Podróże najbliższe. Moje czeskie szlaki cz. 1

Podróże najbliższe. Moje czeskie szlaki cz. 1

Chwilę zbierałem się do napisania tego tekstu. Nie dlatego, że wymagał wybitnego researchu, bo opiszę miejsca, w których bywałem wielokrotnie. Ale dlatego, że pierwszy raz sięgam do faktycznej mikroturystyki. Co rozumiem przez mikroturystykę? Najogólniej mówiąc, odejście od pogoni za ilością i jakością wrażeń na rzecz dokładnego zbadania jakiegoś regionu.

Brzmi jak coś oczywistego, prawda? Otóż niekoniecznie – jak większość z Was mój czas jest ograniczony. Chociaż bardzo bym chciał wybrać się do Mołdawii i siedzieć tam przez miesiąc kontemplując wiejskie krajobrazy, to jednak dopóki nie będę słynnym progamistą z korpo pracującym z dowolnego miejsca na ziemi – nie będę mógł sobie na to pozwolić. A że nim nie będę, to już od dawna wiem. Zatem mikroturystykę muszę uprawiać na inny sposób. Moim punktem startowym i poligonem doświadczalnym jest kraj morawsko-śląski, czyli przez lata najbliższy mi skrawek zagranicznej ziemi. Odwiedziłem go wiele razy, uderzając w najbardziej zwyczajne miejsca i zestawiając ze sobą okolice, które przypominały mi znajdujący się po drugiej stronie granicy rodzinny dom.

Zostawiam Wam dzisiaj tekst inny niż wszystkie – bo o ile Opowieści z Oslo były mimo wszystko skupione na życiu wielkiej metropolii, tak dzisiaj opowiem o wioskach i miasteczkach, gdzie nieraz zatrzymał się czas. Pora na pejzaż Kraju Morawsko-Śląskiego. Zaczynamy od południa 😉

Tutaj, na tej granicy, wszystko się zaczęło

To moje pierwsze wspomnienie z zagranicy. Wspomnienie wyjątkowe, bo wielorakie, zatarte do tego stopnia, że składa się dzisiaj z serii migawek, których starszeństwa nie będę już w stanie ustalić. Siedzę w aucie moich rodziców, a strażnik graniczny powoli sprawdza paszport mojej mamy, w którym jestem wbity jako dziecko. Po chwili dostajemy zielone światło. Przejeżdżamy na mityczną drugą stronę gór. Zaledwie kilka kilometrów i kilkanaście minut temu byliśmy jeszcze w domu. Już za parę lat administracyjna graniczność owych wzniesień zostanie zresztą sprowadzona do śpiewu historii. Ale dzisiaj nie ma jeszcze nawet roku 2004. A ja siedząc na podkładce na tylnym siedzeniu poczciwego Poloneza znalazłem się w Republice Czeskiej.

Wychowałem się na granicy Wisły i Istebnej w Beskidzie Śląskim, a pierwszym zagranicznym miastem, które odwiedziłem był Jablunkov. Pamiętam spokojny spacer po mieście zakończony wizytą w czeskiej hospodzie z obowiązkową porcją smażonego sera. Dzisiaj, po kilkunastu latach, nic się w moich podróżach za Olzę nie zmieniło. No, może poza tym, że do hermelina ładuję w siebie nieosiągalne wtedy porcje Radegasta i Litovela. Czechy były w mojej rodzinie otoczone atmosferą niezwykłości, czegoś bliskiego i odległego zarazem. Dzisiaj często widzę podobne podejście u znajomych czechofili – a z racji środowiska poznałem w życiu zaskakująco dużo czechofili. Sam staram się od tego trochę uciekać i nie popadać w sentymentalny zachwyt. Nieco ułatwiła mi to seria wyjazdów, która przygraniczne tereny wpisała pomiędzy atmosferę odpoczynku a poczucia zabójczej monotonii.

Szlak piwa i zamków

Z biegiem lat coraz częściej moje czeskie wspomnienia wiązały się z Cieszynem. Stamtąd zawsze widziałem Czechy – ale bywałem w nich rzadziej. Zresztą, wiele osób powtarzało, że w Czeskim Cieszynie niczego ciekawego nie ma i lepiej spędzić miło czas na Zamku Piastowskim. Czy faktycznie tak jest? Cóż, zaproponuję teraz trzy punkty, które świadczą o wyjątkowych walorach Czeskiego Cieszyna 😉 Po pierwsze, można zaobserwować tam dualistyczny rozwój historycznie jednego organizmu miejskiego. Polski Cieszyn to nieskończona pętla romantycznych, zabytkowych uliczek zwieńczona uwiecznionym nawet na banknotach zamkiem. Czeski Cieszyn w wielu miejscach wygląda, jakby budowany był od linijki – to industrialne serce miasta, wrota do pełnego ciężkiego przemysłu i ciężkich wspomnień czeskiego Śląska.

Obowiązkowy ser – tym razem w wydaniu znanym jako hermelin.

Po drugie, po czeskiej stronie przyjemniej się pije 😉 Kilka miejsc zatrzymało się tam w czasie gdzieś pomiędzy transformacją z tradycyjnej lokalności do lokalności na sprzedaż. Warto wpaść na taniego Radegasta do Hospody u Orlice – absolutnej speluny z szafą grającą i gadatliwymi Czechami. Bardziej wyszukaną opcją jest Hotel Piast i ser, który serwuje się tam nieco inaczej niż w innych znanych mi restauracjach. To również przybytek, w którym silna jest miniona epoka.

Koniec końców, Czeski Cieszyn to świetny punkt startowy dla podróżujących dalej do Czech bądź Słowacji. Za grosze można złapać pociągi w kierunku Ostrawy i Żyliny. Skupmy się na czeskim kierunku – i zawitajmy do stolicy Polaków na czeskim Śląsku. To oczywiście Karwina, położona rzut kamieniem od Cieszyna. Po drodze można wpaść do średniowiecznego grodziska rekonstruującego kulturę Gołęszyców – ludu, który nie znał dzisiejszych polsko-czeskich granic i jest elementem naszej wspólnej historii.

Karwiński eklektyzm z czechosłowackim funkcjonalizmem w tle.

Karwina to bardzo eklektyczne turystycznie miasto. Moja przygoda z nią zaczęła się od Mistrzostw Czech w pisaniu na klawiaturze, na które jeździłem jako uczeń ustrońskiego gimnazjum. Byliśmy jedną z dwóch zapraszanych polskich szkół. Z tych pierwszych wizyt pamiętam spacery po miejskim parku – wciąż świetnym miejscu na popołudniowy relaks. Nad parkiem góruje Pałac Frysztacki i karwińska starówka. To czeska część miasta, dzisiaj centralna. Kiedyś akcenty w Karwinie rozkładały się po polskiej stronie – ale „nasze” miasto zniknęło wraz z rozwojem ciężkiego przemysłu. Wskutek szkód górniczych historyczne serce Karwiny zostało zmiecione z powierzchni ziemi, a ostatnim jego śladem jest zruinowany cmentarz ewangelicki. Dzisiaj o nekropolię dba grupa polskich entuzjastów – i mogę potwierdzić, że dobrze im to idzie.

Ukoronowaniem rynku frysztackiego jest Pałac – nigdy nie byłem w środku, ale za sobą skrywa piękny park.

Kierunek – Morawy

Odrywając się od granicy (nie) warto zawitać do Hawierzowa. To drugie największe miasto regionu i popis komunistycznego funkcjonalizmu – całe miasto jest odbiciem czechosłowackiej urbanistyki, dla części pewnie odrażającej, ale dla mnie stanowiącej atrakcję samą w sobie. Kawałek za Hawierzowem wyjeżdżamy ze Śląska stawiając pierwsze kroki na Morawach. Najlepiej zrobić to we Frydku-Mistku – mieście będącym czeskim odpowiednikiem Bielska-Białej. Frydek to jeszcze Śląsk, Mistek to już Morawy. Samo miasto nie rzuca na kolana, jeśli wcześniej byliśmy w Karwinie czy Czeskim Cieszynie. To swoista cecha śląsko-morawskich wojaży. Każde z odwiedzanych tam miasteczek ma przyjemny, luźny klimat oparty na historycznych rynkach i ukrytych w nich Hospodach. Ale w gruncie rzeczy wszystkie z nich są podobne i będąc w jednym możemy z grubsza określić jak będzie wyglądało każde następne. Dlatego jeśli nie mamy ambicji kolekcjonerskich, warto skupić się na kilku rzadszych atrakcjach.

Nie wiem, czy obudzony w środku nocy byłbym w stanie ocenić, które z kilkunastu miasteczek przygranicznego regionu znajduje się na tym konkretnym zdjęciu. Pamięć podpowiada mi, że to Mistek 😉

Mój ulubiony zakątek kraju morawsko-śląskiego to cztery miasteczka położone mniej więcej w połowie drogi między Frydkiem-Mistkiem a Nowym Jiczynem. Chodzi o Hukvaldy, Příbor, Kopřivnice i Štramberk. Pierwsze z nich to siedziba średniowiecznego państewka skupionego wokół zamku, na który dzisiaj można się wspiąć dla świetnych widoków na góry. Zamkową alternatywą dla hukvaldzkich ruin jest Štramberk, kolejna górska wioska oferująca solidną dawkę wspinaczki i zamkowe widoki.

Příbor i Kopřivnice to spotkanie z bliższą historią. W tym pierwszym na świat przyszedł Zygmunt Freud i chociaż spędził tam tylko chwilę swojego życia, to miasto pamięta dzisiaj o swoim wybitnym obywatelu. Na miejscu oprócz pomników poświęconych Freudowi znajdziecie również muzeum, które niestety nie zawsze jest otwarte zgodnie z planem. Położone nieopodal Kopřivnice to z kolei stolica motoryzacji, w której nie można przeoczyć Muzeum Tatry. Solidnie zrobione muzeum to spotkanie z klasyką czterech (i więcej!) kół okraszone wspomnieniami z Rajdu Dakar i wojennych zmagań w Czechosłowacji.

Panorama okolicy z zamku w Hukvaldach.

Bonus – nieopodal znajduje się słynna jaskinia Šipka, w której pod koniec XIX wieku znaleziono szczątki Neandertalczyka. Okolica kryje w sobie również kilka górskich wież widokowych, których nie miałem niestety okazji testować. Chociaż w sumie po co, skoro można złapać takie widoki jak powyższy?

Hotel Tatra wyłania się zza Muzeum Tatry. Prawda, że klimatyczny?

Górski finisz

Naturalnym finałem południowej wyprawy jest Nowy Jiczyn. Słynące z ufortyfikowanej starówki miasteczko stanowi turystyczną całość ze Starym Jiczynem, będącym siedzibą górskiego zamku. Dla mnie to zawsze rejony, w które docierałem późno, niejako na „dogrywkę” po wcześniejszych wizytach. Mogę zatem z jednej strony polecić to miejsce, a z drugiej z czystym sumieniem stwierdzić, że jeśli widzieliście wcześniej Karwinę / Frydek / Příbor / Bruntal (o nim jeszcze opowiem) to za Nowy Jiczyn niekoniecznie warto umierać. Cóż, niewątpliwie nie jest to czeski Neapol.

Nowy Jiczyn nocą.

Alternatywnym rozwinięciem trasy są oczywiście góry i ich stolica – Frensztat pod Radohostem. W samym Frensztacie warto wybrać się na skoki narciarskie, szczególnie gdy latem zbiera się tam elita skoczkiń i druga liga skoczków narciarskich. O szlakach zbyt wiele nie powiem, bo Beskidy znam lepiej od polskiej strony. Będąc w Czechach z reguły uderzam w drugą, północną stronę przygranicznych rubieży. Ale o niej napiszę już następnym razem, bo to temat na drugie tyle wspomnień i opowieści.

I wszystko jasne!
A to pomnik Zygmunta.
Chociaż Tatra nie osiągnęła nigdy popularności Skody, niektóre jej modele przeżyły bardzo dużo.
Mamy tu fajny rynek z kamieniczkami, podcieniami i fontannami. W jakim stylu moglibyśmy zbudować ratusz?
Jedna z uliczek wolno wspinających się do rynku we Frydku.
Cmentarz Ewangelicki w Karwinie dzień po Wszystkich Świętych.
I ostatni obraz – biel frysztackiego rynku w Karwinie.

Dodaj komentarz