Miejskie impresje: Dlaczego nie lubię Lwowa i inne galicyjskie przemyślenia

Miejskie impresje: Dlaczego nie lubię Lwowa i inne galicyjskie przemyślenia

Lwów, ach ten Lwów…

Żeby historia miała ręce i nogi zacznę od tego, od czego w rzeczywistości zaczęła się cała moja przygoda ze Lwowem – czyli od faktu, że nie przepadam za tym miastem. Pal licho wszelkie zasady pisania blogów podróżniczych – po prostu nie lubię Lwowa. Moja awersja nie jest przy tym nienawiścią żywioną do miasta samego w sobie – ale jego wyobrażenia funkcjonującego wśród wielu Polaków. Wyobrażenia, w które przed laty sam mocno wierzyłem, a utwierdzały mnie w przekonaniu różne artykuły i rozmowy historyczne. Czyli, krótko mówiąc, poglądu mówiącego, że Lwów jest polski. Lwów jest polski, a pod wschodnią władzą brutalnie niszczeje. Lwów jest polski, a okrutna bolszewicka tyrania wyrwała nam go niczym serce z żyjącej piersi. Nie wchodząc teraz w niuanse, bo przecież chociaż je przerysowałem to oba te twierdzenia maja w sobie co najmniej ziarnko prawdy, muszę przyznać że właśnie to mnie od Lwowa odrzuca.

Lwów stał się symbolem kresowej nostalgii, w której funkcjonuje wbrew swojej teraźniejszej formie. Podczas ostatniego wyjazdu żartowaliśmy, że to taki Wrocław. Zgadza się alfabet w ogłoszeniach o pracę, zgadza się język na ulicach, ba, zdaniem części z nas można znaleźć też sporo architektonicznych podobieństw. Jakby tego było mało, na jednym z przystanków znaleźliśmy mural z pozdrowieniami z Wrocławia. Być może już się domyślacie do czego zmierzam – wszak skoro jeździmy do polskiego Lwowa, to powinniśmy wyrzucić ze swojej tożsamości prawo posiadania niemieckiego Breslau.

Wsiadając w Przemyślu w wygodny i szybki transgraniczny pociąg czuję się właśnie trybikiem tej nostalgicznej turystyki. Oto jadę do polskiego Lwowa tanio się najebać, powzdychać jak to kiedyś było i powkurwiać się na wszelkich użytkowników cyrylicy za to jak zabrali nam Kresy i zniszczyli je. Później oczywiście wrzucę na fejsa piękne zdjęcia z nostalgicznej podróży do utraconego serca polskości. Widzicie, że przesadzam. Ale prawdopodobnie widzieliście też ludzi, którzy robią dokładnie to, co wyżej opisałem. Dlatego nie lubię polskiego Lwowa.

Banderowski szok kulturowy

Tym, co budzi we Lwowie zarówno przerażenie jak i uśmiech jest polityczność miasta, która zdaje się brutalnie i szyderczo odpierać nasze marzenia. Lwów jest bowiem miastem bardzo banderowskim. Miasem wręcz przykładnie banderowskim, w którym rok 2019 będzie rokiem OUN i Stepana Bandery. Pomnik ideologa ukraińskiego nacjonalizmu stoi dumnie przy jednej z głównych alei miasta nazwanej oczywiście jego imieniem. Idąc dalej ulicą Bandery trafiamy do dawnego więzienia na Łąckiego. Miejsce bez wątpienia tragiczne dla wszelkich grup, których przedstawiciele przewinęli się przez jego mury (i często stracili w nich życie) ma dzisiaj odpowiedni program polityczny. Przeczytamy tam, że Lwów znajdował się w XX wieku pod trzema okupacyjnymi reżimami – polskim, sowieckim i hitlerowskim. IPN miał karać za takie stwierdzenia, nie?

Polski reżim stanowi zatem pęknięcie, staje w opozycji do nostalgicznego polskiego Lwowa. Zwiedzając dalej ekspozycję muzeum natrafiamy na portrety dawnych więźniów. „Moja babka była prawdziwą patriotką. Nienawidziła Polaków i uznawała Rosjan za cynicznych morderców” czytamy we wspomnieniach jednego z łącznościowców UPA. Inny z więźniów skarżył się, że został osadzony jako pułkownik UPA, oficer jednego z oddziałów. Przykra sprawa, nie lekceważę jej, gdybym przeczytał taki opis odnośnie bojownika w jakimś muzeum w Nepalu mógłbym to łyknąć, ale jako Polak potrafię sobie zdać sprawę z tego, że oficer UPA mógł jednak nie siedzieć za niewinność.

Skupmy się jednak na wymiarze symbolicznym. Otrzymujemy bowiem obraz Lwowa jako miasta zupełnie innego – zrywającego z polskością, wynoszącego na piedestały swoich własnych bohaterów, których często ciężko pogodzić z polskim punktem widzenia. Po wszystkim możemy wybrać się na drinka do znajdującej się w bramie przy rynku Kryivki – podziemnym barze stylizowanym na leśną kryjówkę UPA. Na wejściu trzeba krzyknąć hasło, czyli „Slava Ukrainie”. Odźwierny odpowiada „Herojam sława” i nalewa nam po szocie na wejście. Przywitanie przyda nam się jeszcze w rozmowach z kelnerkami i barowym sklepie, który jednak można ominąć przy wyjściu. Oferty gastronomicznej Kryivki nie polecam – znajdziecie masę lepszych miejsc przy samym rynku.

Cała Galicja to jedna rodzina?

Tyle jeśli chodzi o teraźniejszość. Teraz łyk historii. Lwów to bowiem jedno z najdalej na wschód wysuniętych miast Austro-Węgier, a zatem członek wielkiej rodziny kulturowej, jaka w XIX wieku rozwijała się od Wiednia, poprzez Budapeszt, Bratysławę i Kraków aż do Ukrainy właśnie. Sprawia to, że zobaczymy i przeżyjemy tutaj pewne klisze, które konstytuują tożsamość regionu. Tożsamość niezwykle swoją drogą romantyczną i przyjemną. Znajdziemy zatem sporo kawiarni nadających się do długich wieczornych rozmów, zjemy tradycyjny sernik i przespacerujemy się ulicami pełnymi kamienic, które moglibyśmy znaleźć też w Krakowie i innych miastach dawnej Galicji.

Moglibyśmy, ale nie znajdziemy, bo te lwowskie są strasznie zaniedbane. To przykry punkt wyróżniający miasto na tle reszty członków XIX-wiecznej rodziny. Miasto zatrzymało się gdzieś na początku lat 90-tych, przed całą falą rewitalizacji i odbudowy, jaka w ostatnich latach ogarnęła m.in. Polskę. Przechadzając się ulicami Lwowa możemy zwizualizować sobie jak wyglądałyby Lublin czy Przemyśl gdyby nie inwestycje i właściwsza niż w Ukrainie opieka nad zabytkami. Oczywiście nie cały Lwów jest zapuszczony a nie cała Polska odrestaurowana – ale proporcje układają się zdecydowanie na naszą korzyść.

Jednocześnie, gdy tylko przejdziemy przez progi umieszczonych w podniszczonych kamienicach kawiarni, sklepów czy aptek, nie zauważymy wielkiej różnicy. Lwowskie wnętrza są utrzymane w schludnym, nieraz wręcz bogatym stylu. Łatwo wyłapać tu charakterystyczny dla wielu regionów dawnego Bloku Wschodniego kontrast między zapuszczonymi fasadami a starannie zorganizowanymi wnętrzami lokali użytkowych i mieszkań.

Ikony


Przy tym wszystkim Lwów ma tendencje do uderzania w krzykliwe i unikalne tony. Widać to choćby po wyborze barów i restauracji, wśród których znajdziemy wiele alternatywnych lokali nastawionych na zrobienie różnicy między Lwowem a innymi atrakcjami regionu. Oprócz banderowskiej Kryivki trafimy tutaj m.in. do utrzymanego w klimatach BDSM Masoch Cafe, gotyckiego Doktora Fausta i górniczej Lampy Gazowej. Na wieczór z muzyką na żywo i szerokim wyborem kraftowego piwa możemy udać się do Teatru Piwa Pravda, kultowej już miejscówki na rogu lwowskiego rynku. A skoro mowa już o Pravdzie, to zaraz obok znajdziemy Restaurację Baczewskich ze słynnymi śniadaniami i nieustępującą im wieczorną ofertą.

Znajdziemy we Lwowie też zupełnie tanie sieciówki, takie jak rozrzucone po śródmieściu lokale Cisar, gdzie w atmosferze Austro-Węgier zjemy szybki obiad za niecałe 6 złotych. A jeśli znudzą nam się ukraińskie klimaty to możemy wyskoczyć do innych tematycznych restauracji, jak chociażby gruzińska Chinkalnia położona niedaleko więzienia na Łąckiego. Lwów to jednak nie tylko przysmaki i alkohol, ale też kawiarnie – za najbardziej znaną, ale też najbardziej komercyjną uznać można Lwowską Fabrykę Czekolady, w której oprócz tradycyjnego sernika dostaniemy też wiele zestawów czekoladek w gustownych opakowaniach, które czekają na nas w kawiarnianym sklepie. Oprócz tego wszystkiego można też wybrać się do opery bądź poszukać historii położonej z dala od śródmieścia – jak chociażby na Starym Zamku czy Cmentarzu Łyczakowskim.

A zatem, czy warto?

Na to pytanie jest tylko jedna odpowiedź – tak, warto, ale świadomie i z odrzuceniem pewnej niemożliwej do pogodzenia z podróżniczą etyką maniery. Słowem, nie bądźmy we Lwowie krakowskimi Anglikami. A kiedy już podejdziemy do tego miasta w odpowiedni sposób, będziemy mogli w pełni cieszyć się jego mocnymi stronami. Mnie udało się to dopiero za drugim razem i myślę że mocno pomogło trafienie tam w mało turystycznym okresie. Niewątpliwą zaletą Lwowa są wszechobecne niskie ceny, ale tutaj znowu warto pamiętać o tym, że lekkość miejscowych rachunków dla naszej kieszeni nie sprawia, że mamy w Ukrainie dodatkowe prawa. Słowem, Lwów to piękne miasto i ważne wyzwanie na drodze do świadomego podróżowania.

Dodaj komentarz