Miasto, które płakało. Cztery spojrzenia na Belfast

„Cztery spojrzenia na” to seria tekstów, w których przypominam sobie i opisuję wrażenia z miejsc, które odwiedziłem jakiś czas temu. To moje blogowe lekarstwo na uziemienie spowodowane przez pandemię. Pisząc teksty będę starał się przeżyć najciekawsze wyjazdy jeszcze raz i, pomimo upływu lat, włożyć w nie osobisty pierwiastek. Nie będą to jednak relacje pisane „na gorąco” – część informacji mogła się zatem zdezaktualizować. Belfast odwiedziłem w grudniu 2017 roku.

Do niewielu europejskich miast pojechałem tak nieprzygotowany jak do Belfastu. Winą za to obarczam po połowie swój brak fascynacji Wyspami Brytyjskimi i braki w polskiej edukacji historycznej. Bo przez 5 lat studiów na trzech różnych uczelniach tylko raz trafiły mi się zajęcia poświęcone dziejom Irlandii Północnej – i były to zajęcia przygotowane przeze mnie w ramach zaliczenia jednego z przedmiotów, zrobione oczywiście na długo po mojej wizycie w Ulsterze.

Najważniejszą z pomijanych historii z Ulsteru jest konflikt znany jako The Troubles, co na polski można przetłumaczyć jako Kłopoty. To bardzo delikatna nazwa na dziesięciolecia aktów terroryzmu, które zabrały ze sobą kilka tysięcy istnień i rozbiło społeczeństwo północnego skrawka Zielonej Wyspy. Wojna domowa w Ulsterze zaczęła się wtedy, gdy na ulicach Paryża zbuntowani studenci budowali barykady i w zasadzie trwa do dzisiaj, chociaż formalnie zakończyła się porozumieniem podpisanym w roku 1998. W międzyczasie jedna ze stron paktowała z Mu’ammarem Kaddafim i prawie zabiła Margaret Thatcher. Dziedzictwo Kłopotów jest dzisiaj żywe w tkance miejskiej Belfastu i przede wszystkim o tym dziedzictwie będzie ten wpis. Ale poza tym zdarzy mi się dopłynąć na Titanica i zgubić się na jarmarku bożonarodzeniowym u stóp imponującego wiktoriańskiego ratusza. Nie wrzucę dzisiaj zbyt wielu zdjęć, bo podczas tamtego wyjazdu mój telefon był poważnie kontuzjowany, a do lustrzanek wciąż się nie przekonałem.

Rewitalizujcie Titanica

Do Belfastu przyjeżdżam w chłodny grudniowy poranek i od pierwszych minut wchłaniam świąteczną atmosferę przebijającą się przez nieuniknione dla tej szerokości geograficznej pokłady szarości. Prosto z dworca autobusowego kieruję się w stronę portu i rewitalizowanej dzielnicy Titanic Quarter, w której znajduje się jedno z najważniejszych brytyjskich muzeów – Muzeum Titanica. Korzenie statku łatwiej skojarzyć co prawda z angielskim Southampton, w którym rozpoczął się pechowy rejs, ale to właśnie w belfaskiej stoczni Harlanda i Wolffa zbudowano najsłynniejszy transatlantyk w dziejach ludzkości.

Zanim zacznę właściwe zwiedzanie trafiam na polski akcent, bo przy okazaniu legitymacji studenckiej w kasie biletowej okazuje się, że resztę formalności możemy dopełnić w ojczystym języku. To zresztą wyjątkowo emigranckie spotkanie, bo mieszkałem wtedy w Norwegii i posługiwałem się norweską legitymacją zrobioną w formie aplikacji na telefon, co nieustannie budziło konsternację u kontrolerów i bileterów. Wystawa zaczyna się od mocnych akcentów historycznych i zanim przeniesie widzów na morze, opowiada o epoce schyłku wieku XIX i irlandzko-angielskich niesnaskach. Ja też o nich jeszcze opowiem, a tymczasem znikam w gąszczu muzealnych alejek, które oprowadzają mnie po historii statku i jego pasażerów.

Po bezpiecznym opuszczeniu Titanica zatrzymuję się jeszcze na chwilę na niewielkim SS Nomadic, który zwiedza się na wspólnym muzealnym bilecie. To jedyny statek pływający dla słynnych linii White Star Line, który istnieje do dzisiaj. Sama kompania została zlikwidowana w roku 1934, gdy dokonano fuzji z konkurencyjną spółką Cunard. Nomadic nieprzypadkowo stoi dzisiaj jako swoista asysta dla muzeum – historycznie statek był przeznaczony do transportowania pasażerów Titanica i bliźniaczego Olympica. 274 z ponad 2000 pasażerów feralnego rejsu dostało się do Southampton właśnie na pokładzie Nomadica. Wizyta na odrestaurowanym statku (a właściwie stateczku) to dzisiaj szybki deser po solidnym daniu głównym, a ja nie przedłużając morskich przygód postanawiam wrócić na obiad do centrum i poszukać nieco równie mrocznych, ale mniej odległych miejskich historii.

Belfast protestancki

Ścigając się z zachodzącym Słońcem trafiam na Crumlin Road. Nie zdążę już odwiedzić jednej z największych atrakcji miasta, czyli przekształconego w muzeum więzienia Crumlin Road Gaol, ale zatrzymuję się na chwilę między wejściem do obiektu a zniszczoną fasadą siedziby połączonego z więzieniem sądu. Pod moimi stopami znajduje się tunel łączący niegdyś te dwa budynki. Niewidoczne tajemne przejście stanowi dobre symboliczne wprowadzenie do dalszych przygód w Belfaście.

Po chwili odbijam w lewo i docieram do Shankill Road, jednej z najważniejszych ulic protestanckiej części miasta. Moim oczom powoli ukazuje się coraz więcej symboli manifestujących polityczną orientację dzielnicy. Północnoirlandzki konflikt przebiega(ł) według mało intuicyjnych podziałów. Po jednej stronie stanęli brytyjscy lojaliści, czyli protestanci popierający trwanie Ulsteru w Zjednoczonym Królestwie. Ich przeciwnikami byli republikanie, czyli katolicy szukający zjednoczenia regionu z Republiką Irlandii, która swoją niepodległość wywalczyła podczas I wojny światowej. Katoliccy republikanie bardzo często byli socjalistami i marksistami, natomiast u lojalistów paleta poglądów wydaje się szersza, chociaż przeważały prawica i skrajna prawica, a wspólnym parasolem był tzw. brytyjski nacjonalizm. Oczywiście sam nacjonalizm obecny był po obu stronach, różniła się tylko narodowa orientacja. Pamiętajcie, drodzy Czytelnicy, że jak zwykle starając się zarysować historyczne tło odwiedzanych miejsc jestem zmuszony pisać zwięźle i upraszczać niektóre rzeczy. Dlatego jeśli temat Was interesuje, gorąco polecam zajrzeć do dostępnej literatury. Wojna domowa w Irlandii to jeden z najmniej znanych akcentów powojennej historii Europy, a sama Irlandia przypomina mi od lat kraj ze wschodnioeuropejską historią przypadkowo rzucony na daleki zachód kontynentu. Niestety, nawet na poziomie akademickim uczymy się o niej w Polsce bardzo niewiele.

A teraz pozwolę sobie wrócić na Shankill Road, gdzie spacerując między szeregami niskich domów staram się znaleźć najlepszą drogę do Cupar Way. To tam rozciąga się najbardziej znana część belfaskich murów, czyli systemu zabezpieczeń znanego jako „linie pokoju”. Pierwsze próby rozwiązania napiętej sytuacji w mieście za pomocą barier miały miejsce już w latach 20-tych, ale początek konstrukcji murów mających zatrzymać „Kłopoty” nastąpił w roku 1969. System istnieje do dzisiaj, nie tylko w Belfaście, ale również w kilku innych miastach Ulsteru. Mury nie dzielą całych miast – zostały zbudowane tylko w newralgicznych dzielnicach, a raczej pomiędzy takimi dzielnicami. Można zatem stosunkowo łatwo je ominąć bądź po prostu skorzystać z jednego z przejść – ale to drugie nie jest wcale takie proste, o czym jeszcze napiszę.

Przy Cupar Way natrafiam na kolejne hasła wypisane rękami członków protestanckiej społeczności. Wiele z nich nawołuje do zakończenia podziału miasta i postawienia na proces pojednania. Ale dziesiątki innych niosą ze sobą przekaz polityczny, który jest możliwy tylko po tej stronie muru. Trafiam na baner manifestujący solidarność z Izraelem i ciepłe relacje z Benjaminem Netanjahu, któremu towarzyszy… polskojęzyczne podziękowanie dla Dywizjonu 303. Gdzie indziej na murach chwali się poszczególne jednostki lojalistycznych policji i składa hołd poległym za Wielką Brytanię. Protestancki Belfast to niekoniecznie mój klimat, więc mając świadomość uciekającego czasu postanawiam nie tracić cennych minut na szukanie kolejnych murali w pobliskich uliczkach. W końcu dochodzę do przejścia na drugą stronę, które okazuje się zamknięte. Mogłem się tego domyślić, wszak zapadła już noc, a nieliczne bramy między odgrodzonymi dzielnicami są otwierane tylko za dnia. Jeśli chcę przejść do katolickiej części, to czeka mnie długa droga naokoło, podczas której będę musiał wycofać się aż co centrum. A przecież bardzo chcę do niej przejść.

Belfast katolicki

Po kilkudziesięciominutowej przeprawie staję na Falls Road, ulicy wyznaczającej serce katolickiego Belfastu. Mijam kolejne budynki, na ścianach których wymalowano kultowe murale przedstawiające republikańskich liderów i męczenników. Wśród nich jest Seán MacDiarmada, jeden z liderów przegranego Powstania Wielkanocnego, które dało początek IRA i stanowiło ważny krok w walce o niepodległość Republiki. Kawałek dalej ze słynnego muralu uśmiecha się Bobby Sands, legendarny żołnierz IRA, który zmarł po 66 dniach głodówki w brytyjskim więzieniu, do którego trafił za posiadanie broni, której nie wahał się wykorzystać w jednym ze starć z policjantami służącymi Jej Królewskiej Mości. Jego historię opowiada wielokrotnie nagradzany film Głód z 2008 roku.

Postanawiam na chwilę opuścić Falls Road i odbijam w lewo, w stronę muru. Podchodzę pod Klasztor Clonard, który wygląda na starszy niż jest w rzeczywistości. Gdy pod koniec lat 60-tych wybuchły Kłopoty, klasztor znalazł się na samej linii frontu. Cupar Way leży kilkanaście metrów stąd, za murem. Pod samą barierą oglądam kilka ogrodów pamięci, w których wspominani są republikańscy bojownicy, którzy oddali życie za Irlandię swoich marzeń. Życie albo wolność, bo popularnym terminem po tej stronie muru jest „prisoner of war”, czyli jeniec wojenny. Tym terminem określani są republikanie, którzy trafili do brytyjskich więzień za działalność antyrządową. Oczywiście druga strona nie zwraca uwagi na stosowaną wojenną terminologię. Kawałek dalej znajduje się kolejne godne uwagi miejsce, czyli Muzeum Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Niestety nie jest mi dane poznać lepiej historię IRA – placówka nie ma jeszcze zbyt dobrego opisu w Internecie, a w praktyce okazuje się zamknięta. Zamiast tego dzień później kupię sobie książkę o Kłopotach w jednej z dublińskich księgarni.

Wracając do głównej drogi znajduję kolejną dawkę murali wypisaną na płocie przy jednej z niepozornych uliczek. Tym razem udaje mi się trafić idealne dopasowanie ideowe. Nie dość, że widzę przed sobą księdza i lewicowca, to jeszcze człowieka, który na pewno poparłby ideę zrzucenia władzy dawnego imperium. „Istnieje wiele rzeczy, które mogą zostać dostrzeżone tylko oczami, które płakały” mówi Oscar Romero, któremu towarzyszy australijska zakonnica i rockmenka Janet Mead. Romero był salwadorskim księdzem i społecznikiem zamordowanym przez terrorystów z prawicowej bojówki przeszkolonej przez USA. Idealny patron dla katolickiej części Belfastu. Nieopodal muralu z cytatem Romero zaczepia mnie pijany w sztok lokals, z którym jednak nie udaje mi się nawiązać cywilizowanej rozmowy.

Opuściwszy ledwo trzymającego się na nogach Irlandczyka kontynuuję spacer wzdłuż Falls Road. Po chwili w jadącego przede mną na rowerze dostawcę jedzenia zostaje rzucona butelka. Atakującym jest ktoś z grupki młodych ludzi idących chodnikiem po drugiej stronie drogi. Coś krzyczą, on coś odkrzykuje i wszyscy idą dalej. Zupełny brak kontekstu, ale ja zastanawiam się o co chodzi – ktoś rzucił butelką dla sportu, czy może po facecie było widać, że jest z protestanckiej części? A może dostał za pracę dla wielkiej korporacji? Nie, to przecież nie może tak działać.

Na szczęście nikt więcej nie czyha na moje zdrowie i mogę w spokoju podejść do największej atrakcji Falls Road, długiego muru z dziesiątkami zmieniających się politycznych murali. Po kilku z nich widać, że są zupełnie świeże – znajduję m.in. wspomnienie Fidela Castro i krótki przekaz do Madrytu w sprawie Katalonii (przypominam, że to końcówka roku 2017). Inne są bardziej uniwersalne – tak jak wyrazy solidarności z więzionym od lat przywódcą tureckich Kurdów Abdullahem Öcalanem. Rewolucjonistom z całego świata towarzyszy spora dawka lokalnych spraw i ogólnych haseł równościowych dotyczących praw mniejszości seksualnych, kobiet i uchodźców. Plac zabaw dla lewicowca, ucieleśnienie horroru dla prawicowca. I ciekawa przygoda dla podróżnika.

Kawałek za tzw. Murem Solidarności moja przygoda z Falls Road i katolickim Belfastem dobiega końca. Na odchodne czytam jeszcze informację, że brytyjski wywiad i armia nie są mile widziane w tej okolicy i odczuwam ulgę nie będąc reprezentantem żadnej z tych jednostek. Zanim wrócę do neutralnego i turystycznego, a tego dnia przede wszystkim świątecznego śródmieścia, chciałbym zostawić tu jeszcze kilka przemyśleń. Zerwałem dzisiaj nieco z zasadą przedstawiania rzeczywistości bez wnikania we własne poglądy, więc na koniec spaceru po politycznym Belfaście wrzucę jeszcze pokojowe przesłanie. Bo to nie jest tak, że jedna ze stron jest super, a druga jest okropna. Podczas toczonych przez lata walk zginęły tysiące ludzi i często były to przypadkowe ofiary cywilne. Obok bohaterskich śmierci męczenników z Clonard na ulicach ginęli ludzie, których snajper kropnął podczas wyjścia do sklepu. Albo kościoła, chociaż to w kontekście konfliktu religijnego jest trochę bardziej zrozumiałe. Zarówno IRA, jak i lojalistyczne policje zaliczyły również zaskakująco dużo bratobójczych akcji, a śmierć katolika z rąk katolickiego bojownika wcale nie była czymś niespotykanym. Także pamiętajcie – fajnie się ogląda murale i zapala fajkę przy ładnie namalowanym Fidelu Castro, ale wszystko to ma swoje korzenie w historii, która najlepiej, gdyby się nie wydarzyła.

Belfast uniwersalny

Śródmieście północnoirlandzkiej stolicy to idealne miejsce do tego, by wyciszyć się po wzbudzającej skrajne emocje eksploracji regionu styku, jak przetłumaczyć można angielskie określenie na kawałek ziemi między Shankill Road a Falls Road. Zaczynam od Dzielnicy Katedralnej i anglikańskiej Katedry św. Anny, jednego z najważniejszych zabytków Belfastu. Gdzieś po drodze mijam Kremlin, gejowski bar słynący z wielkiej statuy Lenina pozdrawiającego znad głównego wejścia. Ruszam w stronę centrum ciasno zabudowaną Donegall Street i w końcu docieram do przechylonej wieży zegarowej znanej jako Dzwon Albert, czyli północnoirlandzkiej wariacji na temat Big Bena. Albert nie jest co prawda tak okazały jak Ben, ale ma inną wyróżniającą cechę – jest przechylony niczym Krzywa Wieża w Pizie.

Spotkanie z Albertem to znak, że pora zawrócić, bo idąc dalej dotarłbym znowu do charakterystycznego pomnika Wielkiej Ryby i belfaskiego portu z Muzeum Titanica. Wracając na dworzec autobusowy Europa zatrzymuję się na chwilę na jarmarku zorganizowanym pod Ratuszem Miejskim. Zbudowany ponad 100 lat temu ratusz to najpiękniejszy przykład wiktoriańskiej architektury definiującej śródmieście tego stosunkowo młodego miasta. Młodego, bo chociaż jego historia sięga średniowiecza, to obecne znaczenie Belfast zawdzięcza rewolucji przemysłowej i zlokalizowaniu tam stolicy Irlandii Północnej.

Belfast żegna mnie orientalizującym gmachem teatru Grand Opera House. Cała ta okolica, dziś pięknie podświetlona, była celem regularnych zamachów bombowych podczas Kłopotów. Przylegający do dworca Hotel Europa zyskał nawet miano najczęściej bombardowanego hotelu świata. Skręcam w uliczkę położoną między lubianymi przez terrorystów operą i hotelem i po chwili padam zmęczony w poczekalni, z trudem znajdując wolne gniazdko będące w stanie ożywić mój zamarznięty telefon. Pora wracać do Dublina, chociaż chętnie spędziłbym tutaj jeszcze parę dni.  

Dodaj komentarz