplany. Dzisiaj potężny hangar portowy pełni rolę awangardowego muzeum sztuki. Zaskoczeni? Myślę, że niekoniecznie 😉 Ale dla tych, którzy mają dość hipsterstwa i obrazów zrewitalizowane nabrzeże oferuje również możliwość zwiedzenia kilku statków, takich jak lodołamacz Suur Töll. Z Lennusadam odpływają też statki na Naissaar, tajemniczą wyspę, która niegdyś stała się… republiką sowiecką!

Lennusadam od bardziej technicznej strony.

Ostatnim akcentem tego dość sztampowego, ale imponującego projektu jest Noblessner, czyli świeżo zrewitalizowany obszar portowy na zachodnich rubieżach Kalamai. Szczerze mówiąc trochę rzygam tym miejscem patrząc na to, jak mocno forsowane jest przez oficjalne strony typu Visit Tallinn… No fajny jest ten Noblessner – mają tam centrum kreatywne, centrum artystyczne, centrum techno i wszystkie inne fajne centra dla fajnoestończyków i fajnoturystów. Mnie się to podoba samo w sobie, ale daleki jestem od zachwycania się rzeczami, które kulturowo bywają w moim wieku i stanowią młody, paneuropejski trend. Dlatego nigdy do końca nie polubiłem się z Tallinnem.

Okej, to jest bardzo ładne miejsce. A na pewno bardzo fotogeniczne!

Zamiast tego postanowiłem nauczyć się tego miasta. Dzisiaj patrzę na stolicę Estonii jako na niezwykłe spełnienie snu o wyrwaniu się z bloku wschodniego. Tallinn to miejsce, w którym do perfekcji rozwinięto aktualną kulturę Europy. Nigdzie indziej, nawet w Polsce, mityczna „westernizacja” nie została wykonana z taką pasją i takim przekonaniem jak w Nowym Tallinnie. Ale obok Nowego Tallinna są jeszcze inne Tallinny. Stary Tallinn to oczywiście opisane wcześniej historyczne centrum (i świetny likier znany oczywiście pod estońską nazwą, czyli Vana Tallinn). Myślę, że istnieje też swego rodzaju Środkowy Tallinn. Ten Środkowy Tallinn to radzieckie blokowiska otaczające miasto. Króluje tam język rosyjski, a mieszkańcy niekoniecznie spędzają swoje wolne chwile w knajpach Telliskivi. Środkowy Tallinn jest dzisiaj najmniej znany. Można by wręcz rzecz – wymazywany, niekoniecznie potrzebny. Może przy następnej wizycie w tym szybko zmieniającym się mieście powinniśmy skierować kroki właśnie tam?

Nie samymi kolorowymi domkami Tallinn żyje 😉

Kończąc wątek Nowego Tallinna pozwolę sobie jednak na zgryźliwe pytanie. Co kiedy cała ta moda przeminie? Czy Tallinn popłynie z prądem, czy też może zatrzyma się w mijającej dekadzie? To byłoby swoją drogą niezwykle ciekawe – miasto, w którym utrwalono rok 2018. Gdybym przypadkiem miał rację, Tallinn mógłby za kilka-kilkanaście lat stać się wielką atrakcją właśnie ze względu na Telliskivi czy Noblessner. Ale dzisiaj? Ot fajna hipsteriada, którą znajdę też 500 metrów od mojego mieszkania w Poznaniu.

Tak sobie myślę, że chyba napisałem już podsumowanie. Niemniej zbiorę myśli w jeszcze jednym akapicie. Generalnie bardzo polecam Wam Tallinn, ale koniecznie jako miasto przeżywane od podstaw, bez nadbudowy współczesnej promocji. To miejsce jest niesamowicie ważne dla Estończyków nie tylko dlatego, że jest ich stolicą. Jest ważne, ponieważ za sprawą jego najnowszej historii zgłaszają akces do wielkiej zachodnioeuropejskiej rodziny. Czują, że osiągnęli wiele startując z pułapu stłamszonej republiki radzieckiej. Raz jeszcze oddam głos tartuskiej studentce prawa. „Michał, byłeś w Rydze? Okej, mają tam fajną starówkę, ale na tym miasto się kończy. To nie to samo co Tallinn. Łotyszy wciąż więcej dzieli od zachodu.” Można się z tymi słowami zgadzać lub nie, ale wtedy zrozumiałem, że dla wielu Estończyków transformacja stolicy jest kamieniem milowym w poszukiwaniu własnej tożsamości. I to jest opowieść o Tallinnie, którą kupuję.

Dodaj komentarz