Nie tylko Stary Most. Cztery spojrzenia na Mostar

„Cztery spojrzenia na” to seria tekstów, w których przypominam sobie i opisuję wrażenia z miejsc, które odwiedziłem jakiś czas temu. To moje blogowe lekarstwo na uziemienie spowodowane przez pandemię. Pisząc teksty będę starał się przeżyć najciekawsze wyjazdy jeszcze raz i, pomimo upływu lat, włożyć w nie osobisty pierwiastek. Nie będą to jednak relacje pisane „na gorąco” – część informacji mogła się zatem zdezaktualizować. Mostar odwiedziłem w lipcu 2018 roku.

Kiedy dwa lata temu pierwszy raz odwiedziłem Bośnię, rolę regionu wprowadzającego mnie w klimat kraju odegrała Hercegowina. To całkiem standardowy wybór, bo położone na południu Mostar i Trebinje to popularne cele krótkich wypadów turystycznych organizowanych z adriatyckiego wybrzeża. Mając to na uwadze zacznę tekst od powodu, dla którego Mostar jest wielkim turystycznym hitem, ale później opowiem Wam kilka historii, które sprawiają, że nie powinniśmy myśleć o nim tylko w tej kategorii. Mam wrażenie, że wyszedł z tego naprawdę długi artykuł, więc pozwolę sobie nie przedłużać wstępu. 😉

Skok do historii

Tłum turystów powoli przelewa się wzdłuż grupy lokalnych śmiałków zbierających pieniądze. Młodzi mężczyźni wychylają się na skraju metalowej balustrady, jakby chcieli zaoferować gapiom zwiastun swojej odwagi i zachęcić ich do wrzucania marek. Z czasem któryś z nich rzuci się z mostu i po 25 metrach lotu wpadnie w chłodną toń Neretwy. Kaskaderskie popisy mogą być oglądane z wielu perspektyw i powtarzane z kilku niższych skoczni ulokowanych nieopodal wspomnianego mostu. Czyli Starego Mostu, bo znajdujemy się oczywiście w historycznym sercu Mostaru. Jego historia sięga XVI wieku, a pomysłodawcą budowy był słynny osmański sułtan Sulejman Wspaniały. Przez lata imponująca konstrukcja łączyła nie tylko brzegi, ale również społeczeństwa i kultury. Dzisiaj znajduje się na liście UNESCO i tysiącu przewodnikowych fotografii, chociaż żadna z nich nie może opowiedzieć jego burzliwej historii.

O tym jak stary jest tak naprawdę Stary Most będę jeszcze miał okazję wspomnieć. Budowla, od której miasto wzięło swoją nazwę, jest dzisiaj oblegana ze wszystkich stron i otoczona mnóstwem klimatycznych barów i kawiarni.

Ostatecznie nie udaje mi się zobaczyć szumnie zapowiadanego skoku. Nie tyle jestem niecierpliwy, co po prostu nie lubię turystycznego ścisku. Ustępuję miejsca kolejnym ciekawskim i po kilku krokach zagłębiam się w Kujundžiluk, historyczną ulicę-targ, przy której znajduje się dzisiaj mnóstwo knajp, sklepików i muzeów. Na cały ten harmider spoglądają minarety pobliskich meczetów. Przemierzam mostarską starówkę w poszukiwaniu zachwytów i ciekawostek. W końcu udaje mi się znaleźć sklep z pamiątkami sprzedający magnesy z marszałkiem Tito. Mogę uzupełnić moją podróżniczą lodówkę, z której codziennie wzywa mnie Matka Ojczyzna kupiona za parę rubli na Białorusi. Jeszcze trochę i zbiorę całą plejadę rewolucjonistów zaklętych w przyklejane miniaturki. Uboższy o kilka marek i bogatszy o Titę w kieszeni podążam wąskimi uliczkami, na których panuje prosta zasada – im dalej od Starego Mostu, tym luźniej.

Miłośnicy historii mogą wybrać się w Mostarze do kilku przeróżnych muzeów. Ja wybieram Muzeum Wojny i Ofiar Ludobójstwa położone vis-a-vis słynnego meczetu o trudnej do odmienienia w polskiej wersji nazwie Karađozbegova džamija. Nie zawodzę się – wystawa jest pełna wartościowych informacji o realiach wojny i jej następstwach. Narracja wydaje mi się całkiem obiektywna, ale muszę zaznaczyć, że w kwestii złożoności historii Bałkanów jestem zupełnym laikiem. Niemniej w sali prezentującej sylwetki dowódców skazanych za zbrodnie wojenne znajduję przedstawicieli wszystkich narodowości i opcji politycznych. To naprawdę ważny akcent w regionie, który wciąż toczy walki w sferze politycznej symboliki.

Wspólne niebo

Nie bez przyczyny uciekłem z orientalnej mostarskiej starówki do wojennego muzeum. Gdzieś na jego wysokości wypada bowiem zmienić tryb zwiedzania miasta. W tym celu odbijam na ulicę Marszałka Tity, najszerszą, choć wciąż niezwykle klimatyczną ulicę starego Mostaru. Po chwili docieram pod tajemniczą bryłę opuszczonego Centrum Handlowego Razvitak, która stanowi swoistą bramę do alternatywnego zwiedzania stolicy Hercegowiny (jakimś cudem nie mam tego budynku na zdjęciu). Odtąd moimi drogowskazami będą nie meczety i muzea, a zniszczone zabytki jugosłowiańskiej architektury i smutne pamiątki po niedawnej wojnie. Skręcam w ulicę Mostarskiego Batalionu i ponownie przekraczam Neretwę, tym razem obok zrujnowanej bryły pięknego niegdyś hotelu noszącego imię przepływającej przez Mostar rzeki (już po mojej wizycie rozpoczęła się odbudowa Hotelu Neretwa, który wkrótce powinien zostać oddany do użytku). Gdzieś w pobliżu spotykam się z kolegami, którzy odpuścili wejście do muzeum. Resztę dnia spędzimy już razem.

Na drugim brzegu magia ustępuje codzienności, ale doznania turysty potęgują się i mieszają na Placu Hiszpańskim, stanowiącym jedno z centrów miasta. Plac stanowi mozaikę pięknie odnowionych fasad i budynków, które po wojnie zostawiono w stanie (nie)naruszonym. Przechodząc przez pasy wciąż stąpa się tam po dziurach wyżłobionych przez kule. Jedno z podziurawionych przejść prowadzi mnie wprost pod Wieżę Snajperów, ośmiopiętrowy budynek banku, który podczas wojny był ulubioną lokacją strzelców czyhających na życie mieszkańców Mostaru. Dzisiaj Wieża Snajperów jest ogrodzonym szkieletem, do którego można dostać się jedynie skacząc przez płot. Osobiście nie skakałem, bo moja sprawność fizyczna jest co najwyżej przeciętna, ale miałem okazję obejrzeć część street-artowego manifestu. Bo najważniejszym elementem Wieży są właśnie hasła i myśli wypisane na jej gołych murach.

A skoro już o ruinach i snajperach mowa, to wypada mi dodać kilka słów o wojennych losach Mostaru. Miasto ucierpiało w latach 1992-94 podczas wojny chorwacko-bośniackiej, zwanej czasem „wojną w wojnie” toczoną podczas zmagań w Bośni i Hercegowinie. To nie czas i miejsce by wchodzić w szczegóły konfliktu (bardziej rzetelna ode mnie będzie dostępna w Internecie literatura), ale należy wspomnieć, że naprzeciw siebie stanęły wówczas siły Chorwackiej Republiki Herceg-Bośni, Republiki Bośni i Hercegowiny oraz Republiki Serbskiej. Dwie pierwsze strony najpierw walczyły ramię w ramię, by po roku zacząć do siebie strzelać w ramach chaotycznego wojennego trójkąta. Jak widzicie niekoniecznie jest to temat na bloga podróżniczego, ale musiałem o tym napisać by podzielić się z Wami ważnym faktem – otóż 25 lat temu Mostar był ruiną. Niektórzy określali go nawet najbardziej zniszczonym miastem Bośni i Hercegowiny, a patrząc na stan Sarajewa po czteroletnim oblężeniu był to spory „wyczyn”. Podczas bombardowań Mostaru niszczono kościoły, meczety i archiwa. Runęły wszystkie mosty spajające brzegi Neretwy, na czele ze Starym Mostem, wysadzonym w roku 1993 przez Chorwatów. Tak, opisana przeze mnie na początku tekstu perełka w praktyce jest kilkunastoletnią rekonstrukcją. Bardzo udaną rekonstrukcją. Warto o tym pamiętać, zachwycając się dzisiaj pięknem odbudowanej starówki.

Chowające się za piękną fasadą mostarskie liceum przy Placu Hiszpańskim to jeden z najważniejszych symboli trudów powojennej integracji. Była to pierwsza placówka, w której otworzono zarówno klasy chorwackie jak i boszniackie (cała reszta edukacji jest silnie podzielona), ale lokalni eksperci wskazują na fiasko tego pilotażowego programu. W jednym z przeczytanych przeze mnie artykułów można znaleźć stwierdzenie, że jedynym miejscem w szkole, do którego uczniowie tak naprawdę chodzą bez względu na podziały etniczne, są toalety.

Hercegowińskie horyzonty

Im dalej od Neretwy, tym bardziej Mostar staje się klasycznym miastem, które można by stworzyć na zasadzie kopiuj-wklej z serbskich czy chorwackich odpowiedników. Wykorzystam tę część opowieści, by przybliżyć nieco bardziej historię stolicy Hercegowiny. Nieformalnej stolicy, bo coś takiego jak „Hercegowina” nie zostało w zasadzie nigdy wpisane w określone granice. Może być to zresztą zwodne, bo słysząc o tym, że Bośnia i Hercegowina jest federacją, łatwo pomyśleć że częściami tej federacji są właśnie Bośnia i Hercegowina. Nic bardziej mylnego – administracyjnie kraj składa się z Federacji Bośni i Hercegowiny, Republiki Serbskiej i wspólnego, malutkiego Dystryktu Brczko. Żeby było ciekawiej, sama Hercegowina jest podzielona pomiędzy Federację a Republikę. Czym zatem jest Hercegowina?

Chociaż Hercegowina kojarzy się dzisiaj z Bośnią, to historyczny region obejmuje również część ziem współczesnej Czarnogóry, Bośni i Hercegowiny oraz Serbii. Mowa o tak zwanej Starej Hercegowinie, której najsłynniejszym miastem jest adriatycki kurort Herceg-Novi. Nazwa regionu oznacza dosłownie „księstwo” i została utrwalona podczas tureckiego panowania. Przez wieki mieszały się tu kultury i religie, co nieraz prowadziło do powstańczych zrywów i wojen. Ostatecznie kraina została związana z Bośnią, z którą współtworzyła jugosłowiańską republikę Bośni i Hercegowiny. Po II wojnie światowej w Mostarze żyli głownie Chorwaci i Boszniacy, a lokalna społeczność zmieniła się w dwa wrogie obozy dopiero podczas toczonej w latach 1992-94 wojny.

Dwa brzegi urokliwej rzeki stanowią od lat dwa praktycznie wrogie obozy. Miasto, które kiedyś widziało dziesiątki mieszanych wesel i żyło bez względu na rytm wytyczany przez Neretwę jest dzisiaj okopane na powojennych pozycjach. Na szczęście, jak w każdej takiej sytuacji, wysiłki polityków i aktywistów mogą stanowić światełko w tunelu.

Niedawna wojna wybudowała niewidzialny mur pomiędzy chorwacką i boszniacką częścią Mostaru. Granicę wytycza Neretwa (dlatego tak ważne i symboliczne było zburzenie Starego Mostu). Wschód miasta ze starówką jest zamieszkiwany przez Boszniaków, natomiast zachód to ziemie Chorwatów. Chociaż formalnie nie ma żadnych ograniczeń w przemieszczaniu się, to wciąż można znaleźć osoby, które na drugi brzeg po prostu nie przechodzą. Osobne są szkoły, usługi pocztowe i uniwersytety. Nietrudno się domyślić, że ten 25 letni stan dezintegracji nie sprzyja rozwojowi miasta i regionu. A wszystko to tkwi głęboko w społeczeństwie, bo na pierwszy rzut oka turyści nie są w stanie zobaczyć opisywanego podziału.

Jeszcze jeden rzut oka na Wieżę Snajperów.

Wróćmy jednak do lipcowego Mostaru, bo właśnie mijamy siedzibę chorwackojęzycznego uniwersytetu i trafiamy prosto pod Stadion pod Bijelim Brijegom. W przypominającym bunkier murze stadionu odnajdujemy okienko kasy biletowej i kupujemy trzy wejściówki na wieczorny mecz Ligi Europy. W roli gospodarzy wystąpią piłkarze HSK Zrinjski Mostar, jednego z najbardziej chorwackich klubów na świecie, ale występującego oczywiście w lidze bośniackiej. I to występującego nie byle jak, bo Szlachcice (taki przydomek noszą kibice klubu) kilka miesięcy wcześniej zapewnili sobie kolejne mistrzostwo kraju, chociaż tuż przed naszą wizytą zdążyli z hukiem wylecieć z prestiżowych rozgrywek Ligi Mistrzów. Upewniamy się jeszcze, czy nasz sektor nie jest przypadkiem gdzieś w okolicy lokalnych ultrasów, ale pani w kasie szybko zapewnia nas, że to zupełnie inna trybuna. Uff, można lecieć dalej. Kierujemy się na południe, łapiąc cień na ulicy położonej między stadionem a uniwersytetem. Po drodze jeden z moich kolegów wpada do jednej z wielu kladionic, czyli uwielbianych na Bałkanach agencji bukmacherskich. Stawia 20 marek na zwycięstwo Zrinjskiego. Rywalem będzie maltańska Valletta – mecz zapowiada się na formalność, a zakład wygląda na, jak to mawiają, pewniaczek.

Spacer kończymy na rozległym Cmentarzu Partyzantów, który w swojej formie jest bardziej pomnikiem niż nekropolią. To chyba nieoczywiste miejsce, bo prowadząca do niego ścieżka jest zarośnięta i wygląda na zapomnianą. Niezrozumiały symbol degradacji miejsca, które jest architektoniczną perełką, otwieraną swego czasu przez samego Josipa Broz Tito. Mam wręcz wrażenie, że czegoś w tej historii brakuje, ale niektóre znalezione informacje i smutna logika wskazują na to, że problem z cmentarzem mają przede wszystkim chorwaccy nacjonaliści. Odkładając na bok politykę i „nieciekawych bywalców”, przez którymi przestrzegają internetowi komentatorzy, warto po prostu zachwycić się widokiem na cmentarz i widokiem z cmentarza. Tak właśnie robimy, siadając na szczycie pomnika i spoglądając na najpiękniejszą ze znanych mi panoram Mostaru. Po dłużej chwili postanawiamy wracać do centrum – w pewnym sensie dotarliśmy na skraj miasta, a w cieniu minaretów czekają na nas kolejne przygody.

Za niezbyt reprezentacyjnym wejściem jest już znacznie lepiej – jugosłowiańska sztuka broni się sama.

Czerwonoarmiści i ustasze

Spacerując ulicami Mostaru nie sposób nie natknąć się na barwne murale wykonane przez ludzi podpisujących się jako Armia Czerwona. Pod tą zastanawiającą nazwą ukrywają się sympatycy jednej z dwóch lokalnych drużyn piłkarskich, Veležu Mostar. Rywalizacja między Veležem a Zrinjskim to jeden z najważniejszych kamyczków w hercegowińskiej mozaice społeczno-kulturowej. Przyjrzymy się jej zatem z bliska. Stanowiący dumę chorwackiej społeczności Zrinjski to najstarszy klub piłkarski założony na terenie Bośni, ale w latach 1945-92 drużyna nie istniała w związku z zakazem funkcjonowania klubów grających w lidze faszystowskiego Niepodległego Państwa Chorwackiego. Wtedy to rolę lokalnej potęgi przejął Velež, modelowy „klub dla wszystkich” łączący Boszniaków, Chorwatów i Serbów. Założona w 1922 roku drużyna od zawsze przyciągała lewicowych sympatyków, a jej fankluby działały w całej Jugosławii. Sportowo też radziła sobie nieźle – trzykrotnie zdobywała mistrzostwo połączonego kraju, a w swoim najlepszym sezonie dotarła do ćwierćfinału europejskiego Pucharu UEFA.

Sytuacja oczywiście zmieniła się w latach 90-tych. W roku 1992 miała miejsce reaktywacja Zrinjskiego, klubu który stał się oczkiem w głowie chorwackiej społeczności. Symbolem zmian było przejęcie przez klub Stadionu pod Bijelim Brijegom, zbudowanym dla Veležu w latach 50-tych. Obiekt znajduje się po chorwackiej stronie miasta i wydaje się, że został definitywnie stracony dla wszelkich wielokulturowych projektów. Podupadły sportowo Velež wyniósł się za miasto, a dwudziestoletnia historia współczesnej ligi bośniackiej to lata lokalnej dominacji drużyny występującej pod chorwacką szachownicą. W ramach ciekawostki dodam, że swego czasu w koszulce Zrinjskiego biegał Luka Modrić, późniejszy gwiazdor Realu Madryt i reprezentacji Chorwacji, a także zdobywca Złotej Piłki za rok, w którym byłem w Mostarze.

Wszystko w symbolice Zrinjskiego odnosi się do chowackich uczuć narodowych. Sama nazwa klubu została wzięta od Petara Zrinskiego, XVII-wiecznego magnata, który próbował obalić Habsburgów na fali społecznego niezadowolenia po warunkach jednego z autriacko-tureckich traktatów.

Pora raz jeszcze przenieść się z teoretycznych rozważań na ulice Mostaru. W jednym miejscu widzimy po prostu czerwoną gwiazdę rodem z symboliki oryginalnej Armii Czerwonej. Gdzie indziej z muralu stylizowanego na paczkę papierosów dowiadujemy się w trzech językach, że nacjonalizm zabija, a w jeszcze innym miejscu czerwonoarmiści deklarują, że nie zapomnieli o Srebrenicy. Wszystko to jest naprawdę ładne, starannie wykonane i niewątpliwie dodające kolorytu miejskiej tkance. Sztuki ulicznej proponowanej przez drugą stronę jest znacznie mniej. Gdzieniegdzie można co prawda spotkać hasła sprowadzające się do pewnego zawołania z domem w roli głównej i bazgroły z krzyżami celtyckimi czy swastykami, ale patrząc oczami wspominającego miłe czasy blogera spuszczę może zasłonę milczenia na poglądy ultrasów Zrinjskiego. Albo i nie? Cóż, chorwacki nacjonalizm jest z naszej perspektywy jednym z najbardziej obrzydliwych w słowiańskiej Europie – nie sposób zapomnieć, że drugowojenni ustasze szli pod rękę z Hitlerem.

Symbolika symboliką, ale należy pamiętać, że czerwone barwy i lewicowa narracja bywa w dużej mierze pustą tradycją kultywowaną przez kibiców Veleżu. Po dramatach lat 90-tych klub nie jest już międzykulturowy i otwarty, a jego ultrasi zaczęli się okopywać na pozycjach boszniackiego nacjonalizmu. Współczesna rywalizacja między mostarskimi klubami jest zatem bardziej walką między Chorwatami i Boszniakami w ogóle, niż między chorwackimi faszystami a boszniackimi komunistami. Niemniej jednak część czerwonoarmistów z pewnością zachowała bardziej otwarte poglądy.

Warto dodać, że lewicowe poglądy wśród ultrasów z Europy Wschodniej to rzadkość. A nawet więcej niż rzadkość. Kilka tygodni temu pisałem co prawda o lewicowych fanach słowackiego Trenczyna, ale liczba wszystkich tego typu ekip nie przekroczy 10. W Polsce na przykład nie mamy żadnej, chyba że liczyć jeden z półamatorskich klubów z Warszawy. Bośniacy mają aż dwa kluby, których kibice kręcą się po lewej stronie politycznej osi, bo podobne klimaty można znaleźć w Zenicy. Niemniej jednak symbolika Red Army Mostar, nawet jeśli nie idzie za nią faktyczna lektura pism Marksa i Engelsa, jest tym co wyróżnia stolicę Hercegowiny na tle setek innych miast wschodniej Europy.

Tak oto prezentuje się skrócona piłkarska historia (nie)piłkarskiego Mostaru. Poznajemy ten Mostar przy zachodzie Słońca, oglądając niezwykłe męki chorwacko-bośniackiej drużyny. Od zaśnięcia ratuje nas tylko kupon spokojnie czekający w kieszeni jednego z kolegów. Cierpliwość popłaca, gdy w ostatniej minucie Maltańczycy wyrównują stan gry na 1:1 po rzucie rożnym. Trybuny stadionu pod Bijelim Brijegom składają się z tysięcy wściekłych Chorwatów, kilku rozradowanych maltańskich delegatów oraz jednego wściekłego i dwóch triumfujących Polaków. Tak czy inaczej, nic więcej nie powstrzymuje nas przed wieczornym otworzeniem butelek.

Obiecane postscriptum, czyli historia pewnego plecaka

Kilka razy w różnych miejscach obiecałem opisać tę historię, więc niech wpadnie dzisiaj, bo to zdecydowanie najlepszy moment. Wrzucam ją jako dodatek do tytułowych „czterech spojrzeń”, bo chociaż opowieść ta związana jest bezpośrednio z Mostarem, to mogła przydarzyć się absolutnie wszędzie.

Przedostatni dzień wizyty w Mostarze. Zbliża się pora obiadu. Czekając na kąpiących się w Neretwie kolegów postanowiliśmy zagrać partyjkę w hostelowe szachy. Siadamy po turecku na poduszkach w klimatycznej recepcji i wykonujemy ruchy, które niekoniecznie wynikają z dogłębnej analizy dostępnych gambitów. Moje są tym razem znacznie gorsze i po kilkunastu minutach kolega kończy partię krótkim hasłem „szach mat”. Niemalże w tym samym momencie do hostelu wpadają nasi pływacy z alarmującym hasłem „panowie, jest afera”. W urywanej rozmowie dowiadujemy się, że poszli skakać do Neretwy z jednej z platform i ktoś zwinął im plecak, do którego jeden z naszych kierowców włożył portfel. Szach mat.

Po krótkim ustaleniu obowiązków wybiegamy z hostelu i postanawiamy przeszukać raz jeszcze okolicę Starego Mostu. Oczywiście niczego nie znajdujemy, bo plecak zdecydowanie nie został zgubiony. Korzystając z zapasowych kluczy do samochodu (oryginalne też były w plecaku) udaje nam się zabezpieczyć jeden z dwóch środków lokomocji. Wiedząc już, że plecak przepadł jak kamień w wodę, dzwonimy do ambasady i oganiamy wizytę na policji. Udaje nam się umówić wizytę w sprawie wyrobienia tymczasowego paszportu na następny poranek (oczywiście w Sarajewie), ale zabawa na bośniackiej policji to już zupełnie inna para kaloszy. Zgłoszenie da się przyjąć, ale jutro. Zaświadczenie o utracie dokumentów da się wystawić, ale wszystko kosztuje. Opłata na miejscu? Ależ skądże, przez pocztę jutro rano.

Nazajutrz ogarnęliśmy szybko przelew pocztowy i dostaliśmy policyjne zaświadczenie pozwalające na swobodne podróżowanie po kraju pomimo braku dowodu rejestracyjnego i innych dokumentów. Prosto spod komendy ruszyliśmy w drogę do Sarajewa, gdzie czekała na nas polska konsulka. A o tym, czy wszystko zakończyło się szczęśliwie, możecie przeczytać w tekście poświęconym bośniackiej stolicy.

Drogi czytelniku, jeśli artykuł Cię zaciekawił i dotarłeś aż tutaj, to wpadnij też na mojego Facebooka, na którym znajdziesz sporo krótkich treści niepublikowanych na blogu. 🙂

Dodaj komentarz