Naddniestrze – dzień z życia poza światem

Naddniestrze – dzień z życia poza światem

Dzisiaj mam dla Was okraszoną większą niż zwykle ilością zdjęć relację z Naddniestrza. Podobnie jak resztę Mołdawii stolicę nieuznawanej na arenie międzynarodowej prorosyjskiej Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej odwiedziłem w środku zimy, co niewątpliwie wzmocniło część odczuć związanych z pobytem w tym wyrzuconym poza nawias europejskiej wspólnoty miejscu. 

Godzina jazdy z Kiszyniowa i wolno toczący się po kiepsko zachowanej granicznej drodze autobus, w którym z telewizyjnego odbiornika leci kultowy Wilk i Zając zatrzymuje się na granicy mołdawsko – naddniestrzańskiej. Nie jest to granica z gatunku tych, jakie zwykliśmy widzieć na wschodzie. Bardziej niż poważną placówkę celną przypomina stację benzynową. Bileterka zaprasza nas do wyjścia z autobusu i prowadzi do budki strażniczej. Jesteśmy jedynymi turystami w autobusie, a może i w ciągu całego dnia, tygodnia, miesiąca – wszak jest zimny, styczniowy czwartek. Podaję pogranicznikowi paszport i łamanym rosyjskim tłumaczę, że jestem turystą i wracam jeszcze tego samego dnia. To istotne, bo według obecnych przepisów w Naddniestrzu można spędzić tylko 10 godzin bez obowiązku meldunkowego. Dostaję kartę migracyjną ze źle wpisanym nazwiskiem i jako Miczał wjeżdżam na teren Autonomicznej Republiki Naddniestrza. Najdziwniejsze jednak dopiero przed nami.

Na pierwszy rzut oka Naddniestrze niczym nie różni się od Mołdawii – to wciąż te same nieskończone połacie pół i rzadkich lasów przerywane co jakiś czas ponurymi, robotniczymi miasteczkami. Różnią się jedynie alfabet i mundury znacznie bardziej obecnej tu armii – armii oczywiście rosyjskiej, która ma swoje bazy w Benderach i Tyraspolu. Minąwszy po drodze kilka posterunków wspomnianych żołnierzy, kilka militarnych pomników i znaną, XVI-wieczną twierdzę w Benderach docieramy do Tyraspola. Już przy samym wjeździe trafiamy do imperium Sheriffa, przedsiębiorstwa założonego w latach 90-tych przez dawnych żołnierzy służb specjalnych, które dzisiaj skupia w swoich rękach większość prywatnego handlu w Naddniestrzu. Stolica republiki wita nas wielkim supermarketem, stacją benzynową i oczywiście ośrodkiem sportowym, który przypomina mi, że niezależnie od tego gdzie człowiek wyląduje, polskie kluby wciąż są w stanie dostać tam wpierdol. Zupełnie poważnie jednak, kompleks treningowy Sheriffa Tyraspol robi spore wrażenie i gołym okiem widać, że ta drużyna jest oczkiem w głowie ludzi zarządzających tym fantomowym państewkiem. Oprócz sieci stacji benzynowych i supermarketów Sheriff postawił między innymi… cerkiew. Nie byle jaką, bo górujący nad centrum Tyraspola Sobór Narodzenia Pańskiego, który na pierwszy rzut oka wygląda zupełnie zabytkowo.

Wysiadamy z autobusu w miejscu, które wygląda zupełnie jak środek niczego. Ulica Karla Liebknechta (pozdrawiam IPN) jest jednak główną arterią naddniestrzańskiej stolicy, przy której znajdują się takie ośrodki miejscowego życia jak pchli targ czy rynek handlowy. My kierujemy się jednak w stronę Dniestru, rzeźbiącego centrum miasta finezyjnymi meandrami. Nadrzeczny park zdominowany jest przez pomnik Aleksandra Suworowa. Założyciel Tyraspola w Polsce znany jest głównie z krwawego stłumienia insurekcji kościuszowskiej, ale tutaj nie gra to roli. Naddniestrzanie z historią mają podobno niewiele wspólnego – spotkani po drodze ludzie opowiedzieli nam między innymi, że sowiecka szkoła nauczania wciąż ma się w tym zakątku świata dobrze, a ciążenie ku Rosji niesie ze sobą również wyparcie jej zbrodni – podobno nawet te stalinistyczne nie są tam szerzej znane opinii publicznej. Istotnie, kiedy miniemy pomnik T-34 (absolutny klasyk wschodu, oczywiście w naszych biednych Gliwicach powoli wyklęty) i park pamięci ofiar wojny lat 1990-1992 i dotrzemy do statuty Lenina zatrzyma się przy nas kilku starszych, pijanych lokalsów by opowiedzieć o tym, że „Lenin – charaszo” a my pewnie „amerykańce”. Nie wiem w sumie czy bycie Polakiem jest tam lepsze niż bycie amerykańcem, ale jestem raczej uczciwym człowiekiem.

Problem turysty zaczyna się w Naddniestrzu w momencie, kiedy zachce nam się czegoś zjeść, albo musimy wymienić pieniądze. Jedno z drugim ma wiele wspólnego, bowiem mołdawski lej nie obowiązuje na terenie republiki – bije ona własną walutę, rubla naddniestrzańskiego, która oczywiście nie jest nawet uznawana międzynarodowo za pełnoprawny środek płatniczy. Kilkanaście lat temu Mennica Polska spowodowała niezły kryzys dyplomatyczny bijąc monety na zamówienie Naddniestrza. Ostatnio powodzi im się nieco gorzej, ale że jak to mawiają, potrzeba jest matką wynalazków, rzeczna republika wyszła tutaj przed międzynarodowy szereg i zaczęła bić monety… z plastiku. Bank udaje nam się w końcu znaleźć na centralnej ulicy Liebknechta, ale z restauracją równie łatwo nam nie idzie – ostatecznie lądujemy w sieciówce Andy’s Pizza, która wydaje się nam najbardziej godnym zaufania miejscem. W przeciwieństwie do opisywanej w poprzednim tekście Soroki nawet mieli tutaj składniki do swoich dań!

Właśnie w miejscu, gdzie znaleźliśmy sieciową pizzerię zaczyna się właściwe centrum Tyraspola – usługowo – handlowe, a nie tylko pomnikowo – pokazowe. To tam, wśród komunistycznej architektury (na czele z pięknym Domem Sowietów) i wytyczonych od linijki ulic znajdziemy więcej punktów usługowych – od kolejnych supermarketów Sherrifa po modne knajpy i nocne kluby. Oczywiście ilościowo wypadają one blado nawet przy niezbyt szalonym Kiszyniowie, ale nie można powiedzieć, że naddniestrzańska stolica jest miastem martwym kulturowo. Główna ulica tej części miasta, ulica 25 października, prowadzi nas pod tyraspolski teatr i uniwersytet. Przed największa placówką naukową nieuznawanej republiki na pomnikowym cokole spotykamy Tarasa Szewczenkę – znak ukraińskich wpływów w mieście. Istotnie, są oni drugą naddniestrzańską nacją pod względem populacji – blisko co trzeci mieszkaniec Tyraspola jest Ukraińcem. Reprezentacyjne śródmieście kończy Park Zwycięstwa, w którym centralne miejsce zajmuje pomnik Grigorija Kotowskiego, rosyjskiego dowódcy z pierwszych dekad XX wieku, którego pamięć zajmuje ważne miejsce w naddniestrzańskim quasi-narodowym imaginarium. Rosja jest z resztą w Naddniestrzu wszechobecna – od spraw namacalnych, jak cyrylica czy armia, aż do charakterystycznego klimatu wschodu, który poczuć można odwiedzając targowe rejony miasta.

Trafiając do Tyraspola w zupełnie nieturystyczny dzień powszedni mamy okazję przyjrzeć się bliżej, jak wygląda tam codzienne życie. Oczywiście nasze umiejętności poznawcze są mocno zaburzone ponurą, surrealistyczną wręcz wizją Naddniestrza roztaczaną w nielicznych dostępnych źródłach. Ale życie w Tyraspolu nie różni się drastycznie od tego w Mołdawii. Jest ono nieco wolniejsze, przesiąknięte pewną dawką beznadziejnego flegmatyzmu peryferii. Przy bliższym poznaniu miejscowi ludzie okazują się otwarci i, chociaż może są zbyt przesiąknięci alkoholem, nie wyglądają jakby paliło im się do ucieczki poza granice postradzieckiej nibylandii. Koniec końców przecież Naddniestrze jest częścią Mołdawii – kraju pod wieloma względami równie życiowo beznadziejnego jako ono samo. Widać to gołym okiem choćby w momencie, kiedy spotykany w Tyraspolu „tutejszy” pokazuje mi dwa paszporty – ukraiński i mołdawski, nazywając ten drugi bez ogródek gównem. Trochę przecież tak jest – w końcu ten drugi dokument otwiera znacznie mniej drzwi na zachód. Jednocześnie jest w Naddniestrzu coś niezwykle szczerego i prawdziwego, odczuwanego przy każdym uświadomieniu sobie, jak bardzo skazani na samych siebie są ludzie, którzy los wrzucił w nie-państwo gdzieś pomiędzy Rosją a Rumunią. Stateczne życie toczy się swoim torem na targach, w sklepikach i kawiarniach. Czasem przerywa je krzyk wracających ze szkoły dzieci. Ich szkoda najbardziej, bo w przypadku maluchów każde kolejne pokolenie wychowane w oderwaniu od światowego mainstreamu będzie miało ciężko.

Zarazem snując się szybko wyludnionymi ulicami śródmieścia (te pustki raczej nie są zasadą, podczas naszej wizyty było dobre kilka stopni mrozu) po raz pierwszy poczułem autentyczne uczucie turystycznego wyobcowania. Zdarzało mi się bywać w miejscach nieturystycznych, ba, nawet lubuję się w takich jeżdżąc po świecie. Niemniej żadne z nich nie było aż tak abstrakcyjne, jak styczniowy Tyraspol. Co prawda podczas każdej rozmowy z Mołdawianami pytali mnie oni ze zdziwieniem, co robię w ich kraju, to jednak w Tyraspolu dwójka zagranicznych turystów sama stawała się nagle największą atrakcją miasta. Nie było to dla mnie zbyt wygodne, a wyciągając aparat by sfotografować coś interesującego mnie (jak choćby, nie wiem, miejski targ bądź tabliczkę z ulicą Karola Marksa) czułem się jakbym uprawiał turystyczną pornografię. Odczułem wrażenie, że Tyraspol ze wzajemnością nie pasuje do znanego mi europejskiego świata. To może być wartość sama w sobie, ale niekoniecznie gdy osiągana jest kosztem politycznego i społecznego odcięcia od tego, co dla naszego kontynentu jest wspólne.

Kiedy nasz legalny, dziesięciogodzinny pobyt dobiega końca stajemy przed istotnym wyzwaniem, jakim jest złapanie powrotnego autobusu do Kiszyniowa. Wbrew pozorom nie odjeżdżają one z miejscowego dworca – ale wspinając się na wyżyny swojego szlifowanego na uczelni rosyjskiego zdołałem dowiedzieć się, jak działa system łapania transportu na miejscowy zachód. Jest on zupełnie prosty, jedyne co trzeba zrobić to stanąć przy głównej ulicy i… czekać, aż podjedzie autobus bądź marszrutka kierująca się do mołdawskiej stolicy. W naszym przypadku nie zajęło to długo, średnio wygodny minivan z niezbyt uprzejmym kierowcą, który mówił do nas po niemiecku pojawił się po piętnastu minutach. Po raz kolejny granica „międzypaństwowa” okazała się fikcją – młody żołnierz w czapce większej od głowy sprawdził tylko nasze karty migracyjne i ruszyliśmy dalej. Jak gdyby nigdy nic, jakby ostatnie parę godzin się nie wydarzyło.

Garść porad:
Jak dotrzeć? Najlepiej marszrutką bądź autobusem z dworca w Kiszyniowie – nie ma co trzymac się rozkładów, lepiej po prostu podejść na miejsce i dać się zaprosić do pojazdu jednemu z „naganiaczy”. Koszty są naprawde nieistotne, z reguły to ok. 7 złotych w jedną stronę. Alternatywną opcją jest pociąg do Odessy, który zatrzymuje się w Tyraspolu, ale z tego co wiem procedura rejestracji jest nieco bardziej uciążliwa, kiedy przyjeżdża się koleją.
Jakie formalności załatwić? Na granicy nie ma większych problemów formalnych, wystarczy dać paszport, a resztę załatwią za nas celnicy. Warto pamiętać o tym, by zaraz po przybyciu na miejsce skoczyć do banku i wymienić mołdawskie leje na naddniestrzańskie ruble – ta pierwsza waluta nie obowiązuje w Naddniestrzu, a płatności kartą też nie wchodzą w grę.
Co zobaczyć? W Tyraspolu – śródmieście rozciągające się wzdłuż ulicy 25 października i kompleks sportowy Sheriffa Tyraspol w sam raz wystarczą na jednodniowe doświadczenie tego miasta. Mając więcej czasu – warto wybrać się do twierdzy benderskiej.

Pomnik Aleksandra Suworowa dominuje nad panoramą parkowej części śródmieścia.
Tyraspolski Pałac Młodzież spowity zimową, ale pogodną aurą.
Jeden z bardziej abstrakcyjnych obrazów, jakie udało mi się uchwycić czyli ludzie zebrani wokół szopki bożonarodzeniowej.
T-34 groźnie mierzący w Cerkiew Świętego Jerzego.
A to już klasyka wschodnich wojaży – dumny Lenin witający gości przed siedzibą naddniestrzańskiego rządu.
Zamiast krzykliwych reklam z naddniestrzańskich billboardów atakuje nas reklama (nie)zależności małej republiki. W tle, niczym anioł, skrzydlaty Lenin.
I komu to przeszkadza?
Szeryfowa cerkiew w całej okazałości i równie malowniczym otoczeniu.

 

Kolejna szopka bożnarodzeniowa 😉
Flagi Abchazji i Osetii Południowej, dwóch z trzech organizmów państwowych uznających niezawisłość Naddniestrza. Tym trzecim jest Górski Karabach.
Garść typowej wschodniej architektury mieszkalnej przy centralnej ulicy 25 października – bo dlaczego nie?
Dom Sowietów i kolejne spotkanie z Iljiczem.
Rzut oka na tyraspolski teatr.
Grigorij Kotowski, obok Suworowa i Lenina najpopularniejsza postać historyczna na ulicach Tyraspolu.
Brama wejściowa do Parku Zwycięstwa, miejsca niezwykle przyjemnego, ale niekoniecznie zimą.
Dom Sowietów raz jeszcze.
26 lat milicji Naddniestrza jest chyba nieco mniej istotne niż 100 lat milicji Związku Radzieckiego 😉

Dodaj komentarz