Na krańcu Europy – odkrywając Mołdawię

Na krańcu Europy – odkrywając Mołdawię

Jakiś czas temu uznałem, że zimowa wycieczka do Kiszyniowa będzie ciekawym podróżniczym doświadczeniem. Patrząc z perspektywy czasu niewątpliwie nim była. Zestawiając swoje wspomnienia z tekstami innych blogerów podróżniczych, którzy pisali o Kiszyniowie jako „mieście nieoczywistym” jestem jednak zmuszony wnieść kilka słów polemiki. Otóż z końcem stycznia stolica Mołdawii jest oczywiście chujowa. Zanim jednak zbiorę się do napisania subiektywnych relacji z Kiszyniowa i Tyraspola zbiorę dla Was kilka praktycznych słów o tym zapomnianym przez Boga (ale nie CIA, które uznaje go za najbiedniejsze państwo Europy) kraju.

Jak każda wyprawa na wschód, także i ta przyniosła mi sporo alternatywnych wspomnień i dreszczyk emocji, który z perspektywy czasu będę pewnie wspominał z coraz większym sentymentem. Co więcej, chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się, by największą atrakcją wyjazdu stały się… alkoholowe rozmowy z nowopoznanymi ludźmi. Ale o tym zaraz, najpierw trzeba przecież jakoś dotrzeć na miejsce.

Jak dotrzeć na koniec Europy?

Jeśli chodzi o najtańszy sposób dotarcia do Mołdawii, to niestety nie pomogę. Z racji miejsca zamieszkania mojego towarzysza podróży do Kiszyniowa leciałem z Włoch, a konkretnie z Bolonii. Podobnie jak Rumunia, Mołdawia posiada dość liczne połączenia z będącą dla niej emigracyjną mekką Italią. Bilet w dwie strony kosztował mnie 400 złotych, do czego oczywiście trzeba doliczyć przelot z Polski do Włoch (mnie udało się dorwać w jedną stronę bilet za 30 zł). Budżetowo można tam dolecieć również z bliższego nam Berlina, a jedyne dostępne połączenie z Polski oferuje LOT – bilety można dorwać w granicach 400-500 złotych, ale trzeba mieć szczęście. Niemniej jednak włoska opcja nie wypada źle – przy okazji można bowiem zobaczyć kawałek Półwyspu Apenińskiego (nam w 24 godziny udało się zawinąć do Rawenny i San Marino).
Dla bardziej wytrwałych można dotrzeć też przez Ukrainę – Lwów bądź Odessę. Z tej ostatniej do Kiszyniowa kursują pociągi, natomiast ze Lwowa na teren Ukrainy bez większych problemów dostaniemy się autobusem bądź marszrutką. Tyle o tym jak dotrzeć do jednego z najmniej turystycznych krajów Europy. Teraz napiszę jeszcze parę słów na temat przemieszczania się wewnątrz kraju.
To jest z kolei zdecydowanie tańsze – najistotniejsza część zabawy, czyli dojazd do Tyraspola to wydatek rzędu 6-10 złotych w jedną stronę. Zdecydowanie nie polecam wynajmowania samochodu – my ten błąd popełniliśmy i w zasadzie były to pieniądze wyrzucone w błoto, bo samochody w Kiszyniowie są drogie (dochodzi bowiem masa nieznanych reszcie Europy ubezpieczeń), a do większości interesujących miejsc można dotrzeć autobusem

Jak znaleźć atrakcje?

Znaleźć – to dobre słowo, bo w przeciwieństwie do wielu innych krajów turystyczność Mołdawii nie jest wypisana w otwartej księdze. Dość wspomnieć, że stojący na mojej półce przewodnik po Rumunii i Mołdawii daje tej drugiej raptem 30 z ponad 550 stron. Nie oznacza to bynajmniej, że Mołdawia jest atrakcji pozbawiona. Z resztą jestem zdania, że każdy region świata jest warty uwagi, a kwestia tego co w nim znajdziemy zależy tylko i wyłącznie od naszych umiejętności i wyobraźni. Podrzucam Wam kilka gorących mołdawskich nazw – nie wszystkie te miejsca odwiedziłem, bo też nie wszystko koniecznie mnie interesuje, więc w paru punktach zaufam innym podróżnikom.

Chisinau (Kiszyniów) – nie wiem co musiałoby się stać, by stolica danego kraju nie była atrakcją turystyczną… chociaż Kiszyniów spośród odwiedzonych przeze mnie stolic najbardziej się do tego stanu zbliża. Niemniej samo miasto ma nieco ciekawej architektury w centrum, nawet więcej dobrych barów rozrzuconych po całym mieście i kilka ciekawych parków oraz pomników. Zieleń jest ogólnie mocną stroną Kiszyniowa, to widać nawet w środku zimy po ilości smutnych bezlistnych drzew. Kiedy zakwitną, będą musiały robić wrażenie. Dłuższy tekst o Kiszyniowie dostarczę Wam już wkrótce.

Naddniestrze – czyli w praktyce Tyraspol. Miejsce kultowe ze względu na swój stan prawny, a raczej jego brak i przynoszące uśmiech po ostatniej edycji Ligi Europy. Serce Tyraspola to ładnie, jak na Mołdawię, utrzymany kawałek typowo wschodniej architektury, raz po raz rozdzieranej triumfalnymi pomnikami Lenina i T-34. Do tego turystycznie dorzucić można parki nad Dniestrem i budzący podziw stadion Sheriffa. Podobnie jak w przypadku Kiszyniowa, o Tyraspolu będę jeszcze pisał. Drugim z naddniestrzańskich miast są Bendery, znane ze swojej twierdzy i faktycznie silnie zmilitaryzowane.

Soroca (Soroki) – jedno z najdziwniejszych miejsc do jakich udało mi się ostatnimi czasy dotrzeć. Jeszcze zanim dojedzie się do miasta warto na moment zatrzymać się i wdrapać na punkt widokowy okraszony religijnym pomnikiem… świecy. Monument przypominający Oko Saurona wyraźnie góruje nad okolicą, a spod jego stóp rozciąga się wspaniała panorama na rzeczną granicę z Ukrainą i miejscowość Cekyniwka. Soroca słynie z zamku, który niestety był zamknięty, gdy do niej dotarliśmy. Zamknięty był nie tylko zamek, ale również większość knajp w mieście, więc ostatecznie skończyliśmy na obiedzie w sieciówce Andy’s Pizza, która miała w ofercie mniej więcej 10% swojego menu. Niezrażeni niepowodzeniami wybraliśmy się jeszcze do cygańskiej dzielnicy i okazało się to strzałem w dziesiątkę – Soroca jest bowiem stolicą mołdawskich Romów, którzy na tamtejszym wzgórzu zbudowali swoją fortecę. W jej sercu znajduje sie Biały Dom Króla Cyganów. A jeśli ktoś nie jest fanem USA to znajdzie tam jeszcze pałac Trianon i włoskie bazyliki. Większość jest nieukończona i niezamieszkana, co obiektywnie zwiększa jeszcze niesamowitość tego miejsca.

Orehiul Vechi (Stary Orgiejów) – jedno z tych miejsc, które nastawione zostały na turystykę. Ze świetnym skutkiem. Położony w malowniczej kotlinie region Starego Orgiejowa słynie z wykopalisk archeologicznych, w ramach których odkryto ślady osadnictwa sięgające starożytności. Centralnym punktem regionu jest położony na wzgórzu klasztor Marii, z którego uchwycić można kapitalną panoramę okolicy. Wokół niego kryje się znacznie więcej – między innymi wykute w skałach klasztory, których historia sięga średniowiecza. My nie mieliśmy zbyt wielu możliwości, by spenetrować zabytkowy kompleks – dotarliśmy tam późnym wieczorem przy kilkunastostopniowym mrozie. Niemniej, wdrapywanie się po nieodśnieżonych, oblodzonych schodach na klasztorny szczyt z chęcią zaliczam do najciekawszych wspomnień z europejskich wojaży. To jedno z nielicznych miejsc w Mołdawii, o którym z całą pewnością można powiedzieć, że warto spędzić tam więcej czasu – szczególnie, że jest gdzie, bo wioska Butuceni pełni dzisiaj rolę wiejskiej skansenu, a na jej terenie można znaleźć wiele ciekawych miejsc noclegowych z pogranicza eko- i agro- turystyki.

Cricova i Milesti Mici – czyli legendarne mołdawskie winnice. Monumentalne sieci podziemnych korytarzy (odpowiednio 120 i 200 kilometrów!), które pełnią rolę podziemnej stolicy mołdawskiego winiarstwa. Zwiedzać je można, a nawet należy samochodem – optymalnie z wynajętym kierowcą, by przy okazji wycieczki przystąpić do degustacji miejscowych specjałów. Sama winna wyprawa jest jak na Mołdawię dość droga, a organizując ją należy liczyć się z wydatkami przekraczającymi 100 złotych od osoby – co w przypadku podróżowania po tej byłej radzieckiej republice jest „solidną” kwotą. Z racji sporego zainteresowania winnicami wizytę tam najlepiej bookować z wyprzedzeniem – poprzez agencje turystyczne bądź (najlepiej) hotel / apartament w którym się zatrzymujemy.

Z miejsc, do których warto zawinąć mogę wymienić jeszcze Bielce – drugie co do wielkości miasto Mołdawii, które słynie z tego, że… praktycznie niczego w nim nie ma, a to oznacza, że można poczuć tam wewnętrzny klimat kraju. Ciekawą opcją na wycieczkę jest też położona na południu kraju Republika Gagauzji, ale to jedno z tych miejsc, na które zabrakło nam czasu i do którego z pewnością jeszcze kiedyś się wybiorę.

Zamiast turystyki – ludzie

Nowi znajomi dają się w Mołdawii znaleźć znacznie łatwiej niż cokolwiek innego. I piszę to jako osoba dość introwertyczna. Często do tego, by ktoś do nas zagadał wystarczy, że mówimy w innym języku. Zdarzało nam się to wszędzie, w autobusach, w barach, a nawet na ulicy. My w zasadzie nie byliśmy dłużni i tutaj mogę Wam w tajemnicy podpowiedzieć, że zagadywanie do dziewczyn na ulicy w Kiszyniowie działa – i chociaż nie robiłem tego w żadnym innym kraju to po stuprocentowej skuteczności wnioskuję, że działa wybitnie dobrze. Myślę, że w drugą stronę też można odnieść sukces – nasze męskie znajomości wzięły się akurat ze wspomnianych wyżej barów niż z ulicy, ale Mołdawianie wydają się równie otwarci na zagraniczne znajomości do Mołdawianki. Dla wielu z nich to pewnie jedna na pół roku okazja, by podszkolić trochę angielski.
Właśnie, angielski – kiedy lecieliśmy do Mołdawii, mieszkająca tam polska stewardessa mówiła nam, że współczesna lingua franca bywa bezużyteczna nawet w Kiszyniowie. Doświadczenie zweryfikowało jej słowa zupełnie negatywnie – młode pokolenie Mołdawian bardzo dobrze radzi sobie z angielskim, powiedziałbym wręcz że lepiej niż niejedna nacja z południa czy wschodu Europy. Problem zaczyna się oczywiście ze starszymi ludźmi – ale to przecież urok większej części tego świata. W efekcie znowu nie udało mi się podszkolić rosyjskiego.
Nie bez przyczyny akcentuję wartość nawiązywania znajomości w Mołdawii – przy ubogiej wartości turystycznej kraju, to właśnie zagłębienie się w meandry społeczeństwa staje się atrakcją i intelektualnym wyzwaniem. Wyzwaniem niełatwym, bo dosłownie każdy Mołdawianin, z którym rozmawiałem przedstawił mi inną wizję miejscowej rzeczywistości. A zatem spotkałem Rumunów, mołdawskich Rumunów, Rosjan, mołdawskich Rosjan, a nawet osoby pochodzące z polskich Kresów. Uzbierałem z tego układankę na tyle skomplikowaną, że wylatując z Kiszyniowa sam już nie wiedziałem, czy obecny rząd jest prorosyjski też może proeuropejski. Nieoczywistość mołdawskiej sytuacji politycznej daje do myślenia w kontekście losów postsowieckiego pogranicza, a zaobserwowany przeze mnie konflikt rumuńsko-rosyjski wewnątrz kraju przypominał mi problemy dwunarodowościowe Łotwy i Estonii.

Czy warto?

Często powtarzam, że nie ma na świecie takiego miejsca, które nie byłoby warte odwiedzenia. Każdy region posiadający swój własny charakter jest jak oczekujący na zbadania osobny atom na mapie. Nie inaczej jest w tym przypadku – Mołdawię zdecydowanie warto odwiedzić. Bo chociaż niezłe wina i klasztory to nie jest europejski TOP, to jednak niewielka postradziecka republika skrywa w sobie sprawy znacznie istotniejsze. Rozdarta pomiędzy Rumunią a Rosją, wyrzucona poza nawias nowoczesnej Europy, kumuluje w sobie wszelkie anioły i demony wschodu, tego samego, do którego chcąc nie chcąc należy Polska. Odkrycie Mołdawii jest jednym z puzzli, które pozwalają nam ułożyć właściwą mozaikę współczesnego świata i pod tym względem warto wybrać się do Kiszyniowa i okolic – polecam Wam jednak zrobić to latem, a wyprawę połączyć z odwiedzeniem drugiej części Mołdawii. Tej, która wskutek złożoności ludzkiej historii znalazła się w dzisiejszej Rumunii.

Dodaj komentarz