Miejskie impresje: Prisztina – Bill Klinton na Dzikim Zachodzie

Miejskie impresje: Prisztina – Bill Klinton na Dzikim Zachodzie

Do dzisiaj nie potrafię wyjaśnić źródeł tego uczucia, ale spacerując w oślepiającym słońcu ulicami Prisztiny miałem odczucie jakbym był gdzieś na innym kontynencie, a raczej gdzieś między Teksasem a Patagonią. Piszę „a raczej”, bo w Ameryce nigdy nie byłem, ale ten klimat mniej więcej pasował do mojego apriorycznego wyobrażenia miast wyrastających wśród spalonych słońcem stepów. Lekki bałagan, jasne budynki, rzesze rozgadanych ludzi na ulicach i dość jałowa okolica. To wybiło Prisztinę na pozycję zupełnie nowego przeżycia na Bałkanach. A zaraz za geografią poszły kolejne fazy poczucia odrębności – przede wszystkim historycznej, która zaczyna się gdzieś w okolicy jedynego na świecie pomnika Billa Clintona. Albo Klintona, jak wolą miejscowi.

Stolica w budowie

Jak na najmłodszą stolicę Europy przystało, Prisztina przechodzi okres intensywnej rozbudowy. Wjeżdżając do miasta od strony południowej uderza pewien kontrast w stosunku do oglądanych wcześniej Serbii i Macedonii. Budownictwo wydaje się nowe, z daleka jest zupełnie uporządkowane i nietknięte twardą ręką komunistycznego funkcjonalizmu. Atutem Prisztiny jest zatem jej inność, przywodząca na myśl wszystko, ale nie oglądane w trakcie reszty wyjazdu Bałkany. Jakby została wycięta i wklejona, ale to przecież poniekąd zupełnie współgra z historią Kosowa.

Dojeżdżając autobusem na główny dworzec zostajemy wyrzuceni kawałek poza centrum miasta, do którego trzeba dojść przez jedną z dzielnic usługowo-mieszkalnych. To kolejna okazja do złapania atmosfery miasta. Kiedy ruszyliśmy w górę jednej z zatłoczonych arterii prowadzących do centrum, akurat odbywały się muzułmańskie modlitwy. Setki ludzi przysiadło przy jednym z osiedlowych pawilonów, w którym zorganizowane zostało nabożeństwo. Kawałek dalej wszystkiemu przypatrywał się kiczowaty pomnik Billa Clintona, jednego z bohaterów walki o wolne od Serbii Kosowo. Swojemu mężowi towarzyszy Hillary zaklęta w butik z ubraniami. Wszystko to razem wzięte wprowadza pewną atmosferę południowej tymczasowości, która nie opuści nas aż do powrotu do Macedonii.

Posuwając się w górę alei Billa Klintona trafiamy pod Katedrę Matki Teresy, usytuowaną przy ulicy Xhorxha Busha. Średnio zainteresowani religią, przeskakujemy szybko na drugą stronę, gdzie za „nieco” podniszczonym parkiem kryje się Uniwersytet Prisztiński, którego znakiem rozpoznawczym jest budynek Biblioteki Narodowej. Budynek bardzo kontrowersyjny, notowany w rankingach najbrzydszych budowli Europy, ale z pewnością stanowiący symbol współczesnego Kosowa. Zaraz obok znajdują się ruiny czegoś, co miało niegdyś stać się prawosławną cerkwią – dzisiaj uczelnia posiadająca wszystkie otaczające ją grunty blokuje możliwość renowacji i konserwacji budynku.

Szlakiem krótkiej historii

Minąwszy ponurą cerkiew i futurystyczną bibliotekę ruszamy w stronę znaku rozpoznawczego stolicy Kosowa – napisu NEWBORN, przerobionego w 2018 na NEW10RN na część dziesięciolecia deklaracji niepodległości. Spod niedającego się łatwo uchwycić w obiektywie aparatu monumentu ruszamy w stronę czegoś, co z góry zdefiniowaliśmy jako „dzielnicę historyczną” – czyli w kierunku Muzeum Historii Kosowa i najsłynniejszych lokalnych meczetów. Po drodze mijamy Stadion Narodowy i Urząd Miasta, a okolica sprawia wrażenie zupełnie ułożonej jak na Bałkany.

Muzeum narodowe nie rzuca na kolana. Znajdziemy tam dość zabawny witraż z Matką Teresą, sporo pamiątek związanych z wojnami toczonymi w XX wieku i salę flagową, w której znajdziemy barwy wszystkich państw, które uznały niepodległość Kosowa. Największa spośród nich to oczywiście niebiesko-żółta flaga młodej republiki, którą bardzo łatwo przypadkowo przewrócić na ziemię, co prawie mi się udało. Prawie, bo w porę złapałem upadający drzewiec i nie zdążyłem zbytnio zaplusować u Serbów 😉

Wychodząc z muzeum trafiamy do bardziej orientalnej części śródmieścia, wśród której wybijają się minarety dwóch znanych prisztińskich meczetów – Jashara Pashy i Sułtana. Prosto z tego drugiego schodzimy na lokalny bazar, gdzie dominują piłkarskie koszuli Xherdana Shaqiriego i różnego rodzaju pamiątki związane z Albanią i Kosowem. Oprócz nich dostaniemy tam oczywiście wszelkie podróbki najpopularniejszych europejskich marek – czyli swoisty znak rozpoznawczy drobnego handlu w Kosowie.

W krainie Lacoste i Versace

Stragany z podróbkami wyrastają jak grzyby po deszczu w miarę zbliżania się do centralnej alei miasta – alei Matki Teresy. Jej początek wyznacza pomnik Skanderbega, bohatera narodowego Albańczyków. Im dalej w las, tym więcej zegarków, pasków, koszulek i Ray-Banów. Wszystko to wśród modnych knajp i straganów z watą cukrową i kukurydzą. Zawartość straganów jest z resztą dobrze widoczna również na mieszkańcach Prisztiny – w żadnym innym miejscu na Bałkanach nie widziałem tylu ludzi w bluzkach z jeźdźcami polo i krokodylami. Ciekawe jak w Prisztinie czują się ci, którzy zdecydowali się kupić oryginał!

Szukając lokali z jedzeniem bądź tanim piwem warto zboczyć w jedną z bocznych uliczek i zawitać choćby do wysoko notowanej Taverny Tirona. Nie dość, że nie jest tu drogo, to jeszcze wybór trunków i posiłków w wielu miejscach zaskakuje bogatością. Istotnie bowiem Kosowo nosi w sobie sporo sprzeczności – i nieraz można w nim poczuć się paradoksalnie bardziej europejsko niż w wielu innych zakątkach byłej Jugosławii. Tym bardziej, że przecież płacimy tam w euro.

Gdzieś pomiędzy podróbkami Lacoste a kolejnym pomnikiem kosowskiego bohatera narodowego skończyła się nasza przygoda z Prisztiną. Wracając na autobus do Skopje zastaliśmy mijane wcześniej w pełnym słońcu dzielnice w stanie lekkiego wieczornego uśpienia, wśród którego z wolna przemykały czarne mercedesy i dostawcy pizzy na skuterach. Udało nam się złapać jeden z ostatnich powrotnych minibusów, chociaż nie obyło się bez zmartwień, bo przy braku jakiejkolwiek informacji na dworcu nasza maszyna spóźniła się o kilkadziesiąt minut. Dalej było równie ciekawie, z rozpadającymi się fotelami, ledwo działającą klimatyzacją i przedziwnymi kontrolami policji po drodze. Wyjechaliśmy z kraju nie dostając nawet drugiej, wyjazdowej pieczątki. Poniekąd Kosowo zostawiło nas zatem w sobie – na szczęście od strony tej bezpieczniejszej granicy.

Bill Clinton wita przyjezdnych na alei prowadzącej do prisztińskiego dworca.
Zbudowana dekadę temu katolicka Katedra św. Matki Teresy. Prawosławni nie mają tyle szczęścia do inwestycji w Kosowie.
Jedno z nielicznych miejsc, w których można uchwycić całość fasady Biblioteki Narodowej.
Nieukończony Sobór Chrystusa Zbawiciela, o który cały czas toczy się prawny i religijny spór w Prisztinie.
Jeden z wielu pomników dedykowanych bohaterom lokalnych walk o niepodległość – ten poświęcony został kobietom biorącym udział w wojnie z Serbią.
Newborn oglądany od drugiej strony wraz z częścią śródmieścia – wyglądającą zupełnie europejsko jak na biedną część Bałkanów.
Minarety dwóch najważniejszych meczetów wyłaniają się zza budynku Muzeum Historii Kosowa.
Meczet Sułtana oglądany z dziedzińca.
Pomnik Skanderbega nie jest tak imponujący jak jego odpowiednik w Tiranie, ale wciąż budzi respekt.
Przygotowania do festiwalu filmowego i kolejne spojrzenie na ciągnące ku współczesności Kosowo.

Dodaj komentarz