Miejskie impresje: Budapeszt – historia, wzgórza i ruiny

Miejskie impresje: Budapeszt – historia, wzgórza i ruiny

Budapeszt to jedno z najbliższych nam wielkich miast Europy. Startując ze Śląska, odległość do Budapesztu niewiele różni się od tej dzielącej Czarną Ziemię z Toruniem. Problemy infrastrukturalne oczywiście nieco wydłużają podróż, ale do Budapesztu wciąż dostaniemy się w kilka godzin bez forsownych przepraw. W 2018 roku docierałem tam kilkakrotnie, ale tylko raz miałem okazję solidnie zwiedzić Budapeszt. Solidne zwiedzania miały być dwa, ale skręcona na 20 minut przed wystrzałem pierwszych fajerwerków kostka zupełnie wykluczyła mnie z noworocznej eksploracji miasta. Na szczęście tam, gdzie mój notatnik pozostał pusty mogłem wysłać innych, by zamienili się na chwilę w moje oczy. Dzięki temu mam dla Was niemal kompletną turystyczną opowieść o Budapeszcie na weekend – nie tylko z perspektywy klasyków, ale też drobnych ucieczek z utartego szlaku.

Ze wszystkich sposobów przedostania się do Budapesztu najbardziej przypadł mi do gustu pociąg. Chociaż trasa jest daleka od optymalnej, a sam odcinek można by pokonać w 3-4 godziny, to siedmiogodzinna podróż z Katowic do stolicy Węgier ma swój klimat. Brakuje w niej jedynie dłuższych postojów na stacjach tak, by można na chwile wyskoczyć z pociągu i zrobić zapasy Kofoli. Pociąg może być też zdecydowanie najtańszą opcją – jeśli pokombinujemy z kupowaniem biletów od granicy do granicy to dojedziemy do Budapesztu za około 32 złote (w przypadku studentów z ISIC), a reszta zmieści się bez problemu w 100 złotych w jedną stronę.

Buda – spacerując naddunajskim szlakiem

Dobrym otwarciem zwiedzania jest wspinaczka na Górę Gellerta. Nic trudniejszego już w Budapeszcie nie znajdziemy, a panorama miasta z niegdyś sowieckiego Pomnika Zwycięstwa pozwala ułożyć sobie w głowie dalszy plan. Prawobrzeżna część miasta układa się w prosty łańcuch historycznych budowli i pomników. Ten prosty, pełen ikon szlak kontynuować możemy aż do budynku węgierskiego parlamentu, kiedy miasto przestanie układać się w jedną całość i wymusi na nas większą kreatywność. Ale to z perspektywy Góry Gellerta melodia przyszłości, bo sama Buda absorbuje co najmniej połowę dnia przy średnio intensywnym planie zwiedzania.

Naturalnym kierunkiem po zejściu z Cytadeli jest Zamek Królewski, pod który możemy dotrzeć naddunajskim tramwajem. Dalej standardowy środek komunikacji warto zmienić na XIX-wieczną kolejkę kursującą między jednym z dziedzińców a nabrzeżem przy malowniczym moście Szecheniego. Alternatywą dla kolejki jest trasa piesza wspomagana systemem wind zamontowanych w różnych częściach zamkowego wzgórza. Nie przepadam za zbytnim chodzeniem na skróty, więc pod górę wchodziłem pieszo – warto, bo po drodze kryje się wiele ciekawych zakamarków.

To już 2/3 stałego rozkładu jazdy po budzkiej stronie Dunaju. Ostatnim przystankiem jest oczywiście starówka ze swoim znakiem rozpoznawczym – Basztą Rybacką. To jeden z najlepszych punktów widokowych na Peszt, a flesze aparatów odpalanych na arkadach baszty (wejście oczywiście kosztuje, w turystycznym Budapeszcie nie ma nic za darmo!) skupiają się na budynku Parlamentu – pocztówkowej klasyce i jednym z pierwszych obrazków, jakie zapamiętałem z przeglądania albumów geograficznych w dzieciństwie.

Pomiędzy miastem i miastami – Wyspa Małgorzaty i Parlament

Zanim ruszymy pod Parlament warto jednak odpocząć nieco po zwiedzaniu Budy – zdecydowanie bardziej forsownej części miasta. Najlepszym miejscem na odpoczynek będzie z kolei Wyspa Małgorzaty – położona na północ od głównych atrakcji zielona ostoja na Dunaju. Historii na Margitsziget raczej nie znajdziemy – wyspa została usypana sztucznie przed kilkoma dekadami, kiedy komunistyczne władze postanowiły poprawić Dunaj i połączyć kilka mniejszych wysp. Dzisiaj to oaza dla ludzi szukających spokoju na kamienistych półplażach, wypoczynku w parkach i ogrodach bądź jednego z wszechobecnych na Węgrzech basenów, tym razem w wydaniu pod gołym niebem.

Ruszając do Pesztu od strony Margitsziget nie sposób nie rozpocząć zwiedzania od Parlamentu. Országház to symbol stolicy Węgier i najsłynniejszy budynek w kraju, rywalizujący o to miano jedynie z termami Gellerta. Zbudowany za czasów Austro-Węgier gmach do dzisiaj gości sesje węgierskiego parlamentu, a wchodząc głównym wejściem stajemy oko w oko z Koroną św. Stefana – insygnium władzy, które konstytuuje świetność węgierskiego państwa. Schodząc na brzeg Dunaju trafimy natomiast na inny symbol Budapesztu – Pomnik Ofiar Holokaustu, skomponowany z butów porzuconych nad nabrzeżem. Jest to pamiątka po ofiarach faszystowskiego terroru na Węgrzech, którzy zostali w tym miejscu rozstrzelani przez strzałokrzyżowców. Buty na brzegu Dunaju to w zasadzie ostatnie miejsce, które można podpiąć pod zorganizowany szlak zwiedzania – dalej Peszt otwiera przed nami setki ulic, którymi możemy kontynuować budapeszteńską podróż. Pora zatem zmienić narrację!

Peszt – na szlaku historii raz jeszcze

Lewobrzeżna część Budapesztu oczywiście również ma sporo do zaoferowania miłośnikom historii i architektury. To tutaj znajdziemy Węgierskie Muzeum Narodowe i cały szereg zabytków sakralnych. Wśród nich wyróżnić można Bazylikę Świętego Stefana i Wielką Synagogę, która wyznacza początek popularnej wśród turystów i imprezowiczów dzielnicy żydowskiej. Wskakując w metro i przemieszczając się kilka kilometrów na wschód dotrzemy do najpiękniejszego parku Budapesztu – Varosliget. Największą atrakcją parku jest zamek Vajdahunyad. Zamek, a raczej cały zespół pałacowy, zbudowany pierwotnie z drewna przy okazji wystawy narodowej, na tyle spodobał się Węgrom, że postanowili zbudować go raz jeszcze, „na poważnie”, z kamienia. Budowla ma zatem niewiele ponad 100 lat, ale bez tej wiedzy można poczuć tam zdecydowanie bardziej historyczny klimat. No cóż, wybaczcie 😉

Varosliget to jednak nie tylko zamek, ale też istotny dla Węgrów historyczny Plac Bohaterów stanowiący bramę do parku. Zaraz przy nim usytuowane są Muzeum Sztuk Pięknych i Pałac Sztuki. Zagłębiając się w parkowe alejki znajdziemy zoo, kolejne budapeszteńskie termy i muzeum poświęcone Olofowi Palme. Wydłużając spacer przez dzielnicę dyplomatyczną dojdziemy do narodowego stadionu piłkarskiego, który obecnie znajduje się w przebudowie. Stąd jednak już tylko kilkaset metrów dzieli nas od dworca Keleti – perełki architektury kolejowej, która kilka lat temu stała się jednym z symboli kryzysu uchodźczego w Europie. Dzisiaj po uchodźcach nie ma już ani śladu, ale miłośnicy kolei powinni koniecznie wybrać się na Keleti – szczególnie, że pociągi z Polski zamiast tam dojeżdżają obecnie jedynie na dworzec Nyugati.

Peszt – wieczór z tokajem i butelką Soproni

Tym, co przyciąga miliony turystów do Budapesztu jest jednak przede wszystkim jego wyluzowany klimat i bogata oferta życia nocnego. Powszechne przyzwolenie na spożywanie rozmaitych trunków w miejscach publicznych tworzy niepowtarzalny klimat na okupowanych przez tysiące imprezowiczów budapeszteńskich placach. Najpopularniejszym z nich jest Deak Ferenc ter (uważajcie, to tam skręciłem kostkę!), na którym oprócz ławek i trawników znajdziemy diabelski młyn pozwalający spojrzeć na Budapeszt z góry. Szczerze mówiąc nie korzystałem z niego – w pełni wystarczyło mi spojrzenie na miasto z trzech wzgórz po budzkiej stronie Dunaju.

Plenerowe imprezy to opcja najbardziej budżetowa i zdecydowanie najprzyjemniejsza wiosną i latem. Dla tych, którzy szukają czegoś innego idealnym miejscem będzie dzielnica ruin – wraz ze swoim okrętem flagowym jakim jest klub i pchli targ w jednym – Szimpla Kert. Słynne ruin bary to lokale założone w części miasta najciężej doświadczonej przez II wojnę światową – w dużej mierze ich lokalizacje pokrywają się z dzielnicą żydowską i dawnym gettem. Dzisiaj przerodziły się one w centrum lokalnej kultury i stolicę życia nocnego w jednej z europejskich stolic życia nocnego. Wieczorem warto przygotować się na kolejki i problemy z miejscem w najbardziej popularnych lokalach. Oczywiście to, co kilka lat temu było reklamowane jako wyjątkowe i alternatywne dzisiaj weszło już do mainstreamu – ale wciąż klimat ruin barów jest świetny i to jedna z najciekawszych dzielnic barowych Europy.

Budapeszt – moje własne postanowienia

Nowy Rok chciałem wykorzystać do spięcia klamrą tych miejsc, których wcześniej nie miałem okazji odwiedzić w Budapeszcie – przede wszystkim większej ilości ruin barów i Domu Terroru. Terror Haza to muzeum poświęcone ofiarom komunizmu, o którym słyszałem negatywne opinie nawet od osób, które mocno krytycznie podchodzą do minionego systemu. Po wizycie w praskim Muzeum Komunizmu, które lekko mówiąc stanowi gwałt na przedstawieniu jakiejkolwiek historii, odwiedzanie tendencyjnych i nieraz przekłamanych „muzeów komunizmu” stało się moim historycznym guilty pleasure. Niemniej nie jest mi jakoś specjalnie przykro, bo wiem, że Budapeszt to miejsce do którego prędzej czy później wrócę – przede wszystkim dlatego, że jest bazą WizzAira i stanowi świetny przystanek w drodze na południe Europy.

Dodaj komentarz