Opowieści z Oslo – Wydrzeć miasto morzu. Saga o petrokoronach

Opowieści z Oslo – Wydrzeć miasto morzu. Saga o petrokoronach

Disclaimer: Oslo nie ma bezpośredniego dostępu do morza, leży nad zatoką. Z pełną świadomością użyłem złego słowa w tytule – historia norweskiej ropy naftowej jest bowiem swego rodzaju wyrwaniem własnej przyszłości z morskich głębin 😉

Kiedy na przełomie lat 60-tych i 70-tych ubiegłego stulecia ropa naftowa wytrysnęła w norweskiej części Morza Północnego historia państwa fiordów gwałtownie przyspieszyła. Bogate, ale skromne państwo otrzymało zasoby pozwalające mu dosłownie odlecieć w życiową nadprzestrzeń. Konserwatywni Norwegowie z czarnym złotem obeszli się godnie. Rozpoczęli dokładnie zaplanowane inwestycje, utworzyli fundusze zapewniające przyszłość ich wnukom i nie skusili się na pokazowe inwestycje rodem z Emiratów i Kataru. Mimo to, epoka ropy naftowej odcisnęła swoje żywione petrokoronami piętno na stolicy kraju. Ograniczone lasami, jeziorami i sąsiednimi miasteczkami Oslo pod koniec lat 70-tych nie bardzo miało się gdzie rozwijać. Postawiono na zuchwałą i efektowną inwestycję pchającą miasto w jedynym możliwym, choć pozornie nierealnym kierunku. Tym kierunkiem była zatoka Oslofjord.

Fjordbyen, czyli Fiordowe Miasto, to projekt zakładający włączenie do mieszkalnej, kulturowej i handlowej tkanki miejskiej dawnych obszarów portowych. Oslo ma zatem rozszerzyć swoją południową granicę i stanąć oko w oko z wodami oblewającej miasto zatoki. Nie jest to przy tym inwestycja zupełnie zwyczajna. Fjordbyen to emanacja prestiżu, jakim cieszy się Norwegia oparta na ropie. Nie ma tam miejsca na tanie mieszkania (z resztą – mieszkania? jakie mieszkania? to co najmniej apartamenty), słabe restauracje i tandetną kulturę. Nowe Oslo musi być naj. Nie ma być symbolem marzenia, ale właśnie marzeniem. Które tutaj, w najdroższej stolicy Europy, spełniło się jak nigdzie indziej. Ile z tego wszystkiego możemy już doświadczyć w praktyce?

Dzielnica marzeń, dzielnica złodziei

Fjordbyen oznacza przede wszystkim ciągłą budowę. Od lat nadbrzeże Oslo jest domem dla wielkich maszyn, wytrwałych robotników i powoli kompletowanych konstrukcji. Zaczęło się w latach 80-tych na Aker Brygge. Wcześniej przez ponad 100 lat znajdował się tam warsztat naprawy statków Akers. Obecność terenów przemysłowych tak blisko bijącego serca miasta była jednak nie na rękę włodarzom szybko rozwijającej się stolicy. Nadmorskie tereny można było idealnie spożytkować w inny sposób – tworząc tam dzielnicę luksusu.

Dzisiejsze Aker Brygge to stolica stolicy. Dzielnica stała się biznesowym i turystycznym centrum, które rozpala umysły przyjezdnych i miejscowych. Tamtejsze ulice to swoisty przekładaniec drogich butików i luksusowych restauracji. Znajdziecie tu wszelkie specjały kuchni norweskiej i międzynarodowej, a za tradycyjne dania z renifera trzeba wysupłać nieraz prawie 200 złotych. Oczywiście nie jest to górna granica 😉 Reprezentacyjną częścią Aker Brygge (złe słowo, wszystkie zakątki są tam reprezentacyjne) jest promenada nadmorska, część projektu Havnepromenaden, w ramach którego całe stołeczne wybrzeże ma zostać związane jedną ścieżką spacerową. Ciekawostka – w tym sercu nowej Norwegii stanął… kolejny komunistyczny pomnik!

Nie bez powodu. Chwilę temu wspomniałem o zakładach przemysłowych Akers. Właśnie tam 1 listopada miała miejsce największa akcja sabotażowa w dziejach drugowojennej Norwegii. Związani z tzw. grupą Pellego partyzanci puścili z dymem siedem statków gotowych do służby pod banderą nazistowskiej Norwegii. Upamiętnienia doczekali się 69 lat później. Czemu tak późno? Cóż, należeli do komunistycznego skrzydła Frontu Krajowego.

Aker Brygge i Tjuvholmen w całej nocnej okazałości. Budynek na horyzoncie to Astrup Fearnley Museet. Źródło: Wikipedia

Inna wojenna pamiątka to kotwica niemieckiego krążownika Blucher, zatopionego przez Norwegów w pierwszym dniu niemieckiej inwazji na kraj, 9 kwietnia 1940. Kotwica kończy Aker Brygge i otwiera drogę na Tjuvholmen. Wyspę Złodziei. Nazwa to oczywiście stara, z czasów kiedy właśnie tam, na skraju miejskiego portu wymierzano kary bandytom. Dzisiaj Tjuvholmen to przede wszystkim Astrup Fearnley Museet. To najpopularniejsze muzeum sztuki nowoczesnej w Oslo, goszczące wystawy artystów ze światowego topu. Oprócz tego na Tjuvholmen można odpocząć nad samą wodą, wśród rzeźb bądź norweskich nastolatków imprezujących na skraju półwyspu 😉

Wyspa Złodziei to swoją drogą świetna nazwa dla lokacji galerii obrazów w Oslo. Miasto swego czasu słynęło z zuchwałych kradzieży dzieł sztuki. Najczęściej chodziło oczywiście o Muncha i jego Krzyk, a do historii przeszło wyciągnięcie „klasycznej” wersji słynnego obrazu z Galerii Narodowej z pomocą… drabiny ogrodniczej. Było to 12 lutego 1994 roku, w dzień otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Lillehammer. Włamywacze zostawili nawet notatkę, w której dziękowali za kiepską ochronę obrazu. Jeden z nich z pewnością wiedział co mówi – był bowiem recydywistą! Sześc lat wcześniej udało mu się ukraść munchowskiego Wampira. Krzyk wrócił do galerii w nienaruszonym stanie po trzech miesiącach. 10 lat później wersja Krzyku z roku 1910 została wraz z Madonną skradziona z Munchmuseet. Tym razem obraz dłużej znajdował się w niepowołanych rękach – oba skradzione dzieła sztuki wróciły na miejscu dopiero w roku 2006.

Nowa Bjørvika – ikona i kość niezgody

Chociaż Aker Brygge zdominowało nowe oblicze portu, jest zdecydowanie jedno miejsce, które przewyższa dzielnicę splendoru swoją sławą. To znany z pocztówek i folderów reklamowych biały gmach opadający delikatnie ku spokojnej tafli wody. Nowa Opera powstała raptem dekadę temu i z miejsca stała się symbolem Fjordbyen. Wszyscy chętnie wchodzą na jej dach (na zdjęciu głównym), sporo osób zapuszcza się do środka, ale najlepiej przecież wybrać się na jedną ze sztuk – bilety wcale nie są w Norwegii tak drogie!

Gmach Opery to częściej miejsce wspinaczek niż muzycznej ekscytacji.

Opera otwiera drugie serce nowego Oslo – dzielnicę Bjørvika. Przez kilka lat jej znakiem rozpoznawczym był Kod Kreskowy, czyli Barcode Project. Czarno-białe biurowce układały się w piękną mozaikę widoczną od strony wody, ale… obecnie są już zasłonięte przez nowe instalacje Fjordbyen. Szczerze? Trochę to nieprzemyślane, ale zapewne właśnie tak miało być.

Jedną z tych instalacji jest monumentalny gmach nowego Munchmuseet. Mistrz skandynawskiego ekspresjonizmu w swoim testamencie zapisał większość obrazów miastu Oslo. Przez lata kolekcją rozporządzano w ciasnym, ale klimatycznym muzeum przytulonym do ogrodu botanicznego na Tøyen. Nowe muzeum ma składać się z 16 pięter, na których oprócz Muncha wystawione zostaną dzieła Amaldusa Nielsena, Gudmunda Stenersena i Ludviga Ravensberga. Oprócz tego dla publiczności przygotowana zostanie ogromna przestrzeń konferencyjna pozwalająca również na otwieranie czasowych wystaw.

Projekt od początku budził skrajne emocje. Jego przeciwnicy podnosili dwa główne argumenty. Pierwszym z nich był bezsens przenoszenia muzeum z Tøyen, drugim – bezsens budowy kilkunastopiętrowego molocha tuż przed Barcode i zaraz obok Operahuset. Osobiście zgadzam się z oboma, ale właśnie ostatnia kwestia jest dla mnie kompletnie niezrozumiała. Nowe Muzeum Muncha nie tylko zasłoni Kod Kreskowy, ale zdominuje również świetnie wpisany w krajobraz budynek Opery… no cóż, przynajmniej nie będzie to jednostkowy wyłom.

Nie będzie, bo obok Munchmuseet Bjørvika od 2020 gościć będzie również Deichman Bibliotek, czyli bibliotekę miejską. Przeniesiona z Akersgata placówka również ma zostać wbita między Operę a Dworzec Centralny. Podobnie jak muzeum będzie nowoczesnym projektem z dużą dawką szkła, ale nie przybierze tak dominującej formy. Nowa biblioteka ma stać się centrum norweskiego życia naukowego i literackiego. Nasuwa się tylko pytanie – czy wszystko trzeba wyrywać innym dzielnicom miasta? A nawet innym zakątkom tej samej dzielnicy, bo przecież stary gmach również znajduje się w centrum.

Bjørvika w budowie – stan na rok 2015. Dzisiaj po prawej stronie znajdziecie już gmach Nowego Muzeum Muncha.

A to przecież nie wszystko…

Przekształcone tereny to jednak zaledwie skrawek dostępnej do rewitalizacji portowej części Oslo. Kawałek dalej znajduje się Nowa Sørenga, która w ostatnich latach przekształciła się w coś w rodzaju wschodniego Aker Brygge. Luksusowe restauracje i szykowne apartamentowce zostały tam otoczone drewnianą promenadą opadającą spokojnie w stronę zatoki. To popularne miejsce spotkań młodych Norwegów, a miłośnicy morza mogą z Sørengi obserwować wypływające w rejs na kontynent norweskie promy.

Ostatnim przystankiem Havnepromenaden ma być okolica Grønlia, której pełna rewitalizacja jest jednak zaplanowana dopiero na rok 2025. Dalej na południe zachowana ma zostać część bądź całość dawnej portowej i kolejowej zabudowy, a zatem miasto nie przekształci wszystkich pozostałości swojej dawnej morskiej potęgi.

Fjordbyen to projekt realizowana przez dekady i projekt, którego skutki również klarować będą się przez dekady. Niewątpliwie Miasto Fiordu jest dzisiaj jedną z wizytówek Oslo, uwielbianą zarówno przez lokalsów jak i turystów. To również żywa opowieść o tym, jak Norwegia rozwija się korzystając ze swoich zasobów i oszczędności. Negatywne strony przebijają się rzadko, ale warto mieć na uwadze głosy krytykujące przenoszenie kluczowych miejskich instytucji do nowo zbudowanej luksusowej dzielnicy. Bo to faktycznie brzmi jak gentryfikacja w skali makro.

Dodaj komentarz