Narwa – dziwna granica Europy

Narwa łączy w sobie trzy cechy, które uwielbiam. Jest „obiektywnie brzydka”, nie skrywa nadmiaru turystycznych atrakcji i jest jednym z miejsc, które należy odwiedzić, by lepiej zrozumieć Europę. Znajoma narwianka podczas układania planu zwiedzania ostrzegła mnie, że to miasto, które „kocha się lub nienawidzi”. Powiedziane zbyt mocno? Być może, ale nawet jeśli tkwi w tym nieco przesady, to wkrótce zrozumiałem, że Narwa oferuje turystom dość zero-jedynkowe przeżycia. Bo „casualowi turyści” raczej uciekną z niej po dwóch godzinach.

Nieco więcej uwagi powinni poświęcić miastu ci, których w obcych miejscach fascynują historia i społeczeństwo. Rzeka Narwa wyznacza podobno istotną granicę. Podobno, bo jeśli wyłączyć na chwilę administracyjno-prawne myślenie to przecież po obu jej stronach ludzie mówią i myślą w tym samym języku. Wyjątkowość tego miejsca polega na tym, że chociaż 95% populacji jest rosyjskojęzyczne, to jednak należy ono do uciekającego od Rosji „europejskiego tygrysa”. Nie ukrywam, że spędziłem w Narwie zbyt mało czasu, by podejść do niej kompetentnie od strony politycznej. Ale mogę opowiedzieć Wam co nieco o wrażeniach z tego skomplikowanego, choć mocno homogenicznego, miasta.

Przyjeżdżając do Narwy z jakiegoś „ugrofińskiego” zakątka Estonii można przeżyć lekki szok kulturowy. Mnie udało się uniknąć tego uczucia wewnątrzkrajowego przeskoku, bo po drodze z Tartu zahaczyłem jeszcze o rosyjskojęzyczny kurort Sillamäe. Właśnie tam, na niewielkim, ale oferującym szybką sieć Wi-Fi dworcu zaczyna się historia mojej krótkiej, ale pouczającej wizyty na (a może wewnątrz?) estońsko-rosyjskiej granicy.

Słynna promenada nadmorska w Sillamäe to jedno z najbardziej sowieckich miejsc w Estonii – mających swoją niezaprzeczalną klasę, ale niestety niszczejących.

Docierając do „innej Estonii”

Rejsowy autokar jakiegoś pomniejszego przewoźnika jest niemal pusty, co pozwala zająć mi dobre miejsce przy oknie. To ważne, bo już sam dojazd do Narwy zwraca na siebie uwagę. Wzdłuż drogi znajduje się nieco więcej opuszczonych budynków, niż w innych częściach Estonii. Nie mogę nie zauważyć też nieco luźniejszej kultury jazdy, chociaż wolałbym uniknąć tak anegdotycznych dowodów. Niemniej, z perspektywy zamieszkałego w Tartu obcokrajowca widać gołym okiem, że coś tu jest inaczej.

Narwa wita gości szerokimi ulicami i osiedlami szarych bloków. Po długim przejeździe centralną aleją miasta wysiadam z autobusu na Peetri plats. Dziękuję w myślach młodemu chłopakowi, który poprosił o ten przystanek kierowcę. Inaczej zajechałbym pewnie na nieco oddalony od centrum dworzec autobusowy. Rejsowy autobus z Tallinna zadziałał bowiem w Narwie jak marszrutka – olewając znany mi z internetu rozkład stawał tam, gdzie poprosili go o to pasażerowie. Stojąc na skraju wielkiego ronda, bo tym w rzeczywistości jest narewski plac Piotra Wielkiego, nie mogę nie uśmiechnąć się od ucha do ucha. Oto jestem w centrum Narwy, ponurym i skąpanym w sierpniowej mżawce, ale jakże znanym mi z innych podróży na wschód. To będzie udany weekend.

Narwa oglądana z zamkowej wieży. Centralny punkt to nic innego jak blok ze zbiornikiem wodnym na dachu – oczywiście zaraz o nim wspomnę!

Nocleg załatwiłem sobie w apartamencie będącym częścią chińskiej knajpy. W cenie zniżka na piwo i makaron sojowy. Ruszam pod wskazane miejsce mijając dziesiątki szyldów po estońsku i dziesiątki ludzi rozmawiających po rosyjsku. Ten językowy kontrast uderzy mnie jeszcze nieraz, bo estońska polityka językowa nie cofa się ani na krok nawet w najbardziej rosyjskim mieście małej republiki. Po chwili trafiam na miejsce i momentalnie odświeżam język w krótkiej rozmowie z barmanko-recepcjonistką. Starsza kobieta dokładnie spisuje moje dane. Nieco zbyt dokładnie jak na Estonię? Cóż, w każdym razie znowu czuję się zawieszony między dwoma światami.

Centrum, którego już nie ma

Nie zwykłem rozpisywać się o praktycznych stronach moich podróży, ale dorwanie dwuosobowego apartamentu za 22 euro jest na estońskiej ziemi osiągnięciem godnym odnotowania. Szczególnie, że mogłem przy tym korzystać z nielimitowanych zapasów kawy i herbaty. Wszystko to nie miało jednak odegrać większej roli podczas mojego wypadu. Zwiedzanie miasta rozplanowałem bowiem idealnie. Na tyle idealnie, by nieobliczalna pogoda mogła z czasem wszystko storpedować. Ale nie wyprzedzajmy faktów – póki co jest bowiem piątkowy wieczór, a ja wyruszam w podróż szlakiem narewskich atrakcji i ciekawostek.

Moim pierwszym celem jest starówka. A raczej to co z niej zostało. Ale o tym zaraz, bo oto po drodze mijam charakterystyczny blok z wieżą ciśnień na dachu. Wkrótce dowiem się, że ten dziwaczny projekt zdobył swojego czasu nagrodę w jednym z radzieckich konkursów architektonicznych. Spacerując po teoretycznym centrum miasta zauważam, że Narwa jest w piątkowy wieczór miastem ospałym, chociaż jej mieszkańcy niewątpliwie świętują weekend gromadząc się w parkach i rozśpiewanych mieszkaniach.

Przemykając między skwerami i blokami docieram do najdziwniejszego śródmieścia w Estonii. Symbolicznie wszystko jest na swoim miejscu. Odnajduję ulicę Rycerską (Rüütli) i trafiam na plac Ratuszowy (Raekoja plats). Gdyby ktoś podał mi same nazwy, pomyślałbym że chodzi o Tartu. Ale spotkanie z narewskim ratuszem jest bardzo intymne. Jestem tylko ja i on, jedyny budynek, który przetrwał ciężkie bombardowanie starego miasta w roku 1944. Podobno nie rozebrano go tylko dlatego, że bolszewicy forsowali legendę o proklamowaniu Estońskiej Komuny Ludu Pracującego na ratuszowych schodach. Ta krótkotrwała republika była forpocztą rewolucji bolszewickiej w Estonii. Przetrwała jednak krótko, a komuniści nie zdołali zagarnąć Estonii aż do lat II wojny światowej.

Smutny narewski ratusz i wyglądający z tego ujęcia zupełnie abstrakcyjnie kawałek budynku Koledżu Narewskiego.

W czasach, gdy nad Narwą powiewała czerwono-żółta flaga, ratusz pełnił rolę Domu Pionierów im. Viktora Kingiseppa, czołowego estońskiego bolszewika i jednego z architektów nieudanej rewolucji. Dla towarzystwa zbudowano mu osiedle klasycznych „chruszczowek”, kilkupiętrowych bloków nazwanych tak na cześć Nikity Chruszczowa, I sekretarza partii, za panowania którego władza zaczęła poważniej traktować coś takiego jak kryzys mieszkaniowy. Dzisiaj na Raekoja plats znajduje się też filia Uniwersytetu w Tartu – jeden z symboli kulturowego i naukowego rozwoju miasta. Co ciekawe, na dachu nowoczesnego budynku też wyrósł jakiś dziwny twór, co zaczyna wyglądać na narewską tradycję.

Oko w oko z Rosją

Spod ratusza już tylko kawałek dzieli mnie od Wiktorii, jednego z siedmiu szwedzkich bastionów osłaniających XVII-wieczną Narwę. Oryginalna forteca zaprojektowana została przez słynnego inżyniera Erica Dahlbergha, ale jak na ironię uległa zniszczeniu niespełna rok po ukończeniu budowy. Po wojnie, już za rosyjskiej władzy, fortyfikacje odbudowano, a Wiktoria przetrwała kolejne 300 lat i doczekała się niedawno rewitalizacji. Kazamaty bastionu można zwiedzać od maja do września – zimą urzęduje tam jedna z największych kolonii nietoperzy w Estonii.

Zejście na promenadę przy Bastionie Wiktorii. Po drugiej stronie rzeki widać oczywiście Rosję.

Stroma parkowa ścieżka pozwala mi w końcu trafić na Promenadę Narewską. Nadrzeczny deptak jest jedną z najbardziej reprezentacyjnych części miasta, zupełnie jakby miał stanowić europejską twarz zwróconą ku Rosji. Zmierzając w stronę granicznego Mostu Przyjaźni mijam mniej lub bardziej udane instalacje artystyczne w postaci fontanny i zegara reprezentującego cztery pory roku. Jeszcze kilka kroków i zatrzymuję się u stóp Zamku Hermana, spoglądając na drugą stronę rzeki Narwy. Na spowitą mrokiem Twierdzę Iwangorodzką. Dwie fortece od stuleci stoją twarzą w twarz, przedzielone mniej lub bardziej istotną granicą. Kiedy publikuję te słowa, granica ta jest już luźniejsza dzięki wizom elektronicznym. Może kiedyś jeszcze zniknie zupełnie.

Spacerowa Narwa rozwija skrzydła na południe od Zamku Hermana. Pomimo niepogody spotykam tam sporo lokalsów, którzy chronią się przed deszczem imprezując w samochodach. Turyści również znajdą tu coś dla siebie. Podróżując z mapą łatwo wpaść na pomnik Szwedzkiego Lwa, jedną z wielu pamiątek po skandynawskim panowaniu nad miastem. Ale w poszukiwaniu wrażeń najlepiej wybrać się po prostu na miejską plażę, skąd rozpościera się słynny widok na dwie graniczne twierdze i łącząco-dzielący je Most Przyjaźni.

Nocą rzuca się w oczy różnica w oświetleniu między Narwą a Iwangorodem.

Pora na łyk historii. Narwa i Iwangorod nie zawsze były podzielone. Po I wojnie światowej Jaanilinn (estońska nazwa miasta) jako dzielnica Narwy wszedł w skład Republiki Estonii. Podział dokonał się w roku 1945, kiedy granica między Estońską a Rosyjską SRR wytyczona została na rzece Narwie. Ale ostateczne zerwanie przypadło na rok 1991, po tym jak Estonia ponownie wybiła się na niepodległość. Niemą obserwatorką zawiłej granicznej historii była manufaktura na wyspie Kreenholm.

Założona w roku 1857 placówka stała się jednym z największych centrów przemysłu bawełnianego w XIX-wiecznej Europie. Jej twórcą był pochodzący z Bremy kupiec i przedsiębiorca Ludwig Knoop. Po 15 latach istnienia zakładów kreenholmscy robotnicy wzniecili jeden z pierwszych i największych strajków na terenie Imperium Rosyjskiego. Ale wbrew niesprzyjającym wiatrom historii Kreenholm trwał, spoczywając w rękach zmieniającej się władzy. Aż do lat 90-tych. Wtedy przyszła prywatyzacja, a wraz z nią restrukturyzacja. Żeby nie zabrakło transformacyjnych mitów, co jakiś czas wokół Kreenholmu kręcili się bogaci szwedzcy inwestorzy. Efekt? Dekadę temu manufaktura zbankrutowała, a jej tradycje są dziś kontynuowane na niewielką skalę na przedmieściach Narwy.

Niesamowitą historię (niestety niezbadaną osobiście przeze mnie) opowiada z kolei robotnicza osada Parusinka znajdująca się na wyspie w Iwangorodzie. Przez lata była to kolonia obsługująca potrzeby pracowników Kreenholmu. Myślę, że już w tym miejscu możecie się domyślić o co chodzi. Dokładnie tak – po wytyczeniu granicy Kreenholm znalazł się w Estonii, a Parusinka w Rosji… Z informacji wyciągniętych z internetu dowiedziałem się, że przez kilkanaście lat sprawnie działało przejście graniczne obsługujące codzienny ruch na linii osiedle-zakłady. Dzisiaj obie strony kuriozalnej w tym miejscu granicy przyciągną niestety raczej miłośników urbexu, niż żywej historii. Nie przesadzam – jeśli temat Was zainteresował, gorąco polecam wpisać w google „Парусинка”.

Dopełnieniem estońsko-rosyjskich historii jest spacer wzdłuż zabudowań estońskiego przejścia granicznego. O każdej porze dnia i nocy można spotkać tam kolejki tirów i podpatrzeć chirurgiczne praktyki kontrolerów. Nie wiem, czy istnieją podróżnicy, których fascynują granice – ale jeśli tak, to Narwa zdecydowanie jest topową destynacją w Europie 😉

Ostatni Lenin w Estonii

Wycieczka do Narwy byłaby jednak niepełna bez wizyty na zamku. Zaplanowałem ją na wczesny ranek, ale pogoda postanowiła zweryfikować moje ambitne plany. Skończyłem leżąc w łóżku i czekając, aż strumienie wody rozbijające się o okno pokoju staną się choć trochę lżejsze. Koniec końców był to dzień, w którym moja przeciwdeszczowa kurtka kupiona parę lat temu w Norwegii po raz pierwszy przemokła. Ale to miało wydarzyć się dopiero w Rakvere.

Wewnętrzny dziedziniec Zamku Hermana i kawałek miejskiej klasyki, czyli estońska flaga, odnowiona promenada i graniczny Most Przyjaźni.

Tymczasem jednak moje prośby zostają wysłuchane, a ja przed południem docieram do zamkowego parku. To bardzo ciekawe miejsce, bo odpoczywając na ławce można stąd oglądać początek kontroli granicznej przebiegającej w długim szklanym korytarzu. Zamek Hermana zwykł strzec jednej z najważniejszych europejskich przepraw. Dzisiaj pieczołowicie odrestaurowywana twierdza stoi wtulona w wielką aparaturę estońsko-rosyjskiej granicy. Tutaj, na skraju Unii Europejskiej, znajduje się jedyne estońskojęzyczne miejsce w Narwie. Oczywiście jeśli weźmiemy pod uwagę turystów, bo w skromnej kasie biletowej obowiązuje rosyjski. Niespodziewanie pojawia się tu jeszcze jedna opcja językowa – o najważniejszych zabytkach możemy poczytać po szwedzku.

Trudno mi jednoznacznie ocenić co stanowi większą atrakcję Zamku Hermana – twierdza sama w sobie czy ostatni pomnik Lenina w Estonii. Za czasów ZSRR statua znajdowała się oczywiście na miejskim rynku. Dzisiaj wódz rewolucji stoi nieśmiało w kącie zamkowego dziedzińca, wciśnięty między sprzęt używany przez budowlańców. Przypadkiem lub nie spogląda na Rosję, a od strony estońskiej jest praktycznie niewidzialny. Można powiedzieć, że to smutny koniec – ale przecież pozostałe estońskie pomniki czekał znacznie gorszy los!

Zamek Hermana to atrakcja w stylu 50/50. Na dziedzińcu można znaleźć trochę rękodzieła i „klimatu epoki”, ale nie umywa się to do położonego nieco na zachód Rakvere. Największą atrakcją jest 51-metrowy Długi Herman. Baszta jest dzisiaj bardzo przeciętnym muzeum i wyjątkowym punktem widokowym, z którego można ogarnąć wzrokiem całą Narwę i cały Iwangorod.

Zamek bynajmniej nie wyczerpuje listy narewskich atrakcji. Śródmieście skrywa w sobie dwie XIX-wieczne świątynie – prawosławny Sobór Zmartwychwstania Pańskiego i protestancką Katedrę Aleksandra. Zdecydowanie ciekawsza jest katedra, w której znajduje się dzisiaj interaktywna instalacja Niebo nad Narwą. Parę lat temu katedra zbankrutowała i została wykupiona przez estoński rząd, a historycznie jest to prawdopodobnie faktyczne miejsce proklamacji wspomnianej już przeze mnie Estońskiej Komuny Ludu Pracującego – ale bolszewicy woleli przenieść pamięć o tym fakcie do ocalałego ratusza.

Widok na Iwangorod ze szczytu Długiego Hermana.

Spacer po centrum może dostarczyć też sporo przypadkowych atrakcji. Miłośnicy sowieckich klimatów i wschodnich absurdów znajdą tam dla siebie sporo ciekawostek. Mnie urzekł elegancki Hotel Narwa, za którym wyrasta drugie skrzydło budynku, dobudowane i najwyraźniej od wielu lat nieukończone. Solidną ciekawostką, do której niestety nie dotarłem, jest też Narewska Wenecja. Pod tą enigmatyczną nazwą ukrywają się… przedzielone wodnymi kanałami garaże położone w południowej części miasta (przystanek Nõudepeatus). I nie jest to wcale lokalna legenda, bo dowiedziałem się o niej w tartuskim barze 😉

Podsumowując, Narwa jest ciekawie nieciekawym miastem. Turystycznie to miejscówka na mniej niż kolokwialnego „strzała”. Ale społecznie i historycznie można znaleźć tam znacznie więcej – i to bardzo często w miejscach, które nie są opisane w przewodnikach turystycznych. Z drugiej strony wcale nie jest to koniec świata – chociaż takie określenie bardzo kusi blogera podróżniczego. To wciąż kawałek „naszej Europy”, tyle że zamieszkany przez ludzi mówiących językiem, który zdaje się do niej nie należeć.

A jeśli ktoś w europejskość Narwy wątpi, to polecam zajrzeć do lokalnej oferty gastronomicznej – znajdziecie tam irlandzki pub, niemiecką piwiarnię i kawiarnię Belgrad. Symbolicznie wszystko jest więc na swoim miejscu 😉

Dodaj komentarz