Na winie z Sobieskim i Marksem. Cztery spojrzenia na Wiedeń

Wiedeń jest jednym z tych miast, o których wiele zostało już napisane, więc wtrącając swoje trzy grosze warto przynajmniej postarać się o opowiedzenie czegoś niekonwencjonalnego. Mój pomysł na Wiedeń będzie zaskakująco prosty – zaproponuję Wam wycieczkę po miejscach położonych poza historycznym centrum. Na trasie dzisiejszego spaceru połączę to, co w stolicy Austrii lubimy najbardziej, czyli polskie ślady, dawkę historii i wyluzowaną współczesność.

Rozdwojony Sobieski

Na Kahlenberg mógłbym się wspiąć, ale wewnętrzny leń bierze we mnie górę i postanawiam wjechać autobusem. Położone na północy miasta wzgórze to swoista brama do Lasu Wiedeńskiego, niewielkiego pasma górskiego otulającego habsburską stolicę. Ale tym razem interesuje mnie coś innego niż natura i wysiłek fizyczny. Szukam śladów odsieczy wiedeńskiej i wspólnej polsko-austriackiej historii. Bo to właśnie stąd Jan III Sobieski miał dowodzić słynną bitwą, która podobno uratowała Europę przed którymś tam z rzędu zalewem islamu (w praktyce – niekoniecznie). I gdzie jak gdzie, ale na Kahlenbergu dość dobrze się o tym pamięta.

Trafiając na Kahlenberg czuję się jakbym wylądował w samym środku jakiegoś absurdalnego festynu. Rząd straganów z pamiątkami sąsiaduje tutaj z kościołem, na którym znajduję tablice pamiątkowe poświęcone… Sobieskiemu, Piłsudskiemu i Janowi Pawłowi II. Polskie Wzgórze pełną gębą. Nie udaje mi się popaść w patriotyczne uniesienie, więc po prostu podchodzę na rozciągającą się za kościołem platformę widokową oferującą jeden z najlepszych, a na pewno najbardziej rozchwytywany widok na habsburską stolicę. Faktycznie jest tu na co popatrzeć, więc oddaję się swojej ulubionej analizie w stylu „który z tych maleńkich punktów w miejskiej dżungli jest Hofburgiem”. Ale z tej odległości pewny mogę być tylko lokalizacji Dunaju i Katedry św. Szczepana. Dochodzę do wniosku, że jeśli jechać na Kahlenberg, to dla widoków. Panorama jest pierwszorzędna, natomiast wspomniane polskie akcenty… no cóż, to nie moja bajka. Tym bardziej, że Kahlenberg niekoniecznie był miejscem, z którego Sobieski dowodził odsieczą.

Alternatywną lokalizacją jest inne wzgórze, czyli położony nieco bliżej Dunaju Leopoldsberg. Infrastruktura tam jest nieco mniej festynowa, a widok na Wiedeń tylko nieznacznie gorszy od tego z Łysej Góry, bo tak po polsku brzmi nazwa Kahlenbergu. Jeśli w Lesie Wiedeńskim będziecie mieli tylko jeden „strzał” to powinniście poważnie rozważyć wybranie się właśnie na Leopoldsberg. Nie dość, że dociera tam mniej ludzi, to centrum dowodzenia Sobieskiego umieszczają tam moi wkręceni w Austro-Węgry wykładowcy. 😉 Obecność polskiego króla na Kahlenbergu nie jest jednak mitem, bo przed bitwą modlił się on w tamtejszym kościele, związanym zresztą z polskimi zakonnikami.

Widok z Kahlenbergu jest naprawdę pierwszorzędny, chociaż do dokładnej analizy Wiednia potrzebna jest tam luneta. Ambitni turyści mogą podejść jeszcze wyżej, do wieży widokowej, która podczas mojej wizyty byłą akurat zamknięta.
Polskie akcenty na wzgórzu to nie tylko królowie i papieże 😉

Schodząc z Kahlenbergu zatrzymuję się w dzielnicy Grinzing, czyli wiedeńskim zagłębiu winiarskim. To najbardziej romantyczny zakątek miasta, którego klimat momentalnie przenosi mnie myślami do jakiejś małej wioski położonej na zboczach Alp. Tkanka miejska (a raczej wiejska) Grinzingu złożona jest z tradycyjnych winiarni zwanych tutaj heurigerami. Zatrzymuję się w pierwszym lepszym ogródku, by w ramach ograniczonego budżetu spróbować lekkiego białego wina. Wychodzę po kilku godzinach spędzonych w zacienionym ogrodzie i czuję, że w zamian za nieco lżejszy portfel zyskałem nieco cięższą głowę. I dobrze, bo przecież od tego są letnie wizyty na Grinzingu.

Dwór Karola Marksa

Wracając z Grinzingu do centrum docieram na Heiligenstadt, gdzie muszę przesiąść się na metro. Zanim to zrobię postanawiam odwiedzić Karl-Marx-Hof, czyli prawdopodobnie największy budynek mieszkalny na świecie. Zbudowany pod koniec lat 20-tych blok jest długi na ponad kilometr i składa się z ponad tysiąca mieszkań. Umiejscowienie go w stolicy Austrii nie jest przypadkowe – „Dwór” Karola Marksa to najwspanialsza pozostałość po okresie Czerwonego Wiednia, czyli epoce, gdy miastem rządzili socjaliści z partii SPÖ.

Na pałacowym dziedzińcu. Wewnątrz zabudowań Karl-Marx-Hofu mieści się wiele parków i placów zabaw.

Historia ta wydarzyła się w latach 1918-34 i jest jednym z ciekawszych epizodów burzliwego dwudziestolecia międzywojennego. Największym sukcesem wiedeńskich socjalistów był właśnie ambitny program budowy bloków robotniczych, w ramach którego w 16 lat udało się przygotować 65 tysięcy nowoczesnych, tanich mieszkań. To nie była oczywiście wielka płyta (która swoją drogą nie jest taka zła). Budowano rozległe systemy mieszkaniowo-parkowo-usługowe, w których przeciętnemu robotnikowi niczego nie brakowało. Oprócz tego zabrano się za reformę edukacji i poprawę higieny miejskiej. Czerwony Wiedeń może być dzisiaj interpretowany jako jeden z najbardziej udanych epizodów lewicowej władzy w Europie Zachodniej. A tych epizodów, wbrew opiniom niektórych internautów i polityków, wcale nie było tak dużo.

Spacer wzdłuż Karl-Marx-Hofu to świetny pomysł na dodanie kilku kilometrów do wiedeńskich wędrówek.

Historia wiedeńskiego socjalizmu niestety nie posiada happy endu. Przez cały omawiany okres miasto było raczej skonfliktowane z konserwatywną resztą kraju – Czerwony Wiedeń należy zatem postrzegać jako samotną wyspę, a nie efekt austriackiej polityki. W 1934 roku władzę w kraju przejęli naziści, a podczas zamachu stanu doszło do bitwy o Karl-Marx-Hof, którego bronili uzbrojeni robotnicy. Przeciwko nim wysłano artylerię, a wynik starcia był oczywisty. Po wojnie Dwór został odbudowany i przywrócono mu usunięte przez nazistów imię Karola Marksa. Swoją drogą kuzyn wiedeńskich „hofów” znajduje się w Poznaniu przy ulicy Wspólnej, więc jeśli pandemia nie pozwala Wam wyrwać się z kraju, to mamy Czerwony Wiedeń w domu 😉

O Czerwonym Wiedniu pamięta się dzisiaj na wiele sposobów. Przed dwoma laty udało mi się załapać na świetną wystawę poświęconą socjalistycznej epoce w historii miasta.

Międzynarodowy Wiedeń

Prosto spod marksowskiego pałacu udaję się do jednego z moich ulubionych zakątków Wiednia, czyli na Kaisermühlen. A konkretnie do futurystycznej dzielnicy biurowców Donau City. Od kilku dekad mieści się tam Vienna International Center, czyli jedno z międzynarodowych centrów ONZ. Centrum stale zyskuje sobie nowych sąsiadów, takich jak mierzący 220 metrów wieżowiec Donau City Tower 1, który jest obecnie najwyższym budynkiem Austrii. No, prawie najwyższym. Kilka metrów więcej liczy sobie wieża telewizyjna Donauturm położona kilkaset metrów na północ, za parkiem w którym latem tłumnie spotykają się wiedeńczycy. Bo Donau City to nie tylko świątynia polityki i biznesu, ale również popularne miejsce wypoczynkowe. Jedną z największych atrakcji Dunajskiego Miasta jest wtopiony w otoczenie Kościół Katolicki, który zdarzyło mi się… ominąć przy pierwszej wizycie. Za drugim razem wstąpiłem do futurystycznej świątyni, której surowe wnętrze jest sceną nieustannej gry świateł. A swoją drogą, po drugiej stronie ulicy stoi Pałac Goethego, kuzyn Pałacu Marksa, który wypada równie imponująco. Jeśli więc szukacie Czerwonego Wiednia, możecie go dorwać tuż obok nowoczesnych drapaczy chmur.

Z Dunajskim Miastem „graniczy” Dunajska Wyspa, czyli przecinająca Dunaj na pół imprezownia wyposażona we wszelką infrastrukturę potrzebną do spędzania wolnego czasu. Na Donauinsel możemy się wybrać na spacer, grilla albo piwo. Niemniej jednak moje skojarzenia z tym miejscem zawsze będą sprowadzały się do nieoczekiwanego spotkania z naćpaną ekipą demolującą stację metra. Ich wyczyny sprawiły, że musieliśmy wycofać się z kolegą i nadrobić kilkaset metrów (albo kilka kilometrów?) w drodze do najbliższego mostu łączącego wyspę ze stałym lądem. Jako podróżniczy szczęściarz mogę powiedzieć, że była to najbardziej niebezpieczna akcja, jaka przydarzyła mi się podczas przemierzania świata. Bo przecież plecaków ukradzionych członkom wyjazdowej ekipy nie zaliczam do tej kategorii. 😉

Widok na wspomniany drapacz chmur DC Tower 1, który bez kompleksów może konkurować z amerykańskimi kuzynami.
Donauinsel nocą. Żywa, ale… niekoniecznie bezpieczna.

Szukając miasta z krwi i kości

Niezwykłą cechą turystycznego Wiednia jest to, że można zwiedzać go całym dniami i praktycznie nie natknąć się na dzielnice wyglądające jak „normalne europejskie miasto”. Prater, starówka, Las Wiedeński i dunajskie wybrzeże mogą skuteczne budować obraz metropolii, która żyje historią i zabawą. Tym razem jednak postanawiam poszukać w Wiedniu miasta z krwi i kości, które przecież musi znajdować się gdzieś za parkami i pałacami. Takiego, no wiecie, miasta z osiedlami, gorszymi dzielnicami i ulicami, po których nie spacerowali Habsburgowie. Udaje mi się połowicznie.

O tym, że taki Wiedeń istnieje, można dowiedzieć się z niemieckojęzycznego rapu, który swego czasu podesłał mi kolega. Gangsterskie teledyski kręcone w dzielnicach takich jak Funfhaus czy Favoriten sugerują, że ktoś w Wiedniu lubi „wybuchy i efekty”, a zachodnia część miasta zawiera sobie mniej grzeczne akcenty położone gdzieś na drodze do Schönbrunn. Czy udaje mi się je znaleźć? Niekoniecznie, ale może tym razem poświęciłem na to wszystko za mało czasu i skręciłem w niewłaściwe ulice. Muszę się zadowolić prawdziwym bliskowschodnim kebabem złapanym w prawdziwie imigranckim towarzystwie i butelką Ottakringera, czyli piwa pochodzącego z zachodnich przedmieść. Kiedyś postaram się skuteczniej poszukać imigranckiego Wiednia, bo w Berlinie czy Brukseli takie operacje udały mi się za pierwszym razem. Obym tylko nie trafił w sam środek teledysku, na którym chłopaki w irakijskich barwach gonią się z policją.

Na sam koniec bonus dla czytelników, którzy przybyli tutaj dzięki wschodnim fascynacjom – wiedeński pomnik Armii Czerwonej w towarzystwie dźwigu, który niedawno stał się symbolem niektórych polskich komunistów.

Dodaj komentarz