Przemyślenia znad Gullfoss. Turystyczne paradoksy Islandii

Przemyślenia znad Gullfoss. Turystyczne paradoksy Islandii

Kiedy moja pierwsza próba organizacji wyjazdu na Islandię legła w gruzach wskutek nieznalezienia chętnych kierowców, postanowiłem wybrać się na atlantycką wyspę w pojedynkę. Od początku miał to być wyjazd dość niestandardowy, bo nastawiłem się na city break w Reykjaviku. A przecież Reykjavik to jedna z najdziwniejszych destynacji na miejski wypad biorąc pod uwagę jego naprawdę przeciętną atrakcyjność zarówno w stosunku do reszty kraju, jak i reszty nordyckich miast.

Ostatecznie city break zmienił się w opcję 3+1. Do trzech dni w mieście dorzuciłem wyjazd na Golden Circle, czyli Złoty Krąg (chociaż wolę wersję Złoty Pierścień). Wyjazd najbardziej klasyczny z możliwych, czyli zorganizowane zwiedzanie z oferty jednej z największych agencji turystycznych w kraju. Było super, ale poza podziwianiem wodospadu Gullfoss potraktowałem wycieczkę jako okazję do jeszcze jednej obserwacji. Chciałem zobaczyć w pigułce jak działa „przemysł” turystyczny na Islandii.

Państwo – atrakcja

70% mieszkańców Islandii pracuje w usługach związanych z obsługą turystów. To astronomiczna liczba, ale jeśli spojrzymy na współczesne dzieje Islandii stanie się jasne, że właśnie turystyka pozwoliła zbudować ten kraj. Komercyjna atrakcyjność Islandii była nieco wymuszona. Zaczęło się pod koniec lat 40-tych, a napędem rozwoju atlantyckiej wyspy była Zimna Wojna. Strategiczne położenie Islandii przywiodło na nią amerykańskich żołnierzy wspieranych licznym personelem. Odpowiadający za ochronę nieposiadającej własnych sił zbrojnych wyspy jankesi potrzebowali z kolei rozrywki po godzinach niekoniecznie wymagającej pracy. Tak w skrócie powstał dzisiejszy Reykjavik.

Minęły dekady, Zimna Wojna odeszła do podręczników historycznych, ale popularność Islandii wśród Amerykanów – już niekoniecznie uzbrojonych – trwa. I rozlało się na resztę świata, ze szczególnym uwzględnieniem Azjatów. Islandię zwiedzać można dzisiaj na wiele sposobów. Większość ceni sobie wolność oferowaną przez samochody z napędem na cztery koła i prawo do wolnego biwakowania. Ale druga strona wolności to wolność polegająca na przekazaniu niekoniecznie wysokiej sumy w ręce tour operatora. I byciu zawiezionym tam, gdzie według turystycznych folderów trzeba.

Mnie na Złoty Pierścień przyciągnął w zasadzie tylko Thingvellir, czyli pierwsze miejsce spotkań islandzkiego parlamentu – najstarszego na świecie, założonego w roku 930. W pakiecie dostałem islandzkie bingo, czyli gejzery, wodospady i widok na zawsze groźny wulkan Hekla. Pozostało mi tylko zapiąć pasy, wsłuchać się w perfekcyjny angielski przewodniczki i obserwować. Potęgę islandzkiej natury i potęgę islandzkiego świata turystyki.

Wodospad Faxi nie cieszy się taką popularnością jak Gullfoss, chociaż coraz częściej pojawia się w planie wycieczek po Złotym Pierścieniu. I dobrze, bo okolica jest bardzo przyjemna, a do samego wodospadu nie trzeba przebijać się po ścieżce wypełnionej upadającymi co 5 metrów turystami. Upadającymi, bo Islandia zimą to przede wszystkim kraj lodu. Inwestycja w antypoślizgowe buty i lekcja chodzenia po lodowej pokrywie to konieczność, chociaż podczas wycieczek każdy dostaje oczywiście mini-raki nakładane na buty.

Wycieczki doprowadzone do perfekcji

Dzień podstępnie skradła mi jedna z Azjatek z mojej wycieczki, która pod koniec zapytała przewodniczkę czym tak naprawdę jest Złoty Pierścień. Możemy śmiać się z oczywistych braków w rozumieniu Europy u turystów z Dalekiego Wschodu, ale przecież zabawa, w której wziąłem udział jest skrojona idealnie pod nich. Nie trzeba kiwnąć palcem, by znaleźć się w miejscach posiadających rozbudowane hashtagi na Instagramie i pochwalić się nimi po powrocie do domu.

Program wyjazdu jest absolutnie podstawowy i absolutnie wystarczający. Każda wycieczka startuje wprost sprzed naszego hotelu, a zbierając rano turystów z różnych hoteli można przy okazji zaliczyć ciekawą przejażdżkę po mieście. Przewodniczka opowiada o historii Islandii, jej społeczeństwie i naturze opierając się na tym co widać za oknem. Podczas postojów przy kolejnych atrakcjach daje nam czas wolny na zdjęcia, toaletę i zakupy. Właśnie te ostatnie są kolejnym trybem idealnie działającego systemu.

Sklepy z pamiątkami znajdziemy tu na każdym kroku, podobnie jak identyczne w gruncie rzeczy kawiarnie dla zmarzniętych turystów. Łączy je ten sam ścisk, to samo półgodzinne oczekiwanie na posiłek i tandetna, ale niezwykle rozbudowana oferta pamiątkowa. Żeby lepiej wczuć się w klimat musiałem kupić coś w sklepie przy gejzerach. Wybór użytkowo padł na skarpetki z flagą Islandii – to akurat coś, co serio mi się przyda do użytku chociaż raz w miesiącu.

Uderzający jest stopień anglicyzacji Islandii – niemal wszystkie billboardy i informacje turystyczne skierowane są do zagranicznych gości. Wyspa na tym etapie przywołała mi na myśl komercyjne wioski znane z różnych stron świata i nie było to skojarzenie pozytywne. Patrząc na reakcję mojej grupy na wymowę islandzkich nazw lokalny język odbierany jest jako element kolorowego folkloru dzikiej wyspy. Na to się już zdecydowanie nie zgadzam, chociaż mój głos to zapewne wołanie zdecydowanej mniejszości. Przewodniczka była zaskoczona i ucieszona kiedy dowiedziała się, ze znam podstawy islandzkiego i ogarniam wymowę paru spółgłosek. Szczerze mówiąc naukę odpuściłem bardzo szybko, ale z wymową bardzo się staram, bo boli mnie analogiczna ignorancja i kaleczenie norweskich nazw i nazwisk przez znaczną część świata. Tyle jeśli chodzi o drobną językową dygresję 😉

Dla osób chcących po prostu poznać jeden z najciekawszych zakątków świata, a za taki uważam Islandię, szyte na miarę turystycznego biznesu wycieczki to świetna i wygodna opcja. Ja nie dowiedziałem się tam wiele nowego, ale nie każdy postanowił w pewnym momencie życia związać się bliżej ze Skandynawią. Dla osób nie mających wątpliwości co do tysiącletniej ciągłości Althingu bądź nie frapujących się nielicznymi anglojęzycznymi wstawkami w islandzkiej mowie program będzie zarówno bardzo ciekawy, jak i pouczający.

Otwarte drogi to dobre drogi?

Kilka rzeczy mnie na Islandii zaniepokoiło i skłoniło do przelania myśli na wirtualny papier. Jeśli czytaliście moje wcześniejsze teksty być może pamiętacie, że dość sceptycznie podchodzę do masowej turystyki z katalogów Lonely Planet i bardzo sceptycznie podchodzę do masowego najazdu na skandynawską naturę. Sam staram się odwiedzać miejsca takie jak Lofoty tylko poza sezonem, ale sezon powoli zaczyna trwać cały rok, nawet za kołem podbiegunowym. To budzi we mnie pewien niepokój.

Zasadniczo już na lotnisku w Keflaviku miałem wrażenie, ze nie wylądowałem w zwykłej turystycznej destynacji, ale w pewnym produkcie. Od początku bombardowany byłem ofertami wycieczek i przedsmakami islandzkiej kultury, a wyjście z terminalu zostało pięknie podpisane jako „wyjście do Islandii” i okraszone symboliczną mapą Wyspy Lodu i Ognia. Wszystko fajnie, ale gdybym przyleciał tu do pracy, miałbym podwójnie mieszane uczucia. A przecież właśnie po niekoniecznie idylliczny zarobek przylatuje tu wielu naszych rodaków.

Druga sprawa to turystyka oparta na pięknie lokalnej natury. A raczej relacje, w jakie z tą naturą wchodzi. Słynna legenda związana z Gullfoss opowiada historię Sigríður, córki rolnika, do którego należała okolica wodospadu. Kiedy w dobie industrializacji Islandii jedna z angielskich kompanii chciała zlokalizować tam swoją elektrownię wodną, Sigríður przeznaczyła całe swoje oszczędności na batalię prawną z intruzami. A kiedy to nie przyniosło skutku, przemaszerowała boso do Reykjaviku i zagroziła, że rzuci się w odmęty wodospadu. Walka przyniosła skutek, od planów odstąpiono, a uznawany za cud natury Gullfoss znalazł się pod ochroną.

Od tych wydarzeń minęło już ponad 100 lat. Islandia dorobiła się w tym czasie nowego przemysłu. Turystyki. Wszak oficjalnie to usługi, ale skala uturystycznienia wyspy sięga rozmiarów, jakie przed stuleciem osiągnąć chcieli prężni przedsiębiorcy w swoich przemysłowych branżach. Gdzie w tym wszystkim Gullfoss? Do tego właśnie zmierzam!

Pomnik ku czci Sigríður niemo spogląda na tysiące turystów odwiedzających wodospad, o którego dziewiczość niegdyś walczyła. A obok mój cień, czyli chyba pierwszy raz kiedy pojawiam się w innym miejscu niż Instagram! 😀

Otóż wodospad nie uniknął swojego losu. Nie został zagospodarowany przez elektrownię, ale stał się starannie zaplanowanym centrum turystyki. Wokół niego wyrosły kładki i pomosty pozwalające złapać kadry rodem z folderów turystycznych. Nad okolicą góruje sklep oferujący wszystko to, co znaleźć można w innych miejscach Islandii. Ludzie wpadają tam dzisiaj na chwile, produkują swoją część wkładu w lokalny cud turystyczny i znikają. Co powiedziałaby na to wszystko Sigríður?

Moje wątpliwości nie są zwykłym narzekaniem na ogromną liczbę turystów. Ona też mi nieraz przeszkadza, ale raczej wtedy, gdy widuję ją w centrach miast, które przytłaczają swoją turystycznością codziennych mieszkańców. Na Islandii zobaczyłem coś innego – czyli właśnie uprzemysłowienie natury. Jest to dla mnie o tyle nowe odkrycie, że pięknem krajobrazu najtrudniej mnie gdzieś zaciągnąć. Jestem podróżnikiem wybitnie miejsko-społeczno-historycznym. W tym konkretnym przypadku nie wątpię w to, że lokalni mieszkańcy podchodzą do swojej ziemi z szacunkiem i nie stawiają na rabunkowe wykorzystanie zasobów. To niemożliwe w Skandynawii. Pytanie zachodzi nas jednak od tyłu. Jaka jest górna granica komercjalizacji turystyki naturalnej, która nie będzie długotrwale szkodliwa? A zaraz za nim kryje się kolejne. Czy będziemy wiedzieć, że do takiej granicy niebezpiecznie się zbliżamy?

Zimą wiele dróg na Islandii się zamyka, a górskie przeprawy potrafią być nieprzejezdne aż do czerwca. Przez większość roku wyspa jest zatem zarazem skurczona i oddalona od siebie. To wymusza pewne korekty w jej funkcjonowaniu. Takie jak to, że właśnie poza sezonem turyści kumulują się na znacznie mniejszym obszarze, niż ten osiągany przez nich zimą. A drogi powietrzne nie zamykają się nigdy. Nie mogą, bo stabilność islandzkiej gospodarki zależna jest od dwóch czynników przybywających tłumnie na lotnisko w Keflaviku. Turystów, zostawiających na wyspie drogocenne korony. Oraz imigrantów zarobkowych obsługujących wielką atlantycką machinę, pozwalających na ustabilizowanie rosnącej gospodarki i dających oddech rodowitym Islandczykom. Turystyka wydaje się być bezpieczniejszą inwestycją niż kreatywna bankowość, która przed dekadą niemal zatopiła gospodarkę wyspy. Warto jednak trzymać kciuki, by właśnie jakieś pękniecie w tym 70-procentowym sektorze nie doprowadziło pewnego dnia do kolejnego nokautu. Bo kryzysy są przecież cykliczne, zmieniają się tylko ich przyczyny.

Dodaj komentarz