Niepokorne skarby UNESCO. Moje słowackie szlaki #4

Wjazd na Słowację od strony Zakopanego jest zarazem najbardziej malowniczy i najbardziej denerwujący. Zanim mieliśmy okazję zachwycić się krajobrazami Podhala, zdążyliśmy kilka razy odczuć na własnej skórze legendę Zakopianki. I to pomimo łaskawości losu, który po prostu wepchnął nas w kilka objazdów i niewielkich kolejek. W końcu jednak naszym oczom ukazał się legendarny widok złożony z majestatycznych gór i niekończących się billboardów reklamujących termy, hotele, wycieczki konne i wszystko inne, co tylko można sprzedać ceprom. Nie mieliśmy jednak w planach zostawiać pieniędzy na Krupówkach – nasza droga prowadziła wprost ku polsko-słowackiej granicy położonej między Jurgowem a Podspadami. Tym razem zamierzaliśmy spędzić na Słowacji więcej niż jeden dzień i rzucić wyzwanie atrakcjom jej wschodnich zakątków.

Waleczni kurucowie i szwedzcy marynarze

Kawałek za granicą przywitały nas zabudowania Żdiaru, wioski słynącej z potężnej wieży widokowej oferującej „widok premium” na polskie i słowackie Tatry. Pozwoliliśmy sobie ominąć tę atrakcję, bo terminarz mieliśmy dość napięty, a ja wolę oglądać góry ze szczytów innych gór. Minąwszy kilka romskich osiedli, których mieszkańcy handlowali przy ulicy dorodnymi grzybami, powoli dotarliśmy do Kieżmarku, naszego pierwszego przystanku na słowackim Spiszu. Zaparkowaliśmy pod ulokowanym na skraju kieżmarskiej starówki zamkiem. Jest to „mało słowacka” twierdza, bo podobnie jak jej daleka krewna z Bańskiej Bystrzycy stanowi część miejskich fortyfikacji. Ma to niewątpliwie swoje plusy – przynajmniej odpada problem górskiej wspinaczki.  

Historia kieżmarskiego zamku sięga XV wieku, a jego budowniczymi i pierwszymi właścicielami byli Zápolyowie, potężny węgierski ród szlachecki, który nam może kojarzyć się głównie z Barbarą Zápolyą, żoną króla Zygmunta Starego. Po wygaśnięciu rodziny Zápolya zamek przeszedł w ręce Łaskich, wśród których wyróżniającą się postacią była niejaka Beata z Kościeleckich. Wystawa historyczna na zamkowym dziedzińcu podpowiada, że Beata Łaska była pionierką turystyki tatrzańskiej i pierwszą kobietą, która wyruszyła na wycieczkę w Wysokie Tatry. Jej życie było niestety złożone nie tylko ze wzlotów, ale również z upadków – nazwisko Łaska odziedziczyła po drugim mężu, Olbrachcie Łaskim, za którego wyszła jako wdowa w wieku 39 lat. Olbracht był od niej 21 lat młodszy, a ślub zawarł głównie w celu zagarnięcia pokaźnego majątku wdowy. Po zdobyciu odpowiednich podpisów uwięził małżonkę, która ostatnie 11 lat życia spędziła w zamkowej celi.

Pod koniec XVI wieku zamek przeszedł w ręce Thökölych. Warto zapamiętać to nazwisko, jeśli wybieracie się do Kieżmarku. Rządy tego węgierskiego rodu szlacheckiego były burzliwym okresem w dziejach miasta i zostały zapamiętane jako nieustanne przeciąganie liny między ambicjami Thökölych a racjami miejskiego samorządu. Właściciele zamku wojowali zresztą z przeciwnikami znacznie potężniejszymi niż spiskie miasto. Najwybitniejszym przedstawicielem rodu był Emeryk (znany też pod węgierskim imieniem Imre), który stanął na czele drugiego powstania antyhabsburskiego na Węgrzech. Warto w tym miejscu wtrącić, że przez wieki Słowacja była określana mianem Górnych Węgier i podlegała Koronie św. Stefana.

Legendy głoszą, że po upadku powstania Emeryka w podziemiach zamku ukryte zostały skarby rodu Thökölych, których strzec ma Czarna Dama (jakże oryginalnie!). O ile jednak nikt nie znalazł rzekomych kosztowności, o tyle każdy może odwiedzić zamkową kolekcję zabytkowych samochodów, która jest ciekawą alternatywą dla osób nie piszących się na zwiedzanie komnat.

Odłóżmy jednak na chwilę historię i wróćmy do mojej wizyty w Kieżmarku. Prosto z zamku udaliśmy się na starówkę. Po kieżmarskim rynku spaceruje się bardzo przyjemnie, szczególnie jeśli poświęcimy przy tym chwilę na refleksję o dziejach miasta. Przez lata lokalne ulice stanowiły bowiem tygiel narodowościowo-religijny. Mieszkali tutaj Słowacy, Węgrzy, Rusini, Polacy, Żydzi i Niemcy. Szczególnie istotni byli ci ostatni. Od średniowiecza mniejszość niemiecka napędzała lokalne rzemiosło, a w niektórych okresach stanowiła nawet 1/3 mieszkańców miasta. Po II wojnie światowej Niemców ze Spiszu spotkał los podobny do ich pobratymców z Sudetów – zostali wygnani przez władze Czechosłowacji. W spadku pozostawili wiele zabytków i historii, a także nazwę miasta. „Kieżmark” to bowiem tyle co niemiecki „Käsemarkt”, czyli targ serowy.

To nie jest może najpiękniejsze zdjęcie rynku w Kieżmarku, jakie udało mi się zrobić, ale uwielbiam efekt utworzony przez chmury.

Kawałek za rynkiem znaleźliśmy najpiękniejszą perełkę Kieżmarku. A raczej dwie perełki. Podeszliśmy tam na spokojnie, trochę bez przekonania, bo nie jestem miłośnikiem turystyki sakralnej. Tymczasem Kieżmark słynie właśnie z kościołów.

A konkretnie tych dwóch kościołów – artykularnego (na pierwszym planie) i nowego ewangelickiego (w tle). Oba mają za sobą niezwykłą historię, która wciągnęła nawet mnie, turystę wybitnie opornego wobec sfery sacrum.

Dwa lata przed odsieczą wiedeńską, gdy na Węgrzech szalało znane nam już powstanie Thökölyego, cesarz Leopold I Habsburg ogłosił porozumienie soprońskie, na mocy którego węgierscy ewangelicy otrzymali prawo do budowy kościołów. Oczywiście pod pewnymi warunkami. Na mocy wydanego kodeksu zaczęły powstawać tzw. kościoły artykularne, które swoją nazwę wzięły od artykułu 25 owego prawa. Stanowił on, że luteranie jak najbardziej mogą stawiać nowe świątynie, o ile zbudują je w ciągu roku, poza granicami miast, bez wież i bez wykorzystania kamienia i żelaza. Poszło im całkiem nieźle. Do dzisiaj przetrwało 5 z 38 kościołów artykularnych, a za ich symbol uchodzi ten kieżmarski.

W budowie kieżmarskiego kościoła artykularnego mieli pomagać szwedzcy marynarze. Stąd okrągłe, przypominające bulaje, okna świątyni. Kościół powstał w roku 1717 i do dzisiaj jest perełką tzw. ludowego baroku.

Tuż obok kościoła artykularnego znajduje się druga fascynująca świątynia – nowy kościół ewangelicki, zbudowany pod koniec XIX wieku, który swoją formą przypomina meczet. Nie jest to przypadek, bo zrealizowany w Kieżmarku projekt był początkowo przygotowywany dla jednego z krajów muzułmańskich. Najważniejszym miejscem w kościele jest mauzoleum Emeryka Thökölyego, którego ciało zostało sprowadzone do Kieżmarku z Turcji nieco ponad 100 lat temu. Pozwolę sobie w tym miejscu dokończyć jego historię. Emeryk stanął na czele trwającego w latach 1672-85 powstania antyhabsburskiego, zwanego też powstaniem kuruców, od określenia uzbrojonych chłopów węgierskich. Sukcesu nie odniósł, ale początkowo buntownikom udało się zająć spory kawałek słowackiej ziemi. Przez 7 lat Thököly rządził swoim państwem z Koszyc, a do upadku doprowadziło go dopiero opowiedzenie się po stronie Turków na krótko przed słynną bitwą o Wiedeń. Jak łatwo się domyślić, węgierscy powstańcy znaleźli się wówczas wśród wrogów Rzeczypospolitej.

Ostatecznie Emeryka pojmali sami Osmanowie, którzy oskarżyli go o defetystyczną postawę pod Wiedniem i planowali wykorzystać jako kartę przetargową w negocjacjach z Habsburgami. Bez popularnego przywódcy powstanie zaczęło wygasać, a wiedeńscy władcy zdołali nawet poszerzyć swoją władzę na terenami dzisiejszej Słowacji.

Mauzoleum Emeryka jest dzisiaj niezwykle ważnym miejscem dla Węgrów, którzy składają liczne wieńce u grobu jednego ze swoich bohaterów narodowych.

Mistrz Paweł z lotu ptaka  

Koniec krótkiej, ale intensywnej wizyty w Kieżmarku oznaczał dla nas rozbrat z Tatrami. Wybraliśmy jedną z bocznych dróg i ruszyliśmy w stronę Lewoczy, kolejnego miasta wyjętego wprost z katalogu UNESCO. Przygodę z Lewoczą zaczęliśmy od samej góry, testując możliwości Toyoty na krętej drodze prowadzącej do Sanktuarium Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Górująca nad miastem świątynia przeżywała swoje złote chwile podczas pielgrzymki papieża w roku 1995, kiedy na opadających ku starówce łąkach zebrało się podobno ponad 600 tys. pielgrzymów. Mnie bardziej interesował jednak widok na miasto, rozciągający się spod kościoła.

Właściwe zwiedzanie Lewoczy zaczęliśmy po obiedzie, na który zatrzymaliśmy się w stylowej restauracji Kupecká Bašta umieszczonej, a jakże, w jednej z baszt stanowiących integralną część średniowiecznych murów miejskich. Ruszyliśmy spod Bramy Koszyckiej, a senna uliczka skąpana we wrześniowym słońcu doprowadziła nas na centralny plac starówki wpisanej na listę UNESCO. Nie dziwię się tej decyzji, bo w Lewoczy faktycznie jest co podziwiać. Najpierw podeszliśmy pod renesansowy pałac Thurzonów, potężnej rodziny zajmującej się handlem metalami w XV-wiecznej Europie. Kawałek dalej znaleźliśmy Dom Mistrza Pawła, w którym obecnie mieści się oddział Muzeum Spiskiego. Mistrza Pawła z Lewoczy można nazwać sprawcą całego lokalnego zamieszania – to jego dzieła, pochodzące z przełomu XV i XVI wieku, stanowią dzisiaj o unikalności miasta. Paweł prawdopodobnie był uczniem albo współpracownikiem dobrze znanego nam Wita Stwosza. I podobnie jak Stwosz, jest najbardziej znany z ołtarza, znajdującego się w lewockiej Bazylice św. Jakuba. To najwyższy gotycki ołtarz na świecie i ukoronowanie wieloletniej pracy człowieka, o którym paradoksalnie wiadomo bardzo niewiele.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, która z lewockich bram to Brama Koszycka, to współczesne znaki przychodzą z pomocą.
Ozdobiony sgrafittem pałac Thurzonów to moim zdaniem najciekawsza budowla przy lewockiej starówce.
Dom Mistrza Pawła, w którym znajduje się dzisiaj muzeum opowiadające o życiu… zgadliście, Mistrza Pawła. To postać dość enigmatyczna, która na kilka wieków znikła nawet z kart historii i ludzkiej świadomości.

Po krótkim spacerze wzdłuż ozdabiających rynek kamienic weszliśmy na wieżę wspomnianej bazyliki, z której co prawda rozciąga się przepiękny widok na miasto i okolicę, ale ograniczają go rozwieszone ze wszystkich stron siatki. Nieco rozczarowani tym częstym problemem punktów widokowych udaliśmy się na kolejny spacer po starówce, tym razem wychodząc poza rynek i trafiając na kameralne uliczki prowadzące do Bramy Polskiej, baszty umieszczonej na dawnym szlaku prowadzącym do naszego kraju. Sąsiadująca z basztą część starego miasta ma bardzo ciekawy klimat – mieszka tam sporo Romów, a życie wydaje się toczyć na ulicach rozdzielających rzędy wąskich domków. To spory kontrast z nieodległym rynkiem pełnym strzelistych budowli i renesansowych kamienic. Po obowiązkowym odwiedzeniu Bramy Polskiej niespiesznie wróciliśmy do auta, wspinając się w stronę murów, z których wcale nie tak łatwo wydostać się na zewnątrz. Ale przecież tak mają działać mury.

Mój ulubiony kadr z Lewoczy, czyli komunistyczny obelisk zgrabnie wkomponowany pomiędzy miejski ratusz (po lewej) i Bazylikę św. Jakuba (po prawej).
Zabytkowy Ratusz Miejski w pełnej okazałości.
Widok z wieży kościelnej jest niestety nieco okrojony.
A to już wspomniana Baszta Polska.
I spokojne uliczki Lewoczy.
Mury sforsowane – można ruszać dalej.

Słowackie zamki, rozdział 3: Zamek Spiski

Po wyjeździe z Lewoczy nie mieliśmy innego wyjścia niż skierować się do symbolicznego (i przez lata faktycznego) serca Spiszu. Kwestią czasu było pojawienie się na horyzoncie majestatycznej bryły Zamku Spiskiego. Górujące nad okolicą ruiny widać z wielu kilometrów, co tylko wzmaga niecierpliwość i zainteresowanie turystów. Nie będę może jakoś bardzo rozwodził się nad historią i teraźniejszością zamku, bo jeśli zdecydujecie się tam pojechać, to dowiecie się wszystkiego na własną rękę. Nie czuję też potrzeby promowania tego miejsca, bo niewątpliwie należy ono do ścisłej czołówki słowackich atrakcji. Można wręcz powiedzieć, ze Zamek Spiski jaki jest – każdy widzi. Od siebie mogę tylko dodać, że potężna średniowieczna twierdza nie rozczarowuje przy bliższym spotkaniu. Można ją zwiedzać z przewodnikiem albo… telefonem, bo zamek ma swoją własną aplikację, która oprowadza turystów w ich własnym tempie. Co więcej, można nawet oszukać system i zwiedzić Zamek Spiski wcale na nim nie będąc!

Widok na twierdzę z samego końca dolnego zamku.
Wchodząc na górny zamek warto patrzeć pod nogi, bo łatwo poślizgnąć się na kamieniach.
Z murów Zamku Spiskiego rozciąga się piękny widok na okoliczne wzgórza.
I okoliczne miasta – w tym Spiskie Podgrodzie.

U stóp zamku rozciąga się historyczne miasteczko Spiskie Podgrodzie, które jest kolejna częścią spiskiego wpisu na listę dziedzictwa UNESCO. Nie będę ukrywał, że pojechałem tam głownie w poszukiwaniu ciekawych ujęć zamku, który można podziwiać m.in. ze Spiskiej Kapituły, czyli lokalnego Watykanu. To kolejne ważne dla Słowaków miejsce kultu i kolejna świątynia, w której swego czasu gościł Jan Paweł II. Spod umieszczonej na wzgórzu kapituły zjechaliśmy do historycznego centrum miasteczka, którego znakiem rozpoznawczym są rzędy czerwonych dachów wieńczących piętrowe kamieniczki. Krótko mówiąc, jest tam po prostu ładnie.

Spiska Kapituła to siedziba biskupów i jeden z najważniejszych zabytków słowackiej architektury sakralnej.
Widok na zamek spod Kapituły.
I widok na zamek z centrum Spiskiego Podgrodzia.

Kontrowersyjne haluszki, czyli wieczór w Preszowie

Zachód Słońca zastał nas gdzieś w połowie drogi między Spiskim Podgrodziem a Preszowem, trzecim co do wielkości miastem Słowacji. Od początku planowaliśmy zatrzymać się tam na kolację połączoną z krótkim zwiedzaniem i bardzo zaskoczyło nas to, że późnym wieczorem trafiliśmy na otwartą wieżę preszowskiej kontrkatedry. Sytuacja była zresztą bardzo nieoczywista, bo symboliczną opłatę za wejście zbierały dwie nastolatki, które nie sprawiały wrażenia oficjalnych bileterek. Koniec końców opłacało się jednak im zaufać, bo bileterkami jak najbardziej były, a moja podejrzliwość zamieniła się w lekką zazdrość, bo chętnie dorabiałbym tak w weekendy jako szesnastolatek…

Widok na preszowską starówkę z wieży kontrkatedry.

Po zwiedzeniu Kieżmarku i Lewoczy miałem swoiste déjà vu spacerując po Preszowie. Ot, najmocniejszym punktem miasta jest starówka, na której łączą się przeróżne style i epoki, a w całej tej architektonicznej otoczce kryją się muzea, sklepy i restauracje. W jednej z nich zjadłem najdziwniejsze haluszki w życiu. To była jakaś lokalna odmiana, która najprawdopodobniej różni się od innych rodzajów wyższym stopniem twardości i suchości. Ciekawe doznanie kulinarne, ale raczej w stylu kultowego „dobre, ale więcej nie rób”.  

Pałac Rakoczych nieśmiało wychylający się zza kontrkatedry w jednym z najładniejszych zakątków starówki.
Barok, gotyk, renesans? Jasne, chętnie, ale sierp i młot musi być!
I jeszcze rzut oka na architekturę.

Swoje trzy grosze do kształtu preszowskiego rynku wtrącili również komuniści, którzy postawili na rynku obelisk ku czci Armii Czerwonej. Jeśli odwiedzicie Preszów za dnia, warto wybrać się do Muzeum Regionalnego w renesansowym Pałacu Rakoczych. Niemniej jednak widzę to miasto raczej jako przystanek niż cel podróży i stawiam je na równi z Żyliną. Bez strat, ale też bez zachwytów.

Ulica Florianova, przy której znajduje się wiele knajp i kawiarni.
A to już ortodoksyjna synagoga, jedyna z nielicznych słowackich synagog, które do dzisiaj pełnią swoja funkcję.

Słowackie zamki, rozdział 4: moja największa słowacka porażka

Kawałek za Preszowem znajduje się miejsce, które wygrało w rankingu na moją największa podróżniczą wtopę 2020 roku. Chodzi o zamek w Kapušanach, którego podświetloną bryłę dojrzałem już z wieży preszowskiej kontrkatedry. Pomimo późnej godziny (dochodziła 22) zdecydowaliśmy się podjechać pod zamek i zaatakować go najkrótszym szlakiem. Szybko okazało się, że najkrótszy szlak jest niebywale stromy. Wyobraźcie sobie, że mając tylko latarkę, wspinacie się nocą po leśnej ścieżce, z której praktycznie ześlizgujecie się do tyłu. Cóż, mój kolega miał więcej oleju w głowie i w pewnym momencie zarządził wycofanie się. Schodząc na dół cały czas miałem wrażenie, że coś oprócz nas żyje w tych krzakach… I pewnie żyło, w ptasiej albo innej niegroźnej formie. Najlepsze miało jednak dopiero nastąpić – otóż po powrocie na parking okazało się, że pięknie oświetlony zamek zgasł. Uff, ależ to by była akcja, gdybyśmy wbrew wszelkiej logice wdrapali się na zamek, który okazałby się ciemną ruiną.

Tam chciałem wejść.

Swoją drogą, okolice Preszowa to raj dla miłośników zamków. Najważniejszym z nich jest Zamek Szaryski (Szarysz to nazwa regionu, którego stolicą jest Preszów), który może kojarzyć się przede wszystkim z prowadzonym niegdyś przez lokalnych mnichów browarem. Dzisiaj do jego tradycji nawiązuje m.in. marka Smädný mnich.

Dodaj komentarz