Miejskie impresje: Kiszyniów – brutalne piękno peryferii

Miejskie impresje: Kiszyniów – brutalne piękno peryferii

Mołdawia wciąż stanowi jedno z najsłabiej poznanych miejsc na mapie Europy. Wśród wielu z nas zastanowienie budzi sam fakt, czy jest sens wybierać się tam na dłuższy wyjazd nie będący dodatkiem do zwiedzania Rumunii bądź Ukrainy. Ja tak zrobiłem – i nie żałuję. Kiszyniów był podczas tego kilkudniowego wypadu moją bazą noclegową, ale między wyjazdami miałem dość czasu, by poznać go nieco dokładniej. Mam dla Was trochę wspomnień, trochę niestandardowych zaproszeń i trochę zdjęć, wśród których znajdziecie też pożyczone z internetu – Kiszyniów zwiedzałem bowiem głównie nocą, w środku zimy, która odbiera miastu sporo uroku.

(Nie)łatwa podróż

Żeby dostać się do Kiszyniowa wybrałem opcję budżetową, a szybkie wyliczenia geograficzno-matematyczne kazały mi w tym celu lecieć przez włoską Bolonię. Tak też zrobiłem, a moja podróż wydłużyła się o parę przystanków na Półwyspie Apenińskim. Luźna włoska kultura stanowiła dobry wstęp do mołdawskiej rzeczywistości, w której z wyjątkiem ruchu ulicznego mało kto się spieszy. Nigdy jeszcze procedury lotniskowe nie były tak długie. I nawet nieco uciążliwe, bo pan w okienku wypytywał mnie o to, czy znam kogoś w Mołdawii i w którym hotelu mam nocleg. Jestem niemal stuprocentowo pewien, że nie miał prawa oczekiwać odpowiedzi. Z resztą nie dostał jej, bo nie pamiętałem adresu naszego apartamentu. Przeszedłem bez problemu. Była to zatem, jak mniemam, popisówka młodego strażnika granicznego przed przełożonymi, którzy w wojskowych czapach kręcili się w pobliżu. Zatrzymam się tu na chwilę, bo sama kwestia apartamentu też ma swoją historię.

Na dzień przed wylotem do Włoch zorientowałem się bowiem, że zarezerwowany na booking.com nocleg to ściema, która na przestrzeni kilku miesięcy między rezerwacją a wyjazdem dostała masę niepochlebnych opinii. Nie mogłem już odwołać rezerwacji bezpłatnie, więc pierwszy raz w życiu musiałem skontaktować się z pomocą booking. Muszę przyznać, że poszło bardzo gładko i przyjemnie, pan z obsługi przyjął moje zgłoszenie, spróbował skontaktować się z obiektem, a kiedy to oczywiście nie wypaliło – darmowo cofnął moją rezerwację. Mogłem szukać noclegu od nowa, na dzień przed przylotem na miejsce. Był styczeń, więc na szczęście nie miałem z tym problemu i dorwałem świetny apartament przy głównej ulicy miasta. Wyszło podwójnie na plus.

Droga z lotniska do miasta to niedrogi kawałek, ale jeśli bierzemy taksówkę trzeba uważać na naciągaczy i korzystać tylko z oficjalnych korporacji, których biura znajdziemy jeszcze w terminalu lotniczym. Wjazd do miasta został zaprojektowany tak, by robić wrażenie. Zbliżających się od strony południowej witają Wrota Miasta, dwa gigantyczne brutalistyczne bloki układające się w skrzydła, za którymi rozpościera się główna arteria mieszkaniowego kolosa, dzielnicy Botanica. Niestety przez cały mój wyjazd ani na chwilę nie wyjrzało słońce, bym mógł sfotografować wrota miasta w pełnej krasie. Ale na koniec podzielę się z Wami tym, co mam!

Perła architektury, której nie lubimy

Pokonując wrota widzimy już inny świat. Zza przydrożnej zieleni wyłaniają się setki mniej bądź bardziej kolosalnych bloków składających się na „typowe komunistyczne osiedle”. Przypomina mi to Mińsk, chociaż wiele elewacji jest w znacznie gorszym stanie. Wygląda na to, że podobnie jak Rumuni, Mołdawianie skupiają się na tym co w środku, a nie na zewnątrz. Botanica to w istocie największa miejska sypialnia – niemal wszyscy spotkani lokalsi mieszkali właśnie tutaj. Zjeżdżając z głównej ulicy, noszącej nazwę Bulevardul Dacia, znajdziemy sporo ciekawych i, co nieco zaskakujące, droższych restauracji i barów. Położone po obu stronach Bulwaru osiedla pozwalają z kolei przenieść się do Polski lat 90-tych, albo i wcześniej – stare samochody, zniszczone place zabaw i naruszone, odnawiane często w cały świat elewacje bloków. Jest biednie, ale jest klimatycznie. Nie byłem w środku żadnego z mieszkań, ale tak jak pisałem – Mołdawianie mówili mi, że przywiązują wagę do tego jak ich miejsce zamieszkania wygląda wewnątrz.

Kiedy docieramy do centrum obraz znacząco nie zmienia się – wciąż prowadzi nas szeroka aleja, tym razem poświęcona Stefanowi cel Mare czyli Stefanowi Wielkiemu. Pierwszym, co rzuca się w oczy jest niesamowita, zapierająca wręcz dech w piersiach, ilość… kantorów. Przeliczniki wymiany walut widzimy tutaj co 50, czasem 100 metrów. Na faktycznych kantorach, na bankach, na sklepach, wszędzie! Sprawcą całego zamieszania są mołdawscy pracodawcy, którzy w celu uniknięcia podatków płacą pracownikom w obcych walutach, a ci po otrzymaniu każdej wypłaty lecą zamienić ja na mołdawskie leje. Oczywiście ciężko spodziewać się, by główna ulica Kiszyniowa rzucała na kolana kamienicami czy też innymi założeniami urbanistycznymi – znajdziemy tu co prawda trochę brutalistycznych perełek, ale poza tym większość to lokale użytkowe.

Sytuacja zmienia się nieco w dalszej, bardziej reprezentacyjnej części ulicy. To tam znajdziemy Teatr Narodowy im. Mihaia Eminescu, miejski ratusz czy w końcu Łuk Triumfalny otwierający drogę do Parku Miejskiego kryjącego w sobie prawosławny Sobór Narodzenia Pańskiego. Naprzeciw parku znajdziemy budynek mołdawskiego rządu, który razem z pomnikiem Stefana Wielkiego otwiera drogę do czegoś na wzór dzielnicy rządowej. Znajdziemy tam ambasady, budynki rządowe, droższe hotele i restauracje oraz teatry i muzea. Wszystko to poprzecinane jest zniszczonymi budynkami, które ciężko nazwać inaczej niż slumsami, na czele ze zdewastowanym stadionem piłkarskim Dinamo.

Po drugiej stronie centralnej alei znajdziemy między innymi miejski Rynek, w który mogą zagłębić się poszukiwacze staroci, tanich podróbek, lokalnych produktów i wszystkiego tego, co wschodnie rynki oferują. Jeśli chodzi o starocie to warto poszperać też po straganach przy głównej ulicy i w pobliżu muzeów – widziałem tam na przykład sporo radzieckich pamiątek z kultowymi uszankami na czele. Rynek Główny to też miejsce, z którego możemy złapać autobusy i marszrutki wyruszające w świat, przede wszystkim do Tyraspola. Nie obowiązują oczywiście żadne rozkłady jazdy ani nawet dokładnie wyznaczone przystanki. Ale spokojnie, to co najmniej instynktowne.

Wśród miejskiej dżungli kryje się wiele ciekawych pomników i brutalistycznych molochów, chociaż ku mojemu rozczarowaniu kiszyniowski pomnik Lenina nie umywa się do tych w Naddniestrzu czy Białorusi. Znajdziemy za to inne, poświęcone lokalnym bohaterom i wydarzeniom. Kultowym miejscem, w którym mogą zatrzymać się fani dawnego klimatu jest trzygwiazdkowy Hotel Cosmos położony przy wjeździe na główną aleję miasta. Po drugiej stronie znajdziemy nieco droższy, ale też wschodnio-klimatyczny Hotel Kiszyniów. Dalej aleja Stefana wpada w centra handlowe i kolejne osiedla mieszkaniowe, które imponująco wyglądają szczególnie z oddali i odpowiedniej perspektywy.

Alkohol, taniec i bogaty Zachód

Kiedy zwiedzimy już wszystko, co w Kiszyniowie mieliśmy do zwiedzenia (a przy dobrej organizacji to kwestia jednej doby, ja byłem tam zimą więc rozbiłem to na kilka tur zwiedzania, a i tak zamknęli mi parę muzeów przed nosem) warto zatrzymać się w jednym z topowych barów. Najpopularniejszym jest The York Pub, prowadzony przez Anglika, który jakiś czas temu osiadł w Kiszyniowie. Można znaleźć tam alkohole z różnych stron świata i posiedzieć przy dźwiękach muzyki granej na żywo przez lokalnych wykonawców. Moim ulubionym celem wieczornych wypadów został Revolution Pub, urządzony w komunistycznym klimacie bar z kraftowym piwem połączony z lewicową czytelnią. Niestety, czytam właśnie, że został zamknięty… Szkoda, było to miejsce w którym przy okazji każdej wizyty można było spotkać miejscowych studentów i pogadać z nimi na luzie na polityczne czy kulturowe tematy. Przy następnej wizycie będę musiał poszukać czegoś w zamian.

Oprócz tego są oczywiście kluby, których nie miałem okazji sprawdzić. Miejscowe dziewczyny mówiły mi, żebym spróbował, bo mój wygląd jest w cenie na wschodzie (brzmi groźnie!), ale chęć odwiedzenia Naddniestrza czy północy kraju była we mnie silniejsza. Aha, pamiętajcie, że Mołdawia jest jedną ze stolic europejskiej seksturystyki. To może ułatwiać pewne działania, ale w rozmowach z miejscowymi kobietami możecie być w pierwszej kolejności odbierani właśnie jako bogaci faceci z zachodu, którzy przyjechali poruchać. Ja spotkałem się z tym prawie za każdym razem i dobrze na początku rozmowy ustalić po co tam jesteście 😉

Centrum kryje w sobie też sporo restauracji, ale kuchnia mołdawska nie wyróżnia się raczej niczym na tle Rumunii i Ukrainy. Stuprocentowo pewne lokalne dania możemy zjeść w sieciówkach La Placinte i Andy’s Pizza, ale warto trochę zaryzykować i rozejrzeć się za bardziej alternatywnymi miejscami. Mamy oczywiście do wyboru również międzynarodowe sieciówki, ale z nich godna uwagi jest tylko kawiarnia Tucano, bo resztę znajdziemy też w Polsce.

Kiszyniów nie ma w sobie wiele naturalnych atrakcji, spotkałem się z opiniami, że jest to najbrzydsza stolica Europy. Nie wiem czy jest najbrzydsza, ale na pewno nie jest najładniejsza. Mimo to kryje w sobie wiele zakątków, które warto odwiedzić by przenieść się w świat bliski nam, ale zarazem podążający zupełnie inną ścieżką po upadku komunizmu. Spotkamy też też wielu ciekawych ludzi, od których w zależności od ich pochodzenia i przeżyć usłyszymy diametralnie różne historie o tych samych sprawach. Myślę, że to jest największa zaleta Kiszyniowia – możliwość zbliżenia się do lokalnej społeczności, poznania miejscowego świata, a w bonusie za niewielkie pieniądze możemy wybrać się do teatru czy filharmonii. Niewątpliwie jest to coś, czego szukałem w podróży, a co Kiszyniów dał mi niemalże na tacy.

Garść informacji praktycznych:

Jak tam dotrzeć? Klasyczne opcje są dwie – samolot i droga lądowa przez Ukrainę. Bezpośrednio z Polski dolecimy tylko LOTem, a to oczywiście generuje dodatkowe koszty. Budżetowo do Kiszyniowa przedostaniemy się m.in. przez Berlin i Włochy – ja leciałem przez Bolonię i wyszło taniej, niż gdybym skorzystał z usług naszego narodowego przewoźnika. Oczywiście można też połączyć zwiedzanie Mołdawii z wizytą w Rumunii bądź Ukrainie. Popularna trasa prowadzi przez Lwów i Czerniowce, można dojechać też pociągiem do Odessy, ale przekraczanie granicy mołdawskiej przez Naddniestrze bywa kapryśne.

Gdzie spać? Najlepiej wynająć prywatny apartament, są one tanie, wygodne i często położone tak bardzo w centrum, jak tylko się da. Mój nocleg na booking.com nazywał się Main Street Apartments i polecam go z czystym sercem. Alternatywna opcja to klimatyczne hotele, na czele z dwoma wspomnianymi wyżej w tekście.

Co zwiedzić? Perły miejscowego brutalizmu, kilka najważniejszych mołdawskich muzeów, wielkie osiedla mieszkaniowe i lokalne bary 😉 Ciekawym miejscem są pozostałości miejscowego getta i dawny cmentarz żydowski położony w dzielnicy Buiucani, ale niestety nie dotarłem tam, więc nie napiszę nic więcej.

Monumentalna Brama Miasta nie pozwoliła nam się korzystnie sfotografować. Myślę, że w całej okazałości łatwiej uchwycić ją wiosną i latem, gdy kwitną okoliczne drzewa.
Kiszyniowski Łuk Triumfalny nie jest zbyt imponujący, a przejść pod nim mogą jedynie piesi. Well, to były jeszcze czasy mojego starego telefonu, więc nie będę katował Was jakością nocnych zdjęć.
Hotel Cosmos. Jedno z tych miejsc, w których rozważę zatrzymanie się, gdy tylko wrócę do mołdawskiej stolicy 😉
A to widok z okien mojego apartamentu przy głównej alei miasta – znajdujący się na jej tyłach targ miejski. W tle – ogrom przemysłowego miasta.
Mural napotkany w dzielnicy Botanica.
Wszechobecne kursy walut, które współtworzą klimat Kiszyniowa.
To jest zdjęcie z dzielnicy rządowo – dyplomatycznej. Serio.
Infrastruktura kiszyniowskich osiedli czeka na lepsze czasy. Albo już je przeżyła.
Żeby nie było zbyt zimowo i negatywnie, mam dla Was kilka internetowych zdjęć Kiszyniowa w innych porach roku. Tutaj bulwar Stefana Wielkiego i ratusz miejski. Źródło – Mirek 237, Wikipedia.
Kino Patria w centrum miasta, jeden z przykładów bardziej klasycznej architektury. Źródło – Wikipedia.
Mieszkalna Botanica z lotu ptaka. Szczerze mówiąc z poziomu ulicy robi większe wrażenie. Źródło – Wikipedia.
Brama Miasta wyglądająca tak, jak powinna. Źródło – Mirek 237, Wikipedia.
Na koniec moje ulubione ujęcie Łuku Triumfalnego. Źródło – Tony Bowden, flickr.

 

Dodaj komentarz