Opowieści z Oslo – Zanim wyjedziemy. Praktyczna strona miasta

Opowieści z Oslo – Zanim wyjedziemy. Praktyczna strona miasta

Są takie momenty w życiu blogera podróżniczego, kiedy trzeba usiąść do omawianego materiału z zupełnie innej strony niż zwykle. Dzisiaj nadszedł właśnie taki moment na zapiskach, a ja chciałbym oddać w Wasze ręce pierwszy z serii kilkunastu przygotowanych tekstów o Oslo. Co w tym Oslo takiego niezwykłego, że napisałem aż tyle? No cóż, to jedno z kilku miejsc, w których miałem okazję mieszkać. Kiedy pierwszy raz byłem w stolicy Norwegii jako turysta wiedziałem, że muszę tam wrócić. Wróciłem w dobrym stylu, bo na studencką wymianę, która wiele wniosła do mojego życia. Poznałem to miasto z różnych stron. Jako turysta, jako student, jako konsument, ale też jako imigrant. Wszystko to ułożyło mi w głowie wizję, którą chciałbym się z Wami podzielić. Wierzę, że teksty będą pomocne dla wszystkich z Was, którzy planują odwiedziny w tym popularnym wśród Polaków mieście. Pierwszy raz tak obszernie zrealizuję hasło przewodnie bloga – podróże, myśli, historie. Podróż będzie motywem przewodnim – ale chcę opowiedzieć Wam pewną historię.

A żeby historia oparła się na praktycznych podstawach i żebyście mogli zgłębić ją bezboleśnie – zapnijcie proszę pasy i przygotujcie się na krótkie ogłoszenie stewarda. Dzisiaj będzie o tym, jak podejść do Oslo tak, by się z nim zakumplować. I nie zamienić się w maszynkę do wydawania pieniędzy.

Kiedy jechać?

Szczerze? Odradzam Oslo zimą. Z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że… jest tam wtedy cholernie ślisko. Pogoda sama w sobie jest okej, przeskok między Polską, a norweską stolicą wcale nie jest wielki. Problemem jest wszechobecny lód na chodnikach, który wymaga umiejętności odpowiedniego chodzenia na lekko ugiętych nogach (tzw. chód pingwina). Mnie zdarzyło się aż kilkanaście razy lądować na chodnikach i tylko szczęściu zawdzięczam to, że nigdy nie zleciałem tam ze schodów (spadłem z nich za to w Mołdawii, oczywiście też na lodzie). Nauczyłem się za to dobrze chodzić po lodzie i dzisiaj przemieszczam się po nim znacznie szybciej niż niejeden Polak 😉 Pytanie tylko, czy turystycznie jest sens katować się w takich warunkach? Moim zdaniem nie. Szczególnie, że kiedy będziecie już leżeć na ziemi, usłyszycie zapewne coś w stylu „nie pierwszy i nie ostatni” rzucone przez bardziej uważnych przechodniów (autentyk po tym jak ktoś solidnie wyrżnął na peronie metra 😀 ).

Druga sprawa to brak zorzy polarnej – nie jest tak, że nigdy nie było jej w Oslo, ale od kilku dekad rozwój miasta sprawił, że niebo wokół Oslofjordu (niech Was nazwa nie zmyli, to zatoka, w Oslo nie ma żadnych fiordów) jest zbyt jasne nocą, by dało się uchwycić jakąkolwiek zorzę. Skoro już o nocy mówimy, to znacznie fajniej zwiedza się Oslo latem, kiedy słońce praktycznie nie zachodzi i przez 24 godziny można eksplorować miasto w przyjemnych warunkach. Reasumując, nie widzę w stolicy Norwegii żadnych plusów, które przeważałyby na rzecz zimy. Jesień i wiosna? Pogoda bywa kapryśna, ale można. Lato, a konkretnie okres od czerwca do sierpnia? Polecam, szczególnie, że w mieście dzieje się wtedy naprawdę sporo. Alternatywa to wypad na 17 maja i obchody Dnia Konstytucji – norweskiego święta narodowego, podczas którego ulicami Oslo przechodzi parada ubranych w tradycyjne stroje Norwegów pozdrawianych przez rodzinę królewską.

Jak dojechać unikając popularnych błędów?

Szukając tanich biletów do Oslo na pewno traficie na dziesiątki lotów na lotnisko w Sandefjord, znane zwodniczo jako Oslo Torp. Jest to jedno z najdalej oddalonych od deklarowanego miasta lotnisk w Europie i zdecydowanie nie polecam tego połączenia. Na szczęście od tego roku WizzAir łączy Kraków z faktycznym portem lotniczym Oslo, zbudowanym na terenie lotniska wojskowego Gardermoen w regionie Ullensaker. Jak możecie się domyślić, Ullensaker również nie jest tożsame z norweską stolicą, ale jest to znacznie bliższe lotnisko.

Tak więc – jeśli wygodne loty do Oslo to tylko na Gardermoen, a takie oferują obecnie z Polski również Norwegian (ze Szczecina, Gdańska, Warszawy i Krakowa) oraz LOT, ale to już droższa szkoła jazdy. Dojazd z lotniska do centrum miasta najlepiej ogarnąć pociągiem, ale tutaj uwaga – norweskie koleje NSB wychodzą znacznie taniej niż Flytoget, czyli oficjalna linia obsługująca lotnisko. Bilet na NSB bez zniżek dostaniemy już od 45 złotych, Flytoget jest blisko dwukrotnie droższy. Inaczej sprawa wygląda z perspektywy studentów z kartą ISIC – na Flytoget obowiązuje ich zniżka i zapłacą ok. 42 złote, natomiast pociągami NSB muszą na tej trasie pojechać ze standardowym biletem. Cała trasa zajmuje od 20 do 30 minut.

Tak czy owak jest to lepsza opcja niż lądowanie na Torp, które oddalone jest blisko dwie godziny od centrum Oslo, a dojazd kosztuje około 90 złotych bez względu na to, czy weźmiemy pociąg NSB czy też pojedziemy z polskim przewoźnikiem autobusowym PKS Oslo. Ten drugi ma spory plus, bo dostosowuje odjazdy do rozkładu lotów i dowiezie Was pod dowolny adres w mieście. Oczywiście z Torpu można spróbować złapać stopa, ale w Norwegii czas oczekiwania na okazję bywa niestety różny. Osobiście nigdy tego nie próbowałem.

Jest jeszcze trzecia opcja, która wbrew pozorom ma sporo sensu. To lot do Szwecji i złapanie autobusu do Oslo. Jeśli macie nieco więcej czasu, poszukajcie lotu na Landvetter i FlixBusa z Göteborga do stolicy Norwegii. Niekoniecznie wyjdzie taniej niż Gardermoen, ale Flix jest na tej trasie znacznie tańszy niż dojazd z Torp do centrum miasta. I wysadzi Was przy jednej z głównych ulic śródmieścia. Przy okazji można zobaczyć jedno z przyjemniejszych szwedzkich miast, a może nawet zaplanować tam jeden nocleg.

Noclegi, ach te noclegi

No dobra, skoro nasz portfel ucierpiał już na droższym niż bilet lotniczy pociągu z lotniska, to może chociaż noclegi będą… nie, to nierealne. Najtańszą opcją noclegową w Oslo jest Anker Hostel, który za łóżko w pokoju wielosobowym kasuje około 100 złotych za noc. Druga klasyczna opcja, tym razem dla kilku osób, to Bogstad Camping gdzie dostaniemy niezłej jakości domki położone nieco za miastem, ale za to blisko naturalnych atrakcji Oslo. Inna tania alternatywa to hostel młodzieżowy Haraldsheim położony niedaleko malowniczego Grefsenkollen. Ceny noclegów w stolicy Norwegii są horrendalnie wysokie i zasadne jest poszukanie czegoś alternatywnego, jeśli nie chcecie wydać fortuny za wygodny wyjazd.

AirBnB dla dwóch osób zaczyna się od 120-150 złotych za nocleg w sensownym miejscu. Chociaż ideowo sprzeciwiam się AirBnB, które potęguje bańkę na rynku nieruchomości, to jednak w kontekście Oslo można się w ten sposób ratować. Alternatywą jest Couchsurfing, który w Norwegii działa dość sprawnie. W Oslo mieszka też wielu Polaków – może macie tam kogoś, kto za drobny upominek z Polski (albo jakiejś strefy bezcłowej) przygarnie Was na noc do siebie?

Kolejna opcja to namiot, ale z biwakowaniem w Oslo jest pewien problem. Płatne i sensowne pole namiotowe znajduje się na wzgórzu Ekeberg. Za darmo z namiotem rozstawicie się w zasadzie jedynie na wyspie Langøyene, gdzie znajduje się specjalnie przygotowane pole namiotowe. Oczywiście można biwakować również w lasach otaczających Oslo, ale nie wszystkie miejsca będą się do tego nadawać – to raczej opcja dla tych, którzy do Norwegii jadą dla gór i lasów, a nie galerii i muzeów. Tutaj znajdziecie norweski artykuł, który wyszedł spod ręki kogoś nieźle ogarniającego temat 😉 – https://www.tursostre.no/2017/05/05/10-fine-teltplasser-i-oslomarka/

Jak zwiedzać?

Ten punkt będzie krótki. Podstawą wypadu do Oslo jest karta Oslo Pass, która zapewnia darmowy wstęp do niemal wszystkich atrakcji turystycznych oraz darmową komunikację miejską. Nie ma żadnych haczyków, a trzydniowy Pass kosztuje 360 złotych. Studenci z ISIC mogą dostać 20% zniżki, jeśli kupują kartę w autoryzowanym punkcie informacji turystycznej przy dworcu kolejowym. Wiem, że 360 złotych brzmi wysoko, ale w cenie jest wstęp do ponad 30 miejscówek i darmowy transport publiczny, który bez tego dziennie kosztuje 50 złotych. To się naprawdę bardzo opłaca! Jedna rzecz, o której warto wspomnieć – centrum Oslo nie jest zbyt rozległe, ale nie zwiedzicie miasta bez solidnej dawki przemieszczania się metrem i autobusem. A te są świetnie skomunikowane i dojeżdżają prawie wszędzie.

Oprócz tego znajdziecie w Oslo sporo darmowych atrakcji, wydarzeń kulturowych i tras spacerowych. Wiele z nich poznacie bądź będziecie mogli ułożyć samodzielnie czytając niniejszą serię 🙂 Miasto można oczywiście zwiedzić rezygnując z płacenia za Oslo Pass. Jeśli macie mało czasu warto rozważyć odwiedzenie tylko najtańszych atrakcji, którymi w gruncie rzeczy można zapełnić cały weekend. Za darmo zobaczycie między innymi parlament i ratusz od środka, wejdziecie do kilku pomniejszych muzeów i załapiecie się na legendarne parki Ekeberg i Frogner wypełnione rzeźbami i tajemnicami.

Jak nie zbankrutować? Czyli o jedzeniu słów kilka

Teraz posłuchajcie uważnie, bo w Oslo żyłem przez pół roku poniżej minimalnej pensji i nie miałem się najgorzej 😉 Przede wszystkim zwiedzając zapewne będziecie mieli kilkudniowe bilety na metro i autobusy. To świetnie. Uciekajcie z centrum miasta, jeśli chcecie cokolwiek kupić. Dokąd? Najlepsze supermarkety to Rema1000, Kiwi i Meny. Po zupełnej taniości warto szukać produktów z etykietą FirstPrice. To najtańsza seria spożywcza w Norwegii, ale wcale nie jest zła. Mają choćby zupełnie pitne soki owocowe. Ale skoro już o sokach mowa – Oslo ma naprawdę świetną wodę i jeśli macie w nawyku picie właśnie jej – nie bójcie się kranówki. Jest darmowa, jest wszędzie i jest smaczna, a moim zdaniem kranówa rzadko kiedy jest smaczna.

Alternatywnie możecie pobawić się w lokalsów. Popularnym miejscem w Oslo jest targ w dzielnicy Grønland, gdzie znajdziecie świeże owoce i warzywa. Przy Storgata znajdziecie też polski sklep, ale kupowanie polskiego jedzenia na zagranicznym wypadzie to trochę profanacja. Niemniej mnie parę razy ratował, kiedy chciałem zjeść np. 7daysa – Norwegowie nie znają takich croissantów. W ogóle codzienna kuchnia norweska to dość duża porażka ludzkości i chociaż niczego mi tam w diecie nie brakowało, to nie miałem zbyt wielu okazji do delektowania się. Wyjątkiem jest czekolada Freia – musicie KONIECZNIE jej spróbować. Podobnie jak brunostu, słynnego norweskiego sera, który jednak nie skradł mojego serca tak jak Freia i spokrewniony z nią Kvikk Lunsj.

Zapomniałbym o jeszcze jednej rzeczy 😉 Jeśli chcecie zjeść coś taniego na ciepło i wtopić się w miejscowy klimat, rozważcie kupno jednorazowego grilla (engangsgrill), wybierzcie się nad jezioro albo na plażę i przygotujcie sobie kiełbasy. To bardzo popularny dodatek do popołudniowych wypadów Norwegów, zaraz obok plenerowego piwa, które tylko oficjalnie nie jest mile widziane. W praktyce nikt nie rusza ludzi chodzących nawet po centrum miasta z puszką piwa tak długo, jak długo oni nie ruszają innych.

A jak jest z jedzeniem na mieście? Cóż, w fast foodzie można zjeść dobrze za 30-parę złotych, ale z restauracji nie wyjdziecie bez stówy nabitej na rachunku. Ja dałem się kilka razy skusić na takie luksusy i w sumie nie byłem jakoś specjalnie zadowolony – restauracyjne Oslo to nie było to Oslo, do którego należałem jako zagraniczny student. Niemniej w rejonach takich jak Aker Brygge czy Bjorvika znajdziecie wiele lokali, gdzie można poczuć współczesny norweski high-life i jeśli nie podróżujecie budżetowo – warto! Aha, zapomniałbym – daniem narodowym Norwegów są obecnie pølser, czyli hot-dogi ze stacji benzynowych i marketów typu Narvesen. Są jeszcze tańsze niż fast-foody i jak to hot-dogi – całkiem pożywne. Warto spróbować, by poczuć się jak miejscowy (sic!), ale pamiętajcie, że to absolutnie jedyna rzecz, jaką powinniście kupić w Narvesenie jeśli miłe są Wam pieniądze. To samo tyczy się 7eleven i Deli de Luca.

Oczywiście jest jeszcze kwestia alkoholu. Piwo w Norwegii nie jest złe poza tym, że ichniejszy Harnaś kosztuje 9 złotych. Chociaż źle się wyraziłem. W zwykłych marketach nie dostaniecie Harnasia, bo piwo liczy tam sobie maksymalnie 4,75%. Z tym, że jest niezłe wcale nie żartuję – warto spróbować Hansy albo Ringnesa, ten drugi jest z Oslo, ta pierwsza z Bergen. Jeśli zawitacie do Norwegii w okresie świątecznym, koniecznie spróbujcie Juleøl, czyli piwa bożonarodzeniowego. To ciemniejsza i mocniejsza wersja tradycyjnych piw, dzisiaj i tak stępiona procentowo ze względu na ograniczenia marketowe. Mocniejsze trunki znajdziecie w sklepach Vinnmonopolet, które otwarte są codziennie od 9 do 18. To znaczy w tygodniu, bo w sobotę zamykają się o 15, a w niedziele jak wszystko inne są zamknięte. Piwo w marketach kupimy codziennie do 20, a w soboty do 18. 😛 Wódka jest horrendalnie droga, nie mówiąc już o whisky czy ginie, ale warto spróbować akwawitu (skandynawski specjał, coś w stylu wódki z ziołami) i norweskiej ziemniaczanej wódki Vikingfjord, która jest moją ulubioną. Pewnie dlatego, że smakuje inaczej niż wszystkie polskie.

Małe post scriptum – oczywiście można wziąć trochę jedzenia z Polski, ale jeśli lecicie z samym bagażem podręcznym, moim zdaniem nie jest to warte zachodu. Ceny w Norwegii nie są aż tak wygórowane, by pozbawiać się miejsca na inne przydatne w podróży rzeczy, a zetknięcie z lokalnymi kulinariami i sklepami dla wielu jest istotnym elementem poznawania nowych miejsc.

Warto wiedzieć

  • Norwegia ma stworzony specjalnie dla siebie napój z koncernu Coca-Cola. Nazywa się Urge i smakuje całkiem okej, fanom gazowanych napojów polecam spróbować tego specyfiku.
  • Wszystkie sklepy w niedziele są zamknięte. Wszystkie!? Otóż niekoniecznie – otwarte są norweskie „Żabki”, czyli markety typu Narvesen i 7eleven w centrum miasta.
  • Oslo ma jedyny system metra w Norwegii, a bardzo lokalną i istotną zasadą jest niesiadanie obok miejsca już zajętego. Norwegowie mają zwyczaj zachowywania jednego wolnego miejsca odstępu między podróżującymi i w zasadzie łamią go tylko w godzinach szczytu. Aha – metro w większości jest naziemne. Nie, nie da się wyłączyć pani mówiącej Vær oppmerksom på avstanden mellom tog og platform na linii na Holmenkollen. I pamiętajcie, żeby nie wsiadać do ostatnich wagonów tejże linii – będziecie musieli iść na przód wysiadając, bo to najstarsza nitka norweskiego metra i przystanki są już zbyt krótkie dla dzisiejszego taboru.
  • Jeśli znacie już daty swojego pobytu w Oslo – sprawdźcie fejsbukowe i internetowe kalendarze wydarzeń na ten okres, może uda Wam się znaleźć jakieś ciekawe darmowe bądź półdarmowe wydarzenia naukowe i kulturalne. Stolica Norwegii żyje na wielu poziomach przez cały rok.
  • Miasto żyje na wielu poziomach, ale po godzinie 3 w nocy zasadniczo wymiera. Jeśli chcecie imprezować – Oslo to zdecydowanie średni wybór nawet na warunki skandynawskie.
  • Wiele muzeów w Oslo nie działa w poniedziałki. Listę otwartych znajdziecie tutaj: https://www.visitoslo.com/no/aktiviteter-og-attraksjoner/10-tips/mandag/
  • W Norwegii nie da się płacić zbliżeniowo. Gotówka z kolei odchodzi do lamusa – ja przez cały pobyt w Oslo używałem jej tylko raz, do momentu wydania pieniędzy zabranych z Polski „na wszelki wypadek”. Kartą zapłacić można nawet w publicznych toaletach 😉
  • W cenę Oslo Pass i biletów całodobowych wliczone są tramwaje wodne – korzystajcie!

Na koniec – przydatne linki

VisitOSLO, czyli kompletny i stale rozbudowywany oficjalny internetowy przewodnik – https://www.visitoslo.com/

Kierunek Norwegia, czyli bardzo fajny blog pisany przez Polkę mieszkającą w Oslo. Znajdziecie tam sporo ciekawych informacji i opinii, co do których już wiem, że czasem różnią się od moich 😉 – http://kieruneknorwegia.pl/

Ruter, czyli transport publiczny w Oslo. Mają również apkę – może się przydać przy planowaniu zwiedzania – https://ruter.no/

Dodaj komentarz