Nikozja – konflikty, polskie msze i czeskie piwo

Już od kilku lat Cypr jest bardzo popularnym kierunkiem wśród polskich turystów. Chociaż w umiłowaniu Wyspy Afrodyty nie dorównujemy Rosjanom, to stała się ona łatwo dostępna dzięki tanim liniom lotniczym i korzystnym ofertom biur podróży. Zainteresowanie działa w dwie strony. Faktem staje się… słowiańskość cypryjskiego wybrzeża – spacerując uliczkami Larnaki czy Agia Napy raz za razem natrafiamy na napisy po rosyjsku i (rzadziej) polsku. Przypadkowo odwiedzane restauracje często oferują obsługę w naszym języku, a w lotniskowym butiku ekspedientka z automatu zwróciła się do mnie po rosyjsku. Tyle na wybrzeżu.

Tymczasem rzadziej odwiedzany przez turystów cypryjski interior skrywa w sobie trudne i przerażające historie grecko-tureckiego konfliktu, który od kilku dekad trawi tę śródziemnomorską wyspę. Rzut beretem od wielkich kurortów znajdują się wielkie miasta widma, coraz częściej włączane do oferty lokalnych biur wycieczkowych. Właśnie żywym pamiątkom wojny poświęciłem swój wrześniowy pobyt na Cyprze. Zacząłem od podstaw, czyli od Nikozji, którą zwiedzałem pełen wspomnień z podzielonego murami Belfastu.

Słowem koniecznego wstępu

Cypr, od setek lat wieloetniczny, uzyskał niepodległość od Wielkiej Brytanii stosunkowo późno, bo w roku 1960. Pierwsze lata funkcjonowania jako niezależne państwo przyniosły regularne i nieraz krwawe konflikty pomiędzy greckimi i tureckimi mieszkańcami wyspy. Warto pamiętać, że nie jest to czarno-biała historia, w której można jasno wyodrębnić prześladujących i prześladowanych. Apogeum konfliktu zostały osiągnięte w roku 1974, kiedy wskutek nieudanego progreckiego zamachu stanu (na czele kraju miał stanąć polityk znany z organizacji bojówek atakujących Turków w Nikozji) turecka armia dokonała inwazji na wyspę.

Od roku 1983 część północna funkcjonuje de facto jako niepodległe państwo o nazwie Turecka Republika Cypru Północnego. Jej niepodległość uznana jest jednak wyłącznie przez Turcję, a międzynarodowa społeczność określa działania tureckie jako okupację. Przez lata podejmowano próby ponownego zjednoczenia wyspy, jednak nawet w obliczu akcesji do Unii Europejskiej nie udało się osiągnąć porozumienia. Na szczęście ostatnie lata przynoszą coraz większe rozprężenie, co z naszej, turystycznej, perspektywy oznacza możliwość legalnego i bezpiecznego podróżowania do Cypru Północnego. Zakładając oczywiście, że przekraczamy granicę od strony Południa.

Nikozja – krew i poświęcenie

Przygodę z Nikozją zaczynam od rozgrzanego dworca autobusowego przy Placu Solomosa. Szukając miejsca, w którym mogę wspomóc się strzałem kofeiny, mijam starszych Cypryjczyków popijających tanie piwo na schodach prowadzących na plac. Nie wysiadłem w najbardziej reprezentacyjnej części miasta, ale już wkrótce zagłębię się w gąszcz wąskich uliczek pełnych azjatyckich marketów. Historyczne serce stolicy Cypru bije wewnątrz XVI-wiecznych weneckich murów miejskich. Fortyfikacje są jedną z największych lokalnych atrakcji turystycznych, ale od kilku dekad mają rywala w swoim fachu. Sęk w tym, że owego rywala ciężko z czystym sercem nazwać atrakcją. I tutaj właśnie zaczyna się najważniejsza opowieść o Nikozji.

Kilkuminutowy spacer kończy się nagle, wraz z barierą wyrastającą przed moimi oczami. „Nothing is gained without sacrifice and freedom without blood” głosi napis na białym tle. Niczego nie zdobywa się bez poświęcenia, a wolności nie zdobywa się bez krwi. Posterunku z wielką cypryjską flagą i groźnym zakazem fotografowania strzeże uzbrojony żołnierz. Później spotkam jeszcze niejeden pusty punkt graniczny, ale zostawię telefon w kieszeni – trochę mając na uwadze konsekwencje, a trochę mając w sobie respekt dla lokalnych zasad.

Grzecznie wycofuję się i skręcam w przeciwległą uliczkę. Lawirując między samochodami docieram w końcu do ulicy Ledra, centralnego pasażu przecinającego serce podzielonej stolicy. Po chwili zawahania podchodzę do przejścia granicznego i wyciągam paszport. „Thanks” odpowiada szybko strażnik po greckiej stronie. „It’s fine, don’t worry” dorzuca jego turecki odpowiednik widząc, że przyjrzałem mu się dość nerwowo. Dzisiaj przechodzą tu wszyscy, kiedy chcą i ile chcą.

Jedną z kończących się zasiekami uliczek w greckiej części miasta.

Bliski Wschód w wersji soft

Po tureckiej stronie w najciekawszym miejscu wita mnie napis „Forbidden area, photography is prohibited”. Mogłem się już tego spodziewać, więc szybko zagłębiam się w ciasne, wypełnione straganami uliczki, przywodzące na myśl arabskie bazary. Podobnie jak w Maroku czy Tunezji mogę zaopatrzyć się tu w klapki Gucci i najnowszą koszulkę Neymara. Albo usiąść w jednej z wielu kawiarni. Chętnie, gdyby nie to, że powyżej 30 stopni mój organizm przyjmuje już tylko zimne płyny.

Spoglądam na uliczną mapę. To samo zrobiłem po greckiej stronie, ale północ była tam pusta. Z wyjątkiem notatki o tym, że biała plama jest od 1974 roku okupowana przez Turków. Szybka analiza każe mi skierować kroki do osmańskiej perełki, XVI-wiecznego zajazdu Büyük Han, znów pełniącego rolę centrum handlowego. Prosto z niego trafiam na Stary Bazar, gdzie ceny biżuterii i obrazów podawane są w tureckich lirach. Można oczywiście zapłacić w euro – ale niewykluczone, że wyjdzie drożej. Za bazarem nie ma już niczego poza zasiekami. Podchodzę pod nie i staję jak rażony gromem słysząc za plecami ogłuszający ryk. Ale oczywiście nie zrobiłem nic złego – to muezzin nawołuje do modlitwy w meczecie Selimiye. Uciekam spod granicy i idę spojrzeć na ten XIII-wieczny kościół przerobiony, jak to często w tej okolicy bywało, na okazały meczet.

Dziedziniec Büyük Han to jedna z największych atrakcji turystycznej części Nikozji Północnej.

Nie chcąc przeszkadzać w modlitwie przemykam szybko ciasnymi uliczkami uciekając przed słońcem i ciężarówkami. Przy kolejnym punkcie granicznym znajduję mapę, a nagle wyrasta przy mnie mały chłopczyk pokazując dumnie gdzie się znajdujemy. Chyba w końcu zszedłem z utartego szlaku. Postanawiam wyjść na skraj weneckich murów i odszukać muzeum historyczne. Chyba historyczne. Nie rozumiem jego tureckiej nazwy, ale na właśnie taką ekspozycję wskazują opinie w Internecie.

Wspomnianych opinii jest garstka. Nikozja nie cieszy się popularnością komentatorów z Google Maps, a wiele atrakcji wciąż trzeba tu odkrywać na własną rękę. Na szczęście mapy spisują się poprawnie i pod właściwy adres trafiam bezproblemowo. Wita mnie brama wjazdowa z napisem „Ne mutlu türküm diyene”. Jakże szczęśliwy jest ten, kto może powiedzieć, że jest Turkiem. Motto Mustafy Kemala, ojca wszystkich Turków. Ten sam tekst, stokrotnie powiększony, wypisano na wzgórzach na północ od miasta.

Pomnik Mustafy Kemala dominujący nad okolicą Bramy Kireńskiej.

Początkowo wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Zaskoczony zauważam jednak, że nie można tam… robić zdjęć. Faktycznie, znajduję się w jednym z 11 bastionów murów miejskich, przerobionym na turecką bazę wojskową. Dzisiaj jest pusta, ale kilka militarnych eksponatów ostało się na wewnętrznym placu. Upewniam się, że to muzeum i pociągam za rozgrzaną, mosiężną klamkę. Ani drgnie.

To nie pierwsze i nie ostatnie miejsce w Nikozji, które jest zamknięte. Niestrudzony podążam dalej, do słynnej Bramy Kireńskiej. Jedyna z trzech historycznych bram Nikozji, która znalazła się po stronie północnej, została okraszona pomnikiem Atatürka. Znowu dowiaduję się, że najlepszym doświadczeniem na świecie jest możliwość powiedzenia, że jest się Turkiem.

Uciekając na chwilę od trudnych historii trafiam do bajkowego kwartału Samanbahçe. Zbudowane nieco ponad 100 lat temu osiedle białych domków było jednym z pierwszych nowoczesnych projektów mieszkaniowych wewnątrz murów Nikozji. Do dzisiaj ta ułożona i nieco uśpiona dzielnica pozwala na chwilę wytchnienia podczas zwiedzania chaotycznej tureckiej części miasta.

Po chwili kieruję się w stronę granicy, by trafić do jednego z najbardziej szalonych miejsc w mieście. Wrzynający się w grecką część bastion Roccas przerobiono na park z placem zabaw. Namalowana na zjeżdżalni myszka miki staje tu oko w oko z uzbrojonym posterunkiem granicznym. Oficjalnie na całym placu obowiązuje zakaz fotografowania! Odpoczywam chwilę na jednej z nielicznych ławek i wracam do labiryntu wąskich alejek szukając powrotu na ulicę Ledra. Po drodze mijam jeszcze amerykański uniwersytet, armeński kościół i rosyjską knajpę. No i tysiące nowych koszulek Neymara.

Z wizytą u arcybiskupa

Kontrola paszportów znowu okazuje się formalnością. Spaceruję wzdłuż pełnej butików i restauracji głównej ulicy przypominając sobie o grillowanym halloumi, którego miałem spróbować. Konsultuję problem ze swoim ciałem i zyskuję klarowną odpowiedź – potrzeba tylko wody. Temperatura w zaułkach Nikozji przekracza 35 stopni. Cholera, mówili, że we wrześniu da się tu żyć.

Postanawiam odwiedzić jedno z najciekawszych miejsc po greckiej stronie – wieżę obserwacyjną Shacolas. Na 11. piętrze urządzono tam małe muzeum Nikozji z widokiem na cztery strony miasta. Wstęp kosztuje 2,5 euro i absolutnie warto tam iść. Choćby dla filmu streszczającego dzieje miasta i wyczerpującego opisu oglądanych z góry zabytków. To również najlepszy punkt do podziwiania olbrzymiej propagandowej flagi Cypru Północnego połączonej ze wspomnianym już cytatem z Atatürka.

Na górze ustalam sobie dalszy plan działania. Spora część lokalnych muzeów została już zamknięta, inne z kolei niekoniecznie mnie interesują. Uwalniam się od nich i ruszam szukać alternatywnych atrakcji południa. Przy centrum kultury trafiam na wyrazy solidarności z uchodźcami i grafiki Antify. Od razu przypominam sobie nocny spacer po radykalnych dzielnicach Aten, gdzie niektóre ulice blokowane były przez policję. Tutaj, na skłóconym Cyprze, ten aspekt polityki wydaje się spokojniejszy.

Chociaż politycznie Nikozja nie jest tak rozgrzana jak Ateny, to tematyka społeczna w paru miejscach zaznacza się w przestrzeni publicznej.

Uciekając przed słońcem trafiam w samo serce greckiej części. Przede mną wznosi się kompleks arcybiskupi. Naprzeciw siebie znajdują się tutaj Muzeum Etnograficzne, Muzeum Bizantyńskie, najstarsze greckie liceum na Cyprze i nowy Pałac Arcybiskupi. Wzniósł go Makarios III, cypryjski bohater narodowy i jeden z architektów niedawnej niepodległości. Nowego pałacu zwiedzać nie można, ale paradoksalnie dzięki temu to jedyne żywe miejsce w okolicy – przy bramie wjazdowej spotykam energicznie rozmawiających strażników. Reszta historyczno-kulturalnego centrum greckiej Nikozji zamiera na dobre po obiedzie. Miłośnicy muzeów powinni zatem wpadać tu z samego rana.

Spod pałacu już kilka kroków dzieli mnie od powrotu na mury miejskie. Trafiam wprost pod Bramę Famagustiańską, drugą z trzech bram, która jest dzisiaj najbardziej symboliczna. Znajduje się w greckiej części, choć prowadzić ma do miasta zajętego przez Turków. Gdyby tego było mało, przedstawia się turystom po łacinie – bo lokalne nazwy Famagusty to Ammochostos i Gazimağusa. Rzut beretem od bramy wzniesiono Pomnik Wolności, upamiętniający bojowników EOKA, którzy pod koniec lat 50-tych rzucili wyzwanie brytyjskiemu panowaniu na Cyprze. Stając u jego stóp ogarniam wzrokiem gąszcz budynków mieszkalno-usługowych pod drugiej stronie murów i decyduję się zostać do końca na starym mieście.

Cypryjska statua wolności znajduje się na granicy historycznego starego miasta.

Butiki, okupacja i czeskie piwo

Po chwili odnajduję trasę na bulwar Ledra. Ląduję na samym jego początku, na placu Eleftheria, który jakiś czas temu znalazł się w generalnym remoncie i… wciąż nie robi szału. Odpoczywam pod dającym nieco cienia drzewem wraz z grupką azjatyckich turystów i przyglądam się potokowi ludzi na Ledrze. Pod kolorowym dachem stworzonym z powiewających kawałków materiału spacerują oni od butiku do butiku. Międzynarodowe gwiazdy jak Flying Tiger czy Bershka przeplatają się tutaj z nieco lepszymi lokalnymi sklepami. Nie ma wielkiego splendoru, ale dzięki temu jest niezwykle żywo.

Dla pewności sprawdzam pozostałe muzea w okolicy. Muzeum Zabawek zamknięte do października. Muzeum Zabytkowych Motocykli zamknięte na cztery spusty bez żadnej informacji. Cóż, może następnym razem… Swoje podwoje otwiera przede mną Muzeum Cypryjskie, najważniejsza placówka archeologiczna w okolicy. Ale moją uwagę przyciąga coś innego – maronicka Katedra Matki Bożej Łaskawej, której wieżę wypatrzyłem już z tarasu widokowego.

Maronici to arabscy chrześcijanie, którzy na Cypr przybili z terenów Libanu. Stanowią niewielką, ale dumną i aktywną mniejszość etniczną. Ich dzisiejsza populacja nie przekracza 6000, z których 75% mieszka w Nikozji. Od lat cieszą się swobodami i wsparciem – mają nawet zagwarantowanego delegata w cypryjskim parlamencie. Pod katedrą mam akurat okazję zobaczyć przygotowania do mszy i ożywione rozmowy odświętnie ubranych, jak mniemam, hierarchów. Powstrzymując turystyczną ciekawość okrążam katedrę by znaleźć jeszcze jedno święte miejsce Nikozji – katolicki kościół pod wezwaniem św. Krzyża.

To wyjątkowa świątynia, która wskutek podziałów znalazła się praktycznie wewnątrz Zielonej Linii. Sprawia to, że kościół z trzech stron otoczony jest zasiekami, a znajdując się w jego wnętrzu balansujemy na granicy dwóch Cyprów. Ale tutaj to nieistotne. Podchodząc do drzwi mam wrażenie, że słyszę… język polski. Po chwili upewniam się, że z wnętrza dociera do mnie najprawdziwszy Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Wstępuję, by wysłuchać końcówki polskiej mszy. Oprócz jednej turystki z Azji wszyscy wierni okazują się być Polakami. I to niekoniecznie turystami.

Graniczny kościół przybiera biało-czerwone barwy o 16 w każdą pierwszą sobotę miesiąca. Mam nie tylko wyjątkowe szczęście do godziny, ale też terminu, bo dzisiaj msza połączona ma być z Narodowym Czytaniem. I wspomnieniem zmarłej działaczki polonijnej, więc po zakończeniu uroczystości w kościele postanawiam wycofać się ze sfery sacrum. Turystycznego obowiązku wypada dopełnić jeszcze w Minibrowarze „Pivo”. Brzmi znajomo?

Tym razem to nie greka wpłynęła na języki słowiańskie, ale języki słowiańskie na grekę! Twórcy browaru inspirowali się, a jakże, Czechami. Jeden z nich skończył nawet Uniwersytet Chemiczno-Technologiczny w Pradze, gdzie poznał tajniki wytwarzania piwa. Nikozyjska historia zaczęła się cztery lata temu, a dzisiaj Pivo jest jednym z najpopularniejszych lokali w mieście. I jednym z wielu położonych przy samej granicy. Kawałek dalej, po tureckiej stronie, alkohol przelewa się dokładnie w ten sam sposób. Jedyną przeszkodą są mury – ale przecież one kiedyś upadną.

Na dworzec autobusowy wracam wieczorem. Mijam jeszcze więcej starszych Cypryjczyków raczących się tanimi piwem na schodach pod Placem Solomosa. Muszę przejść ostatnie wyzwanie, bo jak to często na Cyprze bywa, organizacja transportu jest dobra, ale trzeba dać miejscowym chwilę czasu. Tym razem podstawili dwa autobusy do Larnaki, sami do końca nie wiedząc który jest w użyciu. Szybka zmiana, kółeczko wokół dworca i ruszamy. Opuszczam Nikozję, miasto historycznych murów i otwartej przyszłości.

Rzut oka na centrum greckiej Nikozji, która od kilkunastu lat stawia na rozwój urbanistyczny.
A to już wspomniane Samanbahçe, miejsce stanowiące swoistą oazę spokoju i estetyki w gąszczu ulic północy.
Nikozyjski mur od drugiej strony – a tuż przy nim możemy kupić rękodzieło albo napić się kawy.
Co trzy flagi to nie jedna – nie ma wątpliwości kto tu rządzi!
Plenerowa część wystawy Muzeum Wojskowego – jedyna, którą udało mi się odwiedzić.
Po północnej stronie muru bez problemu zaopatrzymy się w koszulki Gucci i Barcelony.
Gmach Muzeum Bizantyjskiego jest częścią kompleksu przy Pałacu Arcybiskupa.
Wchodząc na północny rynek warto mieć ze sobą liry tureckie – ceny bywają korzystniejsze niż w euro.

Dodaj komentarz