Opowieści z Oslo – Miasto o wielu twarzach. Historia pewnego podziału

Opowieści z Oslo – Miasto o wielu twarzach. Historia pewnego podziału

Historia każdej większej osady kryje w sobie faktyczne i symboliczne starcia między bogatymi i biednymi. Od zarania miejskich dziejów istniały dzielnice pałaców i dzielnice slumsów, dzielnice robotników i dzielnice ich przełożonych. Wiele metropolii rozwijało się żywiąc tymi konfliktami, włączając je w swój koloryt i wychodząc z nich jako organizm silniejszy. Oslo nie jest wyjątkiem. A przynajmniej nie na tym etapie. Jest jednak pewien szczegół, który sprawia, że podział norweskiej stolicy jest symboliczny.

To geometria. Jeśli weźmiecie do ręki linijkę i przyłożycie ją na wysokości przecinającej miasto z północy na południe Uelands gate, otrzymacie niemal idealny podział Oslo. Dwie części. Czasem niemal jak dwa miasta. Vestkanten i Østkanten. Oslo Zachodnie i Oslo Wschodnie. Oslo arystokratyczne i Oslo robotnicze. Oslo norweskie i Oslo imigranckie. Oslo ropy i Oslo krwi. Niewiele miast świata kryje w sobie podział tak charakterystyczny jak stolica państwa fiordów. „Lepsze” i „gorsze” dzielnice zwykły przecież rozkładać się jakoś bardziej przypadkowo, mieszać ze sobą, otaczać nawzajem – raz po raz, tworząc swoiste miejskie warstwy. Nic takiego nie miało jednak miejsca w Oslo.

Oczywiście na przestrzeni dwóch wieków znalazło się parę wyjątków. Portowa część Zachodniego Oslo weszła w XX wiek jako dzielnica biedoty – ale obecne stulecie przywitała już wchłonięta i przebudowana na odpowiednią dla swojego położenia modłę. Na wschodzie przy wzgórzu Ekeberg mocno trzyma się willowa część dzielnicy Nordstrand, zachodni wyłom w krajobrazie robotniczych osiedli. Granica w centrum miasta również bywa płynna – 200 lat intensywnego rozwoju urbanistycznego sprawiło, że nieraz nie przeżyjemy szoku natychmiastowo po przejściu z jednej okolicy do drugiej. To są jednak detale. W świadomości ludzi zakorzenił się prosty podział na Vestkanten i Østkanten. Żeby wyjaśnić ich fenomen cofnę się teraz do historii. Chodźcie ze mną, bo znajdziecie tutaj wiele zakamarków, do których warto zajrzeć.

Dwie twarze Vestkanten

Zacznijmy od zachodu. Przekraczając Uelands gate (na zdjęciu głównym) w stronę bogatszej części miasta nie od razu zobaczycie wielką różnicę. Im bliżej granicy, tym bardziej wewnątrzmiejski rozłam zdążył się wygładzić. Inna sprawa, że dzielnice w których się po tych paru krokach znajdziemy – Gamle Aker i St. Hanshaugen – to jeszcze żadna arystokracja. Wręcz przeciwnie – to jądro średnioklasowego Oslo. Bogatego, ale żyjącego bez przepychu. Warto poświęcić chwilę na spacer po Telthusbakken, urokliwej uliczce będącej jednym z ostatnich klasycznych drewnianych zakamarków norweskiej stolicy. Dojdziemy w ten sposób na Waldemar Thranes gate, znajdując się w dzielnicy Bislett. Tutaj mała uwaga – nazwałem St. Hanshaugen i Bislett dzielnicami, ale ta druga jest w rzeczywistości częścią tej pierwszej. Po prostu nie leży mi określenie „osiedle” na norweskie „strøk” – osiedle to w mojej głowie polska wielka płyta, co w Oslo (najczęściej) jest dalekie od prawdy.

Bislett to dom Harry’ego Hole, słynnego detektywa po przejściach z kryminałów Jo Nesbø. Jeśli jesteście fanami jego twórczości, warto zajrzeć do restauracji Schrøder związanej z pijackimi często przygodami norweskiego policjanta. Zajrzyjcie też pod adres Sofies gate 5 – na domofonie znajduje się tam nazwisko Harry’ego 😉 Może za jakiś czas na Bislett pojawi się muzeum poświęcone serii – osobiście bardzo bym tego chciał. Ale wróćmy do tematu przewodniego. Ile Vestkanten widać na Bislett? Kolejnym wyłomem w dzielnicy są pozostałości lokalnego przemysłu – dawny browar Frydenlund gości dzisiaj uczelnię Høgskolen i Oslo. Rejon St. Hanshaugen jest zatem „miękkim” wprowadzeniem w zachodnie dzielnice miasta. Jeśli jednak przejdzie się wzdłuż wielofunkcyjnego Bislett Stadion w kierunku Homansbyen, różnice zaczną się klarować.

Homansbyen to jedna z pierwszych dzielnic willowych w mieście – ale na trasie historycznego spaceru to zaledwie łącznik z dzielnicą Majorstua. Albo Majorstuen, jak wolą mieszkańcy Vestkanten. Język to kolejny punkt sporny w podzielonym mieście – na zachodzie nie uznaje się form żeńskich, więc nazwy własne jak Akerselva występują w formie Akerselven. Inna, całkiem zabawna różnica to określenie metra. Na zachodzie cały czas usłyszeć można nazwę „trikken” czyli… tramwaj. Istotnie, pierwsza linia dzisiejszego metra pojawiła się oczywiście na zachodzie i miała formę szybkiego tramwaju. Stąd mieszkańcom Vestkanten cały czas zdarza się wsiąść do szybkiego, podziemnego tramwaju.

A zatem jesteśmy na Majorstua. To jedna z moich ulubionych części Oslo – bo jest po prostu piękna. Trzon dzielnicy powstał pod koniec XIX wieku, by z czasem rozwinąć się w centrum ekskluzywnego handlu i życia nocnego. Jeszcze kilka dekad wcześniej były to pastwiska, a ówczesna Christiania kończyła się w okolicy dzisiejszego Pałacu Królewskiego. Dopiero budowa królewskiej rezydencji popchnęła miasto na wschód, przynosząc budowę dzielnicy Bak Slottet, czyli Za Zamkiem. Ta pierwsza dzielnica willowa w historii skandynawskiej urbanistyki łączy dzisiaj Majorstua z centrum Oslo. Właśnie tam, na Uranienborgu znajduje się słynna Hartvig Nissens skole, miejsce akcji młodzieżowego serialu Skam. Zielonym sercem całego Vestkanten jest leżący nieopodal stacji metra Majorstuen Frognerparken, mieszczący w sobie między innymi Muzeum Historii Oslo. To najważniejszy dla dzisiejszego artykułu element parku. O reszcie, którą być może znacie z popkultury, opowiem Wam innym razem 😉

Hartvig Nissen skole, coraz częstszy przystanek w wycieczkach po Oslo. Szkoła to miejsce akcji serialu Skam, jedynej młodzieżowej produkcji, jaką obejrzałem w dorosłym życiu. Nie tylko dlatego, że traktowała o życiu Norwegów, ale również dlatego, że od pierwszych odcinków serial był cholernie prawdziwy. Dzięki zaangażowaniu amatorskiej obsady udało się stworzyć w pełni naturalny klimat, który tak rzadko widujemy na ekranie. Naturalny również w kwestii życia na Vestkanten – nastolatki z własnymi apartamentami i samochodami Porsche nie są jedynie telewizyjną fikcją.

Dalsze Vestkanten to już dzielnica Frogner, pełna luksusowych willi, ambasad i siedzib wielu prestiżowych firm. Szczerze mówiąc Oslo Zachodnie jest piękne i nudne zarazem. Od XIX wieku nic wielkiego się tu nie zdarzyło – ot bogate dzielnice pomnożyły swoje bogactwo i są teraz jednym z najbogatszych zakątków nie tylko Europy, ale i całego świata. Z czasem średnioklasowe i arystokratyczne dzielnice poszerzały się coraz bardziej na zachód i północ, a najpopularniejszym willowym rejonem Oslo jest dzisiaj niewątpliwie Holmenkollen – symbol współczesnej, bogatej Norwegii. Na Holmenkollen wrócimy jeszcze nieraz, ale teraz oddajmy głos Østkanten. Bo w gruncie rzeczy tam zawsze było ciekawiej.

Opowieści, w które trudno uwierzyć

Zanim opowiem o tym, co widać, wspomnę krótko o tym, czego już w Oslo nie widać. Wraz z rozbudową miasta większość przynależących do wschodu dzielnic biedoty po prostu zniknęła. Część z nich została zlikwidowana odgórnie, w toku realizacji miejskich planów urbanistycznych. Taki los czekał zachodnie, portowe slumsy Viki i Piperviki. Te pierwsze przemienione zostały w dzielnicę usługowo-reprezentacyjną (znajduje się tam m.in. Ministerstwo Spraw Zagranicznych), te drugie dały miejsce nowemu Ratuszowi. Kontrowersyjna, ale na zawsze już związana z miejskim krajobrazem funkcjonalistyczna bryła to jedno z nielicznych miejsc, które w norweskiej stolicy zwiedzimy za darmo. Warto, bo w środku budynek wygląda zjawiskowo. No i jest przecież miejscem wręczania Pokojowej Nagrody Nobla!

Spowity mrokami nocy budynek Ratusza wygląda niczym wrota wielkiej fabryki. To niekoniecznie przypadkowe skojarzenie – do dzisiaj właśnie tu wykluwają się idee realizowane w jednym z najbogatszych i najbardziej eksperymentalnych miast Europy. Ostatnia z nich? Usunięcie wszystkich miejsc parkingowych w centrum. Jako pieszy i jako turysta – jestem totalnie za!

Również na wschodzie miasta większość slumsów została zabudowana w bardziej dostojny sposób. Kiedy protoplasta norweskich socjalistów, Marcus Thrane, przyjechał do Oslo agitować za swoim stowarzyszeniem był wstrząśnięty widokiem dzielnic biedoty Vaterland i Grønland. Z obawy przed skutkami wciągnięcia tamtejszych mieszkańców do polityki wycofał się nawet z agitacji wśród nizin społecznych powstającego dopiero Østkanten. Dzisiejsze Vaterland to nic innego jak Dworzec Centralny w Oslo, natomiast Grønland wciąż stanowi jedno z serc wschodu – ale już w inny sposób.

Wschodnie Oslo najlepiej przywitać spacerem wzdłuż rzeki Akerselva. Życiodajna arteria ukształtowała niejeden zakład przemysłowy i niejedną robotniczą dzielnicę w mieście, a skupione wokół niej osiedla stanowią dzisiaj wielokulturową mieszankę bogactwa, biedy, kultury i pracy. Dobrym punktem startowym jest dzielnica Torshov, której robotniczy obraz utrwalony został w powieściach Oskara Braatena. Braaten jako jeden z pierwszych pokazał realia życia we wschodnim Oslo – twarde, pozbawione luksusów robotnicze życie skupione wokół wyrastających jak grzyby po deszczu fabryk. Po drodze zahaczyć można o Arbeidermuseet, Muzeum Robotników, chociaż sama placówka nie zaciekawi raczej osób spoza Oslo – jest dość hermetyczna. Dalej wszystkie drogi prowadzą do dzielnicy Grünerløkka. Czyli kolejnego serca Oslo, konkurującego o bycie stolicą miejskiego życia z Majorstua – będąc przy tym jakże inną od osadnictwa na zachodzie! Na Grünerløkka można zatracić się na długie godziny i dni. Co w niej takiego niezwykłego?

Cóż, chciałoby się przekornie rzec, że najbardziej posunięta gentryfikacja spośród wszystkich wschodnich dzielnic. To poniekąd prawda, ale cofnijmy się do historii. Leżąca w granicach „wewnętrznego miasta” Løkka była jedną z pierwszych murowanych dzielnic robotniczych. Dwojako powiązana była z Niemcami. Swoją nazwę wzięła od Friedricha Grünera – niemieckiego mincerza z XVII wieku. Stąd dziwna jak na Norwegię litera w nazwie. Niemieckie były również XIX-wieczne wzorce rozbudowy dzielnicy. Do tego stopnia, że po II wojnie światowej architekci z Niemiec jeździli na Grünerløkka, by zobaczyć jak przed wojną wyglądały niemieckie miasta, które musieli odbudowywać ze zniszczeń wojennych!

Dzisiaj Løkka to stolica hipsterskiego i imprezowego Oslo. Wszystko to dzieje się w zasadzie już od XIX wieku, kiedy jako swoje miejsce do życia wybrał ją Edvard Munch. Przez całe dwudzieste stulecie dzielnica wabiła imigrantów, artystów i innych obywateli kontestujących rzeczywistość dynamicznie rozwijającego się miasta. Nie zatraciła przy tym swojego robotniczego charakteru – to tam produkowane były takie norweskie klasyki jak piwo Ringnes, czekolada Freia czy snus Tiedemanns. Snus, czyli tytoń wsuwany pod górną wargę to z resztą jedna z rzeczy, których w Skandynawii warto choć raz spróbować. Uwaga, jest mocny! Koniec końców kultowa Løkka oferuje największy wybór klubów i barów w całym mieście, na czele z Blå. Blå jest wszystkim – salą koncertową, klubem, miejscem spotkań lokalnej bohemy, a nawet areną sporadycznych strzelanin. Mimo tego ostatniego – warto, koniecznie!

Na południe od Grünerløkka znajdziecie Grønland – ostatnią graniczącą ze ścisłym centrum „gorszą” dzielnicę z mojej listy must-see. Połączone ze śródmieściem najstarszym mostem w Oslo, Vaterlands bru, osiedle (w norweskim znaczeniu) to dzisiaj imigranckie serce miasta. Około 40% wszystkich mieszkańców Grønland pochodzi spoza Norwegii. Dzięki temu znajdziecie tam targi z tanimi owocami, najsłynniejszy meczet w Oslo i tygiel kulturowy mniej „wymuskany” niż Grünerløkka. Nie bez przyczyny to tam znajduje się Interkulturelt museum – Muzeum wielokulturowe, interaktywna wystawa o pokojowym współżyciu tworzących współczesny świat społeczności. Parę lat temu dzielnica została określona jako pierwsza strefa no-go w Oslo. Istotnie miejska policja nie wjeżdża na Grønland. Dzieje się tak dlatego, że ma tam swoją komendę główną. Krótki spacer z dzielnicy zaprowadzi Was do kolejnej zachowanej drewnianej okolicy – Vålerenga. Po drodze warto koniecznie zahaczyć o Neseblod records, czyli dawne Helvete. To serce norweskiego black metalu lat 90-tych, jednego z najważniejszych fenomenów kulturowych w dziejach kraju. Dzisiaj pełni rolę swoistego muzeum gatunku – i wciąż jest świetnym sklepem.

Cholera, chyba dojechałem na Tarchomin

Za wianuszkiem osiedli przyklejonych do życiodajnej Akerselvy Østkanten zmienia się powoli w region bardziej planowy, bardziej mieszkaniowy i zdecydowanie bardziej bliższy naszym, polskim osiedlom. Leżące wciąż w administracyjnych granicach Gamle Oslo, Starego Oslo, osiedle Etterstad to jeden z pierwszych popisów miejskiej deweloperki spod znaku OBOS. Zbudowany w roku 1930 kompleks Etterstad 1 był pierwszym mieszkalnym projektem zrealizowanym przez spółdzielnię, która miała z czasem zbudować ponad 200 000 mieszkań na terenie całego miasta. Etterstad 1 to 101 mieszkań, nieco powierzchni użytkowej, ale przede wszystkim pierwsza zapowiedź mieszkalnej ekspansji Oslo na wschód.

Znalezione obrazy dla zapytania etterstad 1
Ettestad 1 z lotu ptaka. Tak spółdzielnia OBOS zaczynała swój wielki projekt budowy mieszkalnej części Oslo. Źródło: Wikipedia

Epoka robotniczych dzielnic rozkręciła się na dobre po roku 1945, kiedy po wojennej zawierusze do władzy wrócili socjaldemokraci z Arbeiderpartiet. Na przestrzeni kilku dekad wokół miasta zaczęły wyrastać tzw. drabantbyer – miasta satelickie, które z czasem miały stać się pełnoprawnymi dzielnicami. Za symbolicznie (historycznie już niekoniecznie) pierwszą satelitę uważa się Lambertseter. Jeśli poza klasycznym zwiedzaniem chcecie poznać codzienne życie mieszkańców Oslo – koniecznie się tam wybierzcie. Lambertseter to jeszcze „stara szkoła” skandynawskiego budownictwa bloków, z czterema raczej niż kilkunastoma kondygnacjami. Osiedla pełne są lokali użytkowych, parków, placów zabaw i szkół. Wieczorem zdecydowanie łatwiej spotkać tam grupki imigrantów niż Norwegów – szczególnie przy centrach handlowych na Lambertseter czy Manglerud.

Inna, brzydsza strona Østkanten to molochy w postaci Tveita i Grorud. Pierwsza z dzielnic „z buta” weszła na pierwsze strony gazet w połowie lat 80-tych minionego stulecia za sprawą Tveitagjengen – jednego z najsłynniejszych gangów w dziejach Oslo. Członkowie przestępczej ekipy zasłynęli popisowymi napadami dokonywanymi z pomocą skradzionego sportowego samochodu Ford Cosworth. Działali wokół centrum handlowego Tveita Senter, a policja rozbijała ich dobre kilkanaście lat. Prawdę mówiąc, był to jeden z ostatnich etnicznie norweskich gangów na terenie miasta. Okolice Grorud również miewały kiepską reputację, ale dwie dzielnice łączy przede wszystkim zabudowa, która wrzucona gdzieś na warszawskim Tarchominie czy katowickich Bogucicach nie wyróżniłaby się znacząco z tłumu. To ciekawe przeżycie w jednym z najbogatszych miast Europy – szczególnie, że to przecież znana z idyllicznych czerwonych domków Norwegia. Samo Grorud jest z resztą bardzo hybrydowe – po jednej stronie rozciągają się blokowiska, natomiast druga część dzielnicy to klasyczna i dość bogata jednorodzinna zabudowa.

Jeśli złapiecie metro na koniec północnej nitki metra, w rejon Vestli, znajdziecie się w jednej z najniebezpieczniejszych obecnie dzielnic miasta. Co jakiś czas dochodzi tam do strzelanin, a życie we wschodnim Oslo na przestrzeni ostatnich lat coraz częściej przerywane jest gangsterskimi porachunkami. Turystom (chociaż na Vestli ciężko o turystów) raczej nic nie grozi, podobnie jak większości zwyczajnych mieszkańców tej Østkanten – ale porachunki gangsterskie są faktem i coraz większym problemem dla miejskiej policji. Będąc na wschodzie miasta prawdopodobnie usłyszycie młodzież posługującą się dialektem kebabnorsk. Kebabowy norweski to nic innego jak mieszkanka dialektów z Østkanten z językami bliskiego wschodu. Coraz częściej do słownika przebijają się również zwroty hiszpańskie, a na swoją kolej bez wątpienia czekają swojskie „kurwy” i inne przydatne w slangu wyrażenia.

Pamiętajcie jednak, że nie całe Østkanten to imigranci i osiedla z wielkiej płyty – okolice Ellingsrud to bardzo przyjemny obszar spacerowy, a wspomniane już fragmenty Nordstrand społecznie przynależą do miejskiego zachodu. Chociaż wschodnie Oslo jest jednym z ostatnich miejsc przewijających się w turystycznych przewodnikach wizyta w nim uzupełni Waszą wiedzę o Norwegii. Dla mnie było to przeżycie ciekawe i pouczające – spacerując wzdłuż wschodnich linii metra pierwszy raz poczułem, że połowa miasta to Europa z krwi i kości, a nie odrealniona bajka żywiąca się ropą i łososiem. Jeśli wybieracie się do Oslo na ponad 4 dni, Østkanten i jego kebabowe historie o gangach i imigracji są absolutnym must-see!

Wiecznie żywy podział

Østkanten i Vestkanten to nie tylko historia, ale również teraźniejszość i przyszłość miasta. Pomimo dekad rozwoju i polityki socjalnej różnice w mieście wciąż są widoczne gołym okiem. Przejdźmy jednak do tych, które są bardziej ukryte dla turystycznego oka. To chociażby średnia długość życia, czasem nawet o 9 lat krótsza dla mieszkańców wschodnich dzielnic. Albo zarobki, które w zależności od porównywanych dzielnic mogą być wyższe o 25 albo… 200%, oczywiście na korzyść zachodu. Tarcia widać wśród samych mieszkańców, którzy są rozbici między innymi politycznie. Zachód głosuje na liberalno-konserwatywną Partię Prawicy, natomiast wschód to bastion socjaldemokratów spod znaku Partii Robotniczej. Ale także największy w kraju przyczółek socjalistów i komunistów. Ci ostatni w ostatnich wyborach głosami samego Oslo wprowadzili pierwszego deputowanego do Stortingu od lat – nieprzypadkowo pochodzącego ze wschodniej części stolicy.

Rywalizacja przyjmuje również ramy sportowe. Dwa wielkie kluby z Oslo, zachodni Lyn i robotnicza Vålerenga to odwieczni rywale, chociaż ostatnio pierwsza ekipa bardzo podupadła i włóczy się po niższych ligach. Nastolatkowie z opozycyjnych części miasta również potrafią za sobą nie przepadać – rywalizują na poziomie szkolnym, a zmiana środowiska ze wschodu na zachód i odwrotnie bywa ciężkim przeżyciem dla wielu stołecznych dzieciaków. Sam trafiłem w tym wszystkim dość osobliwie. Mieszkałem w najtańszym miasteczku akademickim, które znajduje się akurat w zachodniej dzielnicy Nordre Aker. Mogłem na co dzień obserwować zachowania „bogatych Norwegów”, chociaż sam należałem zdecydowanie do Østkanten.

Dodaj komentarz