Romskie osiedla, Andy Warhol i radzieckie czołgi. Moje słowackie szlaki #6

Wyjeżdżając nad ranem z Koszyc udaliśmy się w kierunku wschodnim, sprawdzając po drodze czy jest jakakolwiek szansa na aktywność Gejzeru Herlańskiego. Przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz przeczytałem o istnieniu gejzeru na Słowacji, byłem co najmniej zaskoczony. Co więcej jest to gejzer niezwykły, bo wypluwający na ziemię schłodzoną wodę. To jedyna tego typu atrakcja w Europie. Niestety, wybucha raz na kilka dni i nie udało mi się trafić na właściwy moment.

Trudno, zdarza się. Przed sobą mieliśmy jeszcze mnóstwo ciekawostek i atrakcji, które zaznaczyłem surfując po wirtualnych mapach. Naszym pierwszym przystankiem był Dargovský priesmyk, górska przełęcz, która w grudniu 1944 roku stała się areną ciężkich walk pomiędzy Armią Czerwoną i Wermachtem. Wojenną historię upamiętnia dzisiaj imponujący pomnik postawiony ku czci wyzwolicieli Czechosłowacji – chociaż oczywiście opinie na temat znaczenia tego terminu są dzisiaj u naszych południowych sąsiadów przeróżne. Za górami przywitała nas Słowacja inna od tej, do której przywykliśmy. Stonowana i pozornie niewyróżniająca się, ale przecież pozory mylą. Bo to bardzo kolorowy zakątek świata, bogaty w górskie pejzaże, historyczne zawiłości i składające się na społeczny kalejdoskop mniejszości.

Obrazy z życia kraju

A skoro o mniejszościach mowa to doszedłem do momentu, w którym jestem Wam winien parę akapitów o słowackich Romach. Podróżując po wschodzie kraju łatwo natknąć się na osiedla oznaczone na Google Maps jako „romska osada”. Zazwyczaj są położone z dala od centrów miast, a nieraz funkcjonują wręcz jako osobne wsie w środku niczego. Charakteryzuje je barakowa zabudowa sklecona z różnych dostępnych materiałów, wśród której czasem można dostrzec kilka niewykończonych bloków bądź domów. Wydaje mi się, że to miejsca o największej gęstości zaludnienia w całym kraju – bo tak jak przejeżdżając przez senne słowackie wioski można nie uświadczyć żywej duszy, tak tereny wokół romskich osiedli zawsze tętnią wielopokoleniowym życiem. Ale pomimo tego barwnego nieraz życia, ich ogólny obraz jest przerażająco smutny.

Najsłynniejszym romskim osiedlem na Słowacji jest koszycki Lunik IX. Blokowisko powstało w latach 70-tych jako raczej luksusowy zakątek dla pracowników służb mundurowych, ale z czasem stało się gettem dla Romów eksmitowanych z innych części miasta. Dzisiaj Lunik IX jest znanym na całym świecie przykładem dewastacji i rozpadu wynikających z niewłaściwej integracji. Nie byłem na Luniku, przede wszystkim dlatego, że nie gustuję w „ludzkich safari” i nie miałem ani jednego poważnego powodu by tam zawitać. Niemniej, jeśli chcecie zobaczyć życie w tej dzielnicy, to na YouTube znajdziecie sporo materiałów po polsku. Przed wyjazdem czytałem o tym miejscu sporo, starając się złapać punkt widzenia obu stron. Bo sytuacja słowackich Romów nie jest zero-jedynkowa. Z jednej strony ograniczają ich wewnętrzne zasady i tradycje, które zdaniem wielu nie przystają do współczesnej Europy. Ale nawet jeśli jednostki próbują wyrywać się z tego zamkniętego świata, to nieraz spotykają wrogość ze strony Słowaków.

Warto dodać, że problem gettoizacji nie dotyka bynajmniej wszystkich słowackich Romów, a znalezione przeze mnie statystyki podpowiadają, że poza marginesem społeczeństwa żyje zdecydowana mniejszość z nich. Nawet niesławny Lunik IX ma w swoim obecnym zarządzie ludzi z wizją, wierzących w możliwość wyjścia z wieloletniego impasu. Dobrze wiedzieć, że są wśród Romów osoby gotowe walczyć o lepsza przyszłość dla wykluczonej części swojej społeczności. Konkluzje? Cóż, jesteśmy na blogu podróżniczym, więc napiszę krótko – życzę obu stronom jak najlepiej, chociaż czeka je wybitnie długa i wyboista droga. A to, co zobaczyłem na własne oczy, nie napawa optymizmem. Zarówno w kwestii skali problemu, jak i ilości pracy do wykonania.

Michalovce – z wizytą nad słowackim morzem

Przekroczywszy masyw Gór Slańskich po chwili dotarliśmy do Michaloviec (Michałowic?), jednej ze stolic historycznego regionu Zemplin. Niezbyt legalnie zaparkowaliśmy auto pod jednym z marketów i udaliśmy się do największej atrakcji miasta, czyli klasycystycznego pałacu, w którym obecnie mieści się muzeum regionalne. Pech chciał, że wystawa była zamknięta, ale pięknie utrzymany budynek zrobił na nas dobre wrażenie. I to było w zasadzie jedyne „wow” w całym mieście, bo spacer po głównej ulicy i rynku był spacerem, który mógłby odbyć się gdziekolwiek indziej.

O ile Michalovce nie są miastem na dłużej niż godzinę, o tyle miłośnicy spokojnego wypoczynku z aktywnymi opcjami powinni rozważyć zakręcenie się w okolicy Zbiornika Zemplińskiego, jednego ze słowackich „mórz”. Dla takich jak ja, czyli ludzi którzy nie potrafią pływać i są raczej na bakier z wodą, dobrą zachęta powinny być piękne okoliczności przyrody i możliwość ucieczki w góry, na przykład na ruiny zamku w miejscowości Vinné. A dla bardziej alternatywnych turystów nad zalewem otwierają się m.in. możliwości urbexu.

Centrum Michaloviec ma kilka ładnych zakątków…
…ale przeważnie wygląda jak szablonowy projekt średnio ambitnych modernistów.
Za to Zbiornik Zempliński to świetne miejsce na wodny wypoczynek…
…albo postturystyczny urbex?

Zamki, pałace i blokowiska

Po opuszczeniu mało wciągających Michaloviec udaliśmy się na północ, w stronę Humennégo. Po drodze zaliczyliśmy obowiązkowy zamek, a z kilku dostępnych opcji wybraliśmy niezbyt wymagający i bardzo widokowy Hrad Brekov. Stając na szczycie remontowanych ruin mogliśmy zmierzyć okiem bezkres górzystej okolicy i wytyczyć prostą trasę do jednego z najważniejszych miast wschodniej Słowacji.

Na dobry początek w Humenném powtórzyliśmy parkingowy manewr z wizytą w sklepie, z którego niczego nie potrzebowaliśmy. Tym razem za naszą decyzją stała jednak bardzo racjonalna pobudka – otóż dwa kroki dalej znajdował się niepozorny pomnik Dzielnego Wojaka Szwejka. Przyznam się bez bicia, że nigdy nie czytałem kultowej twórczości Jaroslava Haška, więc o związkach Szwejka z Humenném dowiedziałem się z Internetu. Główny bohater zawitał tam w powieści „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, a upamiętniający ten epizod pomnik jest prawdopodobnie pierwszym pomnikiem upamiętniającym antywojennego bohatera.

Po wizycie u Szwejka udaliśmy się na zwiedzanie miasta i tutaj znowu będę szczery – Humenné to kolejne wschodniosłowackie miasto, które nie zwala z nóg. Podobnie jak w Michalovcach, największą lokalną atrakcją jest pałac, w którym mieszczą się zbiory muzeum regionalnego. Kawałek dalej, na skraju pałacowego parku, znajduje się skansen. Mimo niewielkiej dawki atrakcji bawiłem się tam nieźle – w kilku miejscach miasta można z przyjemnością zawiesić oko na architekturze użytkowej z okresu Czechosłowacji, ale są to niestety raczej incydentalne uciechy dla miłośników pamiątek komunizmu. Na pożegnanie z miastem znaleźliśmy natomiast bardzo ciekawą galerię zasłużonych mieszkańców wymalowaną na podporach wiaduktu. Taki przejaw współczesnej sztuki nie pasował mi do wizerunku Humennégo, ale przełamywanie konwencji i stereotypów to również coś, co cenię.

Przeciętny pejzaż w Humennem nie zachwyca. Swoją drogą okolice miasta są uznawane za jeden z najuboższych regionów Słowacji, nie mogący pozbierać się po przemianach systemowych lat 90-tych. Ach, skąd my to znamy.
Ale miłośnicy wstawek z minionej epoki będą mieli okazję nieraz się tam uśmiechnąć.
Dostępu do eleganckiego pałacu w Humennem broni lwie małżeństwo.
A to już obrazek z położonego za pałacem skansenu.
Przy głównej ulicy Humennego.
Ciekawe jak cytaty z Husaka mają się do forsowanych niedawno na Słowacji przepisów penalizujących wszelką symbolikę komunistyczną.
A to jedno z ciekawszych miejsc Humennego, czyli podpory wiaduktu przerobione na kreatywną galerię miejskich sław. Na pierwszym planie dwaj pisarze – Václav Pankovčín i Ladislav Grosman, autor powieści „Sklep przy głównej ulicy”, której ekranizacja zdobyła Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny.

Z wizytą u Warholów

Prosto spod pomnika Szwejka pojechaliśmy się na dalej na północ, ku położonej nieopodal granicy z Polską miejscowości Medzilaborce. Po drodze zauważyliśmy kilka zmian w krajobrazie. Co prawda dalej byliśmy w niezbyt zamieszkanych górach, a tereny wokół głównej drogi co jakiś czas przecinane były romskimi osiedlami, ale ważnym lokalnym elementem stawały się dwujęzyczne nazwy miejscowości – zapisane po słowacku i rusińsku. Po chwili na dobre wkroczyliśmy w strefę płynnej granicy między kulturami, językami i alfabetami.

Malowniczo położona cerkiew w Medzilaborcach widziana spod muzeum Warhola.

Najważniejsze miejsce w Medzilaborcach wydało mi się nieco wyrwane z realiów wschodniej Słowacji, ale tak już bywa w zglobalizowanym świecie pełnym mniej lub bardziej dobrowolnych migracji. W położonej nieopodal wiosce Miková pod koniec XIX wieku przyszedł na świat Ondrej Warhola, który z czasem miał zostać górnikiem i wyemigrować do USA. Tam na świat przyszło jego czwarte dziecko, Andrew. Chłopak z czasem nieco skrócił swoje imię i nazwisko, przechodząc do historii jako Andy Warhol. Wszystkie te rodzinne i tożsamościowe zawiłości są świetnie wyjaśnione na wystawie Muzeum Sztuki Nowoczesnej Andy’ego Warhola, w którym oprócz tego można obejrzeć bogate zbiory szkiców i dzieł rusińsko-amerykańskiego klasyka pop-artu. Nie wesprę się w tym miejscu zdjęciami, bo nie można ich tam robić, ale muzeum Warhola polecam bardzo gorąco, bo to świetna okazja na spotkanie ze sztuką i historią XX wieku. No a sam Andy to przecież ikona światowej popkultury, która dzięki rusińskim korzeniom i słowackiemu muzeum staje się dla nas jakby mniej odległa.  

W tych promieniach słonecznych parasol zdecydowanie przyda się Andy’emu.
Na wystawie nie można robić zdjęć, ale na klasyki natrafiamy jeszcze przed wejściem do muzeum.
Życzmy sobie jednak dłuższego uznania. Albo żadnego, jeśli chcemy żyć w spokoju.

Słoneczna Dolina Śmierci

Po wizycie w galerii ruszyliśmy dalej, bo Medzilaborce nie oferują zbyt wielu zaskoczeń zdolnych równać się z twórczością Warhola. W dodatku mieliśmy poczucie, że nasza słowacka przygoda powoli zmierza ku końcowi. Byliśmy daleko od Śląska, na który chcieliśmy wrócić o sensownej porze, czyli przed 2-gą w nocy. Mimo to nie rezygnowaliśmy z próby odwiedzenia i zgłębienia wszystkich atrakcji i ciekawostek zapisanych na mojej liście. Zaczęliśmy od wioski Ladomirová, w której zatrzymaliśmy się pod niepozorną informacją turystyczną i podeszliśmy do drewnianej Cerkwi św. Michała Archanioła. Szczęśliwie udało nam się załapać na zwiedzanie z przewodnikiem, a raczej głosem z taśmy puszczonym podczas samodzielnego oglądania zabytkowego kościoła. Przywróciliśmy tą wizytą klimat pierwszego dnia wyjazdu, bo znowu znaleźliśmy się na szlaku UNESCO – ladomirowska cerkiew pochodzi z XVIII wieku i jest częścią wspólnego wpisu karpackich kościołów drewnianych. Nie wiem czy chciałbym zwiedzić je wszystkie, ale jestem pewien, że ten jeden było warto.

I znowu bez zdjęć wnętrza – trochę dlatego, że nie można, a trochę dlatego, że po co odbierać radość z osobistej wizyty? 😉

Kawałek za wioską daliśmy się wciągnąć jednemu z najbardziej interesujących pomników II wojny światowej, jakie udało mi się znaleźć w Europie. Pomnik ten, a raczej cały kalejdoskop militarnych wspomnień, znajduje się w tzw. Dolinie Śmierci, miejscu wyczerpujących starć podczas operacji dukielsko-preszowskiej. Kilka dni temu napisałem o tym miejscu szerzej na Facebooku, więc tutaj ograniczę się do wrzucenia zdjęć i przeskoczenia do finału wrześniowego wyjazdu – a ten miał miejsce w dobrze znanym polskim turystom Bardejowie.

Promienie opadającego Słońca, bezkres karpackich pagórków i czołgi przypominające o ogniu wojennych zmagań. Więcej o operacji dukielsko-preszowskiego napisałem tutaj: https://www.facebook.com/zapiskieuropejskie/posts/682854685726046

Imagine Bardejov – pożegnanie ze Słowacją

Na zakończenie dnia udaliśmy się do Bardejowa i była to wizyta spinająca klamrą nasz trzydniowy wyjazd. Bardejów bliższy jest bowiem miejscom odwiedzonym przez nas dwa dni wcześniej, takim jak Lewocza czy Kieżmark. To urocze miasteczko, którego najpopularniejszą atrakcją jest przepastny rynek z charakterystycznym renesansowym ratuszem pośrodku. Warto jednak zboczyć w niepozorne zaułki, by odkryć prawdziwe perełki tego trzydziestotysięcznego miasta. Za najfajniejszą z nich uznałem uliczkę Johna Lennona, czyli w praktyce piękny pomnik wystawiony autorowi hitu Imagine, Beatlesom i gwiazdom rocka w ogóle. Bardejowskie wspomnienie Lennona zostało urządzone wokół domu lokalnego fana Czwórki z Liverpoolu. Cała historia zaczęła się jeszcze w czasach Czechosłowacji, kiedy rockowy bunt nie był szczególnie dobrze widziany przez władze. Nie udało mi się sprawdzić tego własnoręcznie, ale wyczytałem, że w rocznicę śmierci muzyka (8 grudnia) odbywają się tam koncerty, a w piwnicy budynku znajduje się mała galeria.

Dosłownie kilka kroków dalej znajduje się niepozorna synagoga Chevra Bikur Cholim, jedna z najlepiej zachowanych bożnic na Słowacji. Przez lata pieczę nad nią sprawowała Maria Koperniechova, która skutecznie chroniła budynek przed różnymi pomysłami zmieniających się reżimów. To zresztą niejedyna synagoga w Bardejowie, bo kawałek za historycznym centrum znajduje się Stara Synagoga stanowiąca serce dawnej dzielnicy żydowskiej. Zostało z tej dzielnicy niewiele, ale to wciąż sporo jak na przeorane burzliwymi dziejami antysemityzmu ziemie Europy Centralnej. Jeśli szukacie atrakcji znajdujących się nieco na uboczu, to historyczno-duchowa wizyta w tzw. suburbium żydowskim może być świetnym pomysłem.

Podążając ulicą Klasztorną dotarliśmy do – co za zaskoczenie – Klasztoru Franciszkanów i sąsiadujących z nim baszt Klasztornej i Prochowej, które wytyczają granicę bardejowskiej starówki. Oglądając zachód Słońca i wschód subtelnego, wrześniowego życia nocnego trafiliśmy na wystawę fotograficzną poświęconą zanikającym zawodom karpackiego pogranicza. Międzynarodowy charakter ekspozycji sprawił, że znowu jedną nogą stanęliśmy w Polsce. Zegar tykał nieubłaganie. Zrobiliśmy sobie jeszcze turystyczne zdjęcia pod toporem kata na rynku, zjedliśmy kolację w jednej z klimatycznych piwnic i uzupełniliśmy zapasy Kofoli. Ostatnią słowacko-polską granicę w roku 2020 przekroczyliśmy w Muszynce.

Katedra św. Idziego jest uznawana za najwspanialszy zabytek Bardejowa. Jeśli zawitacie do miasta wcześniej niż ja, zapewne uda Wam się wejść na szczyt wieży i złapać najlepszy możliwy widok na zabytkowe centrum.
A to bardejowski ratusz, czyli superzabytek nr 2.
Słońce zachodzi gdzieś za plecami Baszty Prochowej.

Uff, dotarliśmy do końca. Końca tej serii, bo ja nie dotarłem jeszcze do wielu miejsc na południu Słowacji, które oczywiście kiedyś chciałbym dla Was opisać. Tymczasem jednak zamykam cykl „słowackich szlaków”, chociaż pojawi się jeszcze jeden tekst o tym kraju. Będzie dotyczył moich realnych i sentymentalnych podróży do Bratysławy i zapoczątkuje nową, luźna serię tekstów o miastach odwiedzonych przeze mnie w czasach, w których globalna pandemia była scenariuszem rodem z powieści science-fiction. Do zobaczenia na szlaku wspomnień. 😊

Drogi czytelniku, jeśli artykuł Cię zaciekawił i dotarłeś aż tutaj, to wpadnij też na mojego Facebooka, na którym znajdziesz sporo krótkich treści niepublikowanych na blogu. 🙂

Dodaj komentarz