Moja wielka osobista podróż. Cztery spojrzenia na Bratysławę

„Cztery spojrzenia na” to seria tekstów, w których przypominam sobie i opisuję wrażenia z miejsc, które odwiedziłem jakiś czas temu. To moje blogowe lekarstwo na uziemienie spowodowane przez pandemię. Pisząc teksty będę starał się przeżyć najciekawsze wyjazdy jeszcze raz i, pomimo upływu lat, włożyć w nie osobisty pierwiastek. Nie będą to jednak relacje pisane „na gorąco” – część informacji mogła się zatem zdezaktualizować. Bratysławę odwiedziłem czterokrotnie – w 2015, 2016 i dwukrotnie 2019 roku.

Czytając różne teksty o Bratysławie często spotykam się z opiniami, że to miasto znajdujące się nieco w cieniu, oferujące trochę mniej niż inne stolice regionu. Albo po prostu inne stolice dawnych Austro-Węgier. Z drugiej strony pojawiają się oczywiście opinie odpierające ten pogląd, stawiające Bratysławę na piedestale i walczące o jej dobre imię. Czy prawda leży pośrodku? Okej, mając za bezpośrednich konkurentów Wiedeń i Budapeszt niełatwo wygrać rywalizację o serca turystów. Ale dla mnie stolica Słowacji zawsze będzie miejscem wyjątkowym. Przede wszystkim dlatego, że przed kilkoma laty to właśnie tam wybrałem się z kolegami na nasz pierwszy samodzielny zagraniczny wypad. I nawet jeśli mogę zgodzić się z obiektywnymi argumentami stawiającymi Bratysławę raczej w drugiej lidze atrakcyjnych stolic, to zawsze będę wracał do niej sentymentalnie.

Dzisiejsza podróż, pierwsza z nowego cyklu, będzie w dużej mierze opowieścią o sentymencie. W tym sentymencie stolica Słowacji będzie na samym szczycie. Może i nie ma w Bratysławie atrakcji, które pozwalałyby jej na grę w turystycznej ekstralidze europejskich stolic. Trudno. Nie zawsze trzeba być na samym szczycie, by się liczyć. Dla mnie stolica Słowacji jest właśnie takim miejscem. Liczącym się. Subiektywnie wyjątkowym, a obiektywnie… odpowiednim na kilkudniowy wyjazd.

Zachwyt początkującego, uznanie doświadczonego

Ta opowieść będzie rozpięta w czasie, ale najpierw i przede wszystkim jest rok 2015 i całkiem ciepły marcowy weekend. Niedawno przyjechaliśmy do Bratysławy PolskimBusem (łezka w oku!), zdążyliśmy lekko pobłądzić szukając hostelu i właśnie ruszamy na pierwsze spotkanie ze starym miastem. Czego się spodziewam? Nie wiem, ale przekraczając strzegącą dostępu do starówki Bramę Michalską czuję się trochę wyrwany z rzeczywistości. Jest wczesny wieczór, a mnie otacza gwar budzących się do życia barów. Chodzimy od miejsca do miejsca, znajdując kolejne zapisane wcześniej atrakcje. Stary Ratusz, charakterystyczna rzeźba robotnika „Čumila”, Teatr Narodowy. Spacerujemy, szukamy, odkrywamy, pijemy. Jesteśmy sami, nikt i nic nie ogranicza naszego planu. W końcu podchodzimy na opustoszały o tej porze Zamek Bratysławski, jaśniejący symbol miasta. Wspinamy się uroczą alejką ku Bramie Zygmunta, kręcimy się po murach, pijemy piwo. Albo i nie pijemy? Już nie pamiętam. Zapytacie mnie, gdzie w tym wszystkim wyjątkowość Bratysławy? Nigdzie, absolutnie nigdzie, poza moją głową. Moglibyśmy być w Wiedniu, Pradze, Berlinie i pewnie czułbym się podobnie. Chociaż… swoista zwartość i „klaustrofobiczność” bratysławskiej starówki zadziałała na pewno na plus, bo uwielbiam takie miejsca. Przestrzeń delikatnie zabija klimat. Będąc w Bratysławie za każdym razem czułem się wciągnięty, wręcz przytulony przez otaczające budynki. Niczym w jakimś włoskim miasteczku. To swoisty ewenement w naszej części Europy.

Tymczasem następuje przeskok i jest czerwiec roku 2019. Za kilka miesięcy zrealizuję jedno ze swoich dziecięcych marzeń – odwiedzę wszystkie państwa Europy. Teraz jestem jednak pilotem studenckiej wycieczki do Bratysławy i Wiednia. Skupiamy się na stolicy Austrii, ale to tutaj śpimy i imprezujemy. Tutaj też mamy problemy, bo okazało się, że w naszym hostelu, skądinąd wysoko ocenianym, są pluskwy. A jak są pluskwy to gryzą. A jak gryzą to mnie. Chyba mam coś we krwi, bo komary też tną mnie jak, pardon, popierdolone. Staram się jednak przejść nad tym do porządku dziennego i rzucam Bratysławie wyzwanie. Wychodzę jej na spotkanie mając przed oczami wizję sprzed czterech lat. Odwiedzam kilka nowych miejsc, takich jak (wstyd się przyznać) Niebieski Kościół. Znowu wchodzę na zamek, by spojrzeć z niego na Dunaj i odległe blokowiska Petrżalki. Wszystko jest na swoim miejscu, Bratysława zdaje test czasu.

Spacerując po zaułkach bratysławskiej starówki można trafić w miejsca, które wyglądają niemal zupełnie obco. Tutaj na pierwszy rzut oka obstawiałbym jakiś południowoeuropejski kraj. Ale na „drugi rzut oka” widać już przecież zamek, którego nie sposób pomylić z żadnym innym.

Nad pięknym, modrym Dunajem

Dunaj w pewnym sensie definiuje Bratysławę, co jest banałem, bo z tą rzeką związane są życie i historia dziesiątek europejskich miast. Spacerując po historycznym centrum trzeba prędzej czy później stanąć nad tą wielką rzeką. Robiłem to nieraz. Spoglądanie na Dunaj i odpoczywanie gdzieś między Starym Mostem a Mostem SNP to mój bratysławski klasyk. A jak Most SNP to oczywiście podziwianie słynnej restauracji w formie UFO zawieszonej na szczycie. Nigdy nie wjechałem na górę, ale wtedy, w marcu, postanowiliśmy ruszyć się wzdłuż Dunaju w inny sposób. Wsiedliśmy w autobus i dojechaliśmy do Devina, wioski słynącej z zamku położonego nad samą rzeką. Gdzieś po drodze mija się kamieniołom, gdzieś po drodze towarzyszył nam prosty turystyczny strach, bo przez jakieś problemy nie mogliśmy kupić biletów i część z nas pojechała na gapę. Albo wszyscy? Już nie pamiętam.

I znowu sentymentalny obrazek – stoję na murach ruin zamku Devin i spoglądam za Dunaj, na ziemię należącą już do Austrii. Kiedyś w tym miejscu znajdowała się granica Imperium Rzymskiego. Kiedyś w tym miejscu znajdowała się granica państwa, które dzisiaj nazywamy Polską. Krótko, za Chrobrego, ale przecież liczy się. Na tych murach w dobie słowackiego przebudzenia narodowego stawał Ľudovít Štúr, o którym nieraz wspominałem w słowackiej serii. A teraz Devin, co prawda ważny, ale jednak jeden z wielu słowackich zamków, urasta do miana miejsca kultowego również w mojej podróżniczej mitologii. Jak dobrze, że koronowe uziemienie dało przynajmniej pole do refleksji.

Dunaj widziany z devińskich ruin. Dalej jest już Austria i droga do Wiednia, o którym też napiszę jeszcze parę słów w ramach czwartkowych wspomnień.

Braki i odkrycia, czyli knajpy zamiast muzeów

Mój sposób zwiedzania Bratysławy miał swoje plusy i minusy. Największym minusem jest to, że nigdy nie starczyło mi czasu na odwiedzenie najważniejszych muzeów. Przed laty byłem skoncentrowany na innych rozrywkach, a później wpadałem tu na chwilę, albo na poranki i wieczory. Najbliższym spotkaniem z historią był chyba zawsze Slovak Pub, kultowa knajpa na żyjącej do późna ulicy Obchodnej. Slovak ma niby jakieś sale przedstawiające historię Słowacji, ale zawsze jest tak nabity, że ciężko to ocenić. Niewątpliwie natomiast serwują tam świetne haluszki i ciemne piwo. Dla mnie wystarczy.

Ulica Obchodna oferuje jednak jeszcze jedno miejsce, które moim zdaniem bije na głowę Slovak Pub. Miejscówka nosi nazwę KGB Pub i jest mrocznym skansenem pamiątek po epoce komunizmu. Czerwone flagi i popiersia Lenina są tam na porządku dziennym, a wszystko to przy akompaniamencie ostrego rocka i punka. Absolutnie cudowne miejsce. Chyba moje pierwsze barowe „odkrycie” w historii podróży, pierwsze z wielu, bo z czasem trafialiśmy do równie klimatycznych i odjechanych miejsc w całej Europie.

Zielony reset w mieście

Ostatni dzień pamiętnego marcowego wyjazdu. Gdzieś po drodze wpadamy do informacji turystycznej, żeby dopytać o kilka rzeczy. Minie kilka lat, zanim podczas wyjazdów zacznę znowu korzystać z informacji turystycznych. Bo przecież młodemu ambitnemu podróżnikowi nie wypada – on wszystko znajduje na własną rękę! Bzdura. Ale wróćmy do Bratysławy. W punkcie informacyjnym znajdujemy drogę na wzgórze Kamzik, górujący nad miastem lesisty szczyt zwieńczony potężna wieżą telewizyjną. Kamzik oznacza po słowacku kozicę. Nazwa podobno wzięła się od miejskich kóz, które błądziły na zboczach góry. Tego dnia w okolicy błądzą jednak nie kozice, a trzej polscy turyści. Głupia sprawa, źle zrozumieliśmy rozkład jazdy i zamiast wjechać na górę, to zrobiliśmy wokół niej kółko. Ale za drugim razem już się udało. Anegdoty są za to bezcenne.

Ostatecznie nie zdobywamy nawet szczytu góry, bo obawiamy się spóźnienia na autobus powrotny. A takie rzeczy nie mogą się przecież zdarzyć na pierwszym wyjeździe. Nie spóźniamy się. Zostawiamy Bratysławę otwartą na przyszłe wizyty, bo sporo zostało tu jeszcze do zobaczenia. Myślę o tym z perspektywy czasu. W sumie to zobaczyliśmy niewiele. Ale nie musieliśmy, bo przecież przeżyliśmy wszystko. Nie da się ukryć, że wtedy wszystko się zaczęło.

Niewiele mam zdjęć z Bratysławy, a jeśli czytacie zapiski od początku to wiecie, że kiedyś zdjęć nie było tu prawie w ogóle. Ze stolicy Słowacji wygrzebałem jeszcze taki kadr, z wężem i kościołem. Znanym kościołem, bo to chyba jedna z największych atrakcji miasta.

Dodaj komentarz