Miasto-kameleon. Cztery spojrzenia na Stavanger

Skandynawia stosunkowo rzadko gościła dotąd na moim blogu, ale drugi miesiąc spisywania podróżniczych wspomnień to dobra okazja, by napisać kilka tekstów wprowadzających „nordyckie ochłodzenie”. Zacznę od Stavangeru, czyli celu mojej ostatniej skandynawskiej podróży przed sami-wiecie-czym. Będzie to relacja z miasta niezwykle popularnego wśród turystów, bo stanowiącego swoistą bramę do norweskich fiordów. Bramy mają jednak to do siebie, że ludzie zwykli je przekraczać nie poświęciwszy im wiele uwagi. A szkoda, bo w tym przypadku naprawdę warto – nawet jeśli miałby to być jeden dzień. Największym atutem Stavangeru jest jego zakręcona historia. Miasto na przestrzeni wieków wielokrotnie wpadało w kryzysy i wychodziło z nich obronną ręką. Dzisiaj jest stolicą wydobycia ropy naftowej i turystyki nastawionej na piękno norweskich fiordów. I choćby dlatego warto dać mu szansę. A jeśli zastanawiacie się co i jak tam zobaczyć, to wydaje mi się, że trafiliście na właściwy tekst. 😉

Miasto Śledzia

Zielony autobus powoli wsuwa się w zatoczkę przy Jernbaneveien, czyli ulicy Kolejowej. Razem z grupą innych szalonych turystów, którzy wpadli na pomysł zwiedzania Norwegii zimą, zaczynam swoją przygodę ze Stavangerem (przepraszam jeśli boli Was ta odmiana, sam dopiero ją testuję). Zaczynam ją od idealnego miejsca, czyli Parku Miejskiego otaczającego jeziorko Breiavatnet. Jest początek lutego i zaśnieżone ławeczki niekoniecznie zapraszają do odpoczynku, ale to właśnie tutaj, po drugiej stronie małego jeziora znajduje się Katedra św. Swithuna, najstarsza norweska katedra i symboliczne wrota do dziewięćsetletniej historii miasta. Podczas mojej wizyty przysadzista romańska świątynia jest akurat zamknięta z powodu remontu, ale przechodzę nad tym do porządku dziennego, bo czeka mnie jeszcze kilkanaście innych spotkań z historią.

Centrum Stavangeru to mieszanka nowoczesnego z tradycyjnym.

Rozciągający się przed katedrą plac stanowi „naturalne” otwarcie starego miasta. Stavangerska starówka jest w zasadzie złożona z dwóch części i otacza wcinający się w miasto klinem port Vågen. Wybieram prawą stronę (chociaż to lewa jest oznaczona jako „Gamle Stavanger” czyli Stare Stavanger) i po chwili zagłębiam się w romantyczny labirynt uliczek falujących na zboczach wzgórza. Przeczytacie zapewne wiele różnych opinii o urokach norweskich miast i miasteczek, ale moim zdaniem to właśnie ten skrawek skandynawskiej ziemi oferuje najprzyjemniejszą atmosferę małomiasteczkowego centrum ukrytego w jednej z lokalnych „metropolii”. Spaceruję zupełnie bez planu, wchodząc i schodząc wzdłuż stromych uliczek otoczonych rzędami drewnianych domków. W końcu trafiam na Fargegaten, kolorową uliczkę stanowiącą swoiste przerysowanie turystycznych marzeń o Norwegii. Wspinam się w stronę Valbergtårnet, dawnej wieży obserwacyjnej używanej przez miejskich strażaków (pożary drewnianych dzielnic przez wieki były zmorą Skandynawii). Ogarniam stąd wzrokiem cały portowy kwartał, by po chwili znaleźć się między cumującymi przy Vågen statkami.

Pierwsze spotkanie ze Starym Stavangerem warto skończyć w Muzeum Morskim. Tamtejsza wystawa opowiada dzieje miasta śledzia i statków. Miasta potrafiącego szybko się wzbogacić, ale też niezwykle zależnego od kapryśnej koniunktury w tych specyficznych branżach. Zadowolony z faktu, że pierwszy raz udało mi się bezproblemowo dogadać z obsługą muzeum znikam w pokojach prowadzących mnie po świetnie zorganizowanej wystawie. Z tym dogadaniem to bynajmniej nie wina moich umiejętności interpersonalnych. Po prostu tutejszy dialekt, brzmiący trochę jak duński albo francuski i jest zabójczy dla osoby wychowanej na ugładzonym norweskim ze wschodu kraju. A to właśnie tej wersji norweskiego uczymy się jako obcokrajowcy.

Miasto Puszek

Poznawszy historię miasta napisaną przez morze wspinam się w stronę tego, co na mapie nosi wspomnianą już nazwę Gamle Stavanger. To kolejna dawka zachwytów nad skandynawską architekturą i spojrzeń do nieosłoniętych roletami wnętrz domków, które przeżyły kilka ciężkich stuleci, by stać się obiektem westchnień całego świata. W jednym z nich znajduje się Norweskie Muzeum Konserw, placówka przedstawiająca drugi rozdział historii miasta. Rozdział, który zaczął się w drugiej połowie XIX stulecia, gdy lokalny przedsiębiorca Christian Bjelland założył pierwszą fabrykę produkującą konserwy. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, a puszkowy interes wkrótce zdominował miejską gospodarkę i na nowo zdefiniował znaczenie Stavangeru. Konserwowa sielanka trwała do połowy XX wieku, gdy wahania koniunktury spowodowały konieczność bardziej zróżnicowanego spojrzenia na lokalną ekonomię. Ale zanim to się stało, w świat wyruszyły tysiące metalowych opakowań wyprodukowanych w niewielkim mieście na niegościnnym wybrzeżu Atlantyku.

Wieczorny powrót na opustoszałe uliczki Starego Stavangeru.

W końcu postanawiam rozstać się ze szlakiem drewnianej architektury i zejść z powrotem do centrum. U stóp Gamle Stavanger żegna mnie pomnik Christiana Bjellanda, sprawcy całego konserwowego zamieszania i założyciela industrialnej dynastii, w której cyferki przy imieniu Christianów-spadkobierców doszły już bodajże do czwórki. Zanim uwolnię się od muzealnego szlaku wpadam jeszcze na chwilę do Muzeum Miejskiego, w którym oglądam nietypową wystawę… krzeseł i świetną, zrobioną w refleksyjnym stylu opowieść o życiu dzieci z biednych rodzin, które miały „szczęście” urodzić się w Stolicy Ropy.

Miasto Ropy

No właśnie. Ropa naftowa stanowi trzeci rozdział miejskiej historii. Pod koniec lat 60-tych Norwegowie powoli tracili już wiarę w to, że u wybrzeży ich kraju można znaleźć czarne złoto. Szukano na platformie Ekofisk, położonej kilkaset kilometrów od Stavangeru. Naturalnym było, że to właśnie stąd koordynowano większą część niefortunnych poszukiwań. I gdy niektórzy zdążyli pogodzić się z koniecznością powrotu z krainy marzeń, ropa wystrzeliła. Lata 70-te były początkiem złotego wieku dla miasta, które z centrum poszukiwań przekształciło się centrum wydobycia i siedzibę Statoilu. Petrogospodarka przyniosła bezprecedensowy wzrost w niemalże wszystkich dziedzinach życia.

Nowoczesny gmach Muzeum Ropy.

Z tą częścią historii również spotykam się osobiście. Robię to w Norweskim Muzeum Ropy Naftowej, położonym na portowym wybrzeżu nieopodal starówki. Wystawa jest gigantyczna, ale jestem średnio zainteresowany tajnikami wydobycia czarnego złota, więc nie czuję się przygnieciony presją czasu. Trochę irytuje mnie niska interaktywność wystawy, tym bardziej, że nieliczne elementy interaktywne są zniszczone albo niedostępne. Z marszu wskazałbym 20 lepiej wykonanych muzeów w Kraju Fiordów. Ale warstwa merytoryczna broni się świetnie. Nie ma tutaj mowy nawet o ucieczce od trudnych tematów, takich jak katastrofa na platformie wiertniczej Alexander L. Kielland, która zabrała 123 życia jeszcze zanim norweski boom naftowy na dobre wystartował.

Po wyjściu z muzeum daję sobie jeszcze trochę czasu w portowej okolicy i odwiedzam Bekhuset, (nie)wątpliwą atrakcję turystyczną w postaci małej kamiennej chatki, która w dawnych czasach służyła jako pomieszczenie do bezpiecznego rozpalania ognia w porcie. Wracam do Parku Miejskiego przez nieco bardziej nowoczesne centrum i zatrzymuję się na obiad, by załadować baterie na ostatni podróżniczy zryw w Stavangerze. Czeka mnie kilkanaście kilometrów marszu w deszczu i wietrze. Nie dlatego, że skąpię na autobus, ale dlatego, że nie chcę przegapić żadnego z widoków, które znajdują się po drodze do miejsca, w którym zaczęła się Norwegia.

Ten niepozorny domek zapobiegał wielu zagrożeniom. Oryginalnie stał na wyspie, a stały ląd pożarł go dopiero podczas przebudowy portu przeprowadzonej kilkadziesiąt lat temu.

Od historii nie uciekniesz

Po uciecze z centrum trafiam wprost do dzielnicy Eiganes, w której moją skandynawską duszę wabią romantyczne rezydencje Ledaal i Breidablikk. Pierwsza z nich pochodzi z przełomu XVIII i XIX wieku i przeszła drogę od pałacyku arystokracji do jednego z dóbr rodziny królewskiej. A poza tym pełni funkcję muzealną, podobnie jak znajdujący się po przeciwnej stronie drogi Breidablikk, czyli XIX-wieczna willa zbudowana w popularnym wówczas stylu szwajcarskim. Oryginalnie ten otoczony ogrodem zakątek należał do bogatego mieszczanina Larsa Berentsena, a więc po wysłuchaniu historii o śledziach i platformach wiertniczych mogę teraz poczuć na własnej skórze klimat bogatszej części Stavangeru.

Królewski Ledaal…
…i mieszczański Breidablikk.

Nie udaje mi się wstrzelić w godziny otwarcia, więc w strugach nieregularnego deszczu przecinam Eiganes, by stanąć nad brzegiem jeziora Mosvatnet. Zatrzymuję się w Muzeum Sztuki, które daje mi nie tylko schronienie przed ulewą, ale również wgląd w norweskie malarstwo, którego znajomość jest cennym uzupełnieniem badań nad historią i literaturą. Uczę się kilku nieznanych mi wcześniej nazwisk, wśród których są August Cappelen i Lars Hertervig. Wam również polecam tych panów, jeśli lubicie północną sztukę podszytą nutką niepokoju.

Wychodząc z muzeum trafiam do dzielnicy „bez historii”, goszczącej dzisiaj kilka hoteli i nowoczesną halę sportową. A także osiedla i centra handlowe. Przez chwile mam okazję maszerować w towarzystwie żołnierzy z położonego nieopodal poligonu. To ostatnia prosta, bo w końcu docieram do miejsca, które widziałem już wczesnym rankiem z okna autobusu. Sverd i fjell, trzy miecze wbite w skałę na surowym wybrzeżu. Pomnik upamiętniający zjednoczenie Norwegii przez Haralda Pięknowłosego dokonane drogą miecza po bitwie w zatoce Hafrsfjord. Pierwsze uczucie? Lekkie rozczarowanie wielkością pomnika. Przyzwyczajony do wschodnioeuropejskich standardów i oszukany odpowiednio zrobionymi zdjęciami myślałem, że to będzie wielki monument zaznaczający wielki moment dla kraju. Ale nic z tych rzeczy – miecze przy bliskim spotkaniu stają się zupełnie niewielkie, wręcz skromne. I bardzo norweskie, bo chociaż tutejszy naród bez wątpienia można nazwać dumnym, to jest on w swojej dumie powściągliwy i surowy. I tak od wieków.

Symboliczny rok 872 wcale nie jest potwierdzoną datą zjednoczeniowej bitwy, ale to właśnie odtąd liczona była historia średniowiecznego Królestwa Norwegii. Trzy miecze w Hafrsfjordzie symbolizują zwycięskiego Haralda Pięknowłosego i dwóch pokonanych władców. Wbicie ich w skałę to symbol pokoju, chociaż dawna Skandynawia wcale nie była oazą wzajemnej miłości.

Dodaj komentarz