Mały Pekin i wielka forteca. Cztery spojrzenia na Tiranę

„Cztery spojrzenia na” to seria tekstów, w których przypominam sobie i opisuję wrażenia z miejsc, które odwiedziłem jakiś czas temu. To moje blogowe lekarstwo na uziemienie spowodowane przez pandemię. Pisząc teksty będę starał się przeżyć najciekawsze wyjazdy jeszcze raz i, pomimo upływu lat, włożyć w nie osobisty pierwiastek. Nie będą to jednak relacje pisane „na gorąco” – część informacji mogła się zatem zdezaktualizować. Tiranę odwiedziłem w lipcu 2018 roku.

Tirana jest jedną z tych europejskich stolic, które znajdują się w cieniu swojego kraju. Wybierając się nad popularne ostatnimi czasy albańskie wybrzeże nie zawsze ma się okazję, by zawitać do miasta położonego nad Laną. A turyści, którzy postanawiają odwiedzić albański interior, preferują raczej wycieczki do historycznej Gjirokastry. Tymczasem Tirana ma nie tylko swój specyficzny klimat, ale przede wszystkim opowiada gościom kilka wciągających historii z czasów komunizmu. A ja dzisiaj opowiem je Wam, opierając się nie tylko na samych wspomnieniach z albańskiej stolicy, ale też paru ciekawostkach wyłapanych przy okazji naukowych spotkań z najnowszą historią kraju czarnego orła (mały disclaimer: nie zajmowałem się nigdy dziejami Albanii, ale miałem do czynienia z… recepcją albańskiego komunizmu w Skandynawii).

Stawiam na bukmachera

Przygodę z Tiraną zaczynamy od podstaw, czyli od przedmieść. Po zameldowaniu się w hotelu, w którym potrzebowaliśmy szczypty znajomości niemieckiego, postanawiamy dla odmiany nie atakować od razu ścisłego centrum i najważniejszych zabytków. Zamiast tego siadamy na spokojnie w osiedlowej knajpie z grillem, której właściciel po chwili częstuje nas rakiją, a raczej raki, bo taką nazwę nosi w Albanii ten popularny trunek. Naładowani najprawdziwszym mięsem i najprawdziwszym alkoholem ruszamy podmiejską ulicą, której południowa zabudowa i kontrolowany nieporządek kojarzą mi się z obrazkami z Ameryki Południowej.

Po chwili zatrzymujemy się w barze, w którym leją tanie piwo Tirana z kontuaru, nad którym rozciągnięto wielki szalik lokalnego klubu Partizani. Być może byliśmy tam jedynymi turystami w miesiącu, chociaż „nasza” dzielnica wcale nie znajdowała się na odludziu, bo nieopodal mieliśmy wejście do największego miejskiego parku albańskiej stolicy. Niewątpliwą zaletą tej spokojnej okolicy były jednak ceny – kufel piwa za mniej niż 3 złote to świetna oferta nawet na warunki niezbyt drogich Bałkanów. Wszystko to sprawiło, że zachłysnęliśmy się niskimi cenami w Tiranie. Dzień później to zachłyśnięcie doprowadziło do budżetowego kryzysu, bo okazało się, że paradoksalnie wydaliśmy tam więcej niż w droższych krajach. Klasyka, nie?

Ten pierwszy wieczór miał jeszcze jeden akcent. Historia dzieje się jakoś po zmroku, gdy skończyły nam się piwa i butelka ginu Bombay Sapphire, który kupiliśmy w osiedlowym sklepie (jeśli nie kojarzycie tej marki – dorwanie butelki Bombaju w pierwszym lepszym sklepie to absolutne szaleństwo, u nas dostępny jest w niektórych supermarketach, a ceny rzadko schodzą poniżej 80-90 zł). Razem z kolegą wychodzimy sprawdzić, czy cokolwiek w okolicy jest jeszcze otwarte. Przemierzamy wzdłuż niemal całą dzielnicę, ale znajdujemy ani sklepu, ani osoby wiedzącej coś o jakimkolwiek otwartym barze. I kiedy już postanawiamy się wycofać, naszym oczom ukazuje się półotwarty salon z zakładami bukmacherskimi.

Kolega ryzykuje i zagaduje do kilku lokalsów pijących piwo na tarasie. Od słowa do słowa dowiadujemy się, że owszem, panowie mają bimber. 10 euro za litr. Do dzisiaj nie wiem, jak ta cena miała się do tirańskich realiów, ale po krótkich przygotowaniach na zapleczu otrzymujemy butelkę tajemniczego trunku. W mojej głowie pali się ostrzegawcza lampka i uznaję, że skoro już pijemy wódkę niewiadomego pochodzenia kupioną pod ladą w lokalnym odpowiedniku STS-u, to warto wznieść testowy toast z ludźmi, którzy nam ją sprzedali. Reszta to już historia, a konkretnie historia życia jednego z Albańczyków, który na wspomnianym tarasie opowiedział nam o swojej emigracji do Stanów i nieoczywistych, ale przyjacielskich stosunkach z Serbami. Do hotelu wracamy po kilku godzinach, gdy reszta ekipy w zasadzie poszła już spać nie mając nadziei na pozytywne zakończenie naszej eskapady.

Życie w Blloku

Na drugi dzień, po wyleczeniu kaca, postanawiamy opuścić nasz gościnny zakątek i odkryć bardziej znane oblicze Tirany. Zaczynamy po swojemu, czyli od historii i komunistycznej przeszłości miasta. Przenosimy się symbolicznie do Egiptu i trafiamy pod Piramidę Tirańską, znak ambicji i upadku reżimu Envera Hodży. Konstrukcja powstała w roku 1988, trzy lata po śmierci najbardziej długowiecznego spośród Pierwszych Sekretarzy. Zaprojektowała ją córka Envera, a charakterystyczny stożek został pomyślany jako muzeum przedstawiające wspaniałe dokonania ojca. Po upadku komunizmu nie mogło być oczywiście mowy o kontynuowaniu takiej narracji, a budynek przekształcono w centrum konferencyjne, a z czasem nawet bazę wykorzystywaną przez NATO. Dzisiaj Piramida jest ruiną tłumnie odwiedzaną przez młodzież i miłośników urbexu. Przy wejściu witają nas niekonwencjonalne hasła wypisane na murach, bo obok zrozumiałego napisu „FCK SRB” znajdujemy sporo treści… pro-LGBT. Wejście do gmachu wygląda nieprzyjaźnie, ale w praktyce okazuje się otwarte. Na kilkadziesiąt minut wsiąkamy w tajemnice zdewastowanych sal, ale bynajmniej nie jesteśmy jedynymi eksploratorami.

Przyznam, że hasła równościowe wypisane na murach Piramidy stanowiły dla mnie ogromne zaskoczenie. Ale może za mało wierzyłem w młodych Albańczyków?

Po powrocie do świata żywych ruszamy przed siebie, by odkryć dzielnicę, do której w latach panowania Hodży nie udałoby nam się wejść jako obcokrajowcom. No chyba, że bylibyśmy członkami jakiejś zaprzyjaźnionej partii komunistycznej. Legitymacja PZPR mogłaby nam nie pomóc, bo po rozłamie z Moskwą i zaprzyjaźnieniu się z Pekinem albańscy komuniści wspierali Komunistyczną Partię Polski, grupkę zbuntowanych konspirantów skupionych wokół Kazimierza Mijala. Mijal, swego czasu jedna z prawych rąk Bieruta, po ucieczce z Polski zamieszkał nawet w Tiranie i podobno nadawał antyrządowe audycje za pośrednictwem kultowego Radia Tirana. Podobno, bo ich autorstwa nigdy nie potwierdzono, ale udało mi się za to znaleźć artykuły opowiadające o tym, że Mijal żył u boku Hodży jak pączek w maśle. Być może gościł więc w miejscu, do którego właśnie wchodzimy. Czyli w Blloku.

Nie pamiętam już dlaczego nie mam zbyt wielu zdjęć z Tirany. Powyżej jeden z kadrów z Blloku, czyli budynek jednego z albańskich ministerstw.

Do lat 90-tych Blloku stanowiło zastrzeżoną dzielnicę rządową. W luksusowych rezydencjach mieszkali tam najważniejsi przedstawiciele Komunistycznej Partii Albanii na czele z Hodżą. Jego dom stoi do dzisiaj, ale jest utrzymany w jakimś dziwnym niebycie. To znaczy – nie zrobiono z niego muzeum, ale też nie można powiedzieć, że niszczeje i nikt się nim nie opiekuje. To właśnie pod willę Hodży udajemy się w pierwszej kolejności, by zaraz potem skoczyć na szybki obiad do… KFC. Nie byle jakiego KFC, bo pierwszego w Albanii i symbolizującego współczesną przemianę dzielnicy. Oaza dla komunistycznych elit stała się bowiem jedną z najbardziej hipsterskich i reprezentacyjnych dzielnic Tirany, pełną barów i modnych restauracji. Można powiedzieć, że Blloku (znane dzisiaj jako Ish-Blloku czyli Dawne Blloku) dalej stanowi „lepszą twarz Tirany”, ale tym razem jest to twarz bardziej przystępna.

Jeszcze jedna perspektywa na Piramidę Tirańską.

W cieniu Jana Pawła II i Skanderbega

Po wizycie w Blloku decydujemy się w końcu na spacer po samym centrum Tirany. Zaczynamy od Domu Liści, muzeum przedstawiającego historię albańskiego wywiadu i kontrwywiadu. Na jakiś czas będzie to ostatnia „czerwona” miejscówka na naszej mapie, bo potrzebujemy chwilowej zmiany klimatu. Rozstając się z Enverem Hodżą postanawiam opuścić na chwilę moich kolegów i wybrać się do Narodowego Muzeum Historycznego, by poznać nieco bliżej skomplikowane losy Albanii. Sporą atrakcja jest sam gmach muzeum, pochodzący z lat 80-tych i wybudowany jako mieszanka stylów znanych z komunistycznej Europy – betonowy blok jest tam ozdobiony imponującą mozaiką przedstawiającą lud albański. Wystawa prowadzi gości od starożytnych opowieści o Ilirach do współczesnej Albanii z Matką Teresą i Janem Pawłem II jako autorytetami. Po drodze można dowiedzieć się sporo o walkach narodowowyzwoleńczych i niełatwych latach komunizmu. Dla miłośników historii to zabawa na parę godzin i mniej więcej na tyle zatracam się w zakamarkach wielkiego gmachu, zanim wyjdę na główny plac miasta.

Sam plac wygląda akurat przeciętnie, bo jest ogrodzony i przygotowywany do jakiejś wielkiej plenerowej imprezy, ale nie można odmówić mu monumentalnego charakteru wzmacnianego przez pełen dumny pomnik Skanderbega, średniowiecznego bohatera Albańczyków. Główny „rynek” Tirany nosi zresztą jego imię, co nie jest akurat wyjątkiem ani w tym kraju, ani w bratnim Kosowie. Przeciskam się między elementami powstającej sceny by po chwili odnaleźć kolegów i wypić szybkiego drinka przed wizytą w kolejnym wciągającym muzeum. Tym razem schodzimy pod ziemię by odwiedzić Bunk’Art 2, ekspozycję poświęconą albańskiej policji i bezpiece w latach 1912-1991. Całość przygotowana została w jednym z wielu bunkrów, o których będę miał jeszcze okazję wspomnieć. Kończąc muzealny szlak po centrum miasta wpadamy jeszcze do Narodowej Galerii Sztuki. Nie dlatego, że jesteśmy jakimiś wyjątkowymi koneserami malarstwa (chociaż ostatnio coraz częściej goszczę w tego typu atrakcjach), ale dlatego, że na tyłach galerii znajduje się kilka „fajnych pomników”. To znaczy stoją tam zdemontowane figury Lenina i Stalina, które pamiętają czasy, w których opowieści z Bunk’Artu były rzeczywistością.

Centrum Tirany ma w sobie coś niezwykłego. Wygląda, jakby było wyrwane z innego świata. To znaczy innego niż bałkański. Przede wszystkim dlatego, że czuć w nim pieniądze włożone w prężnie rozwijające się inwestycje. Swego czasu porównałem tu Prisztinę do jakiegoś szybko rozwijającego się miasta półkuli południowej, a dzisiaj ten południowy klimat przypisałem przedmieściom Tirany. Śródmieście albańskiej stolicy wygląda z kolei jak suma europejskich aspiracji napędzanych inwestycjami z zachodu. Bywa kiczowato, ale też wyjątkowo. Biurowce i galerie handlowe przeplatają się z nowoczesnymi świątyniami przeróżnych wyznań. Wydaje mi się, że największym plusem umieszczenia Tirany na naszej bałkańskiej trasie była właśnie możliwość poczucia tej inności.

Tirański pomnik Skanderbega, czyli XV-wiecznego przywódcy Albańczyków opierających się tureckim najazdom.
Pałac Kultury, w którym mieści się Teatr Opery i Baletu.
Jeszcze jedno spojrzenie na Plac Skanderbega.
A to już Pomnik Stulecia Niepodległości. Moim zdaniem niezbyt udany, a w tym kadrze akurat udało mi się coś z niego wyciągnąć.
Pochodząca z XIX wieku Wieża Zegarowa to jeden z najbardziej znanych zabytków Tirany. Strzelista budowla góruje nad niewidocznym na zdjęciu Meczetem Ethema Beja, jedynym meczetem, który nie został zamknięty w czasach komunizmu (ale chodzić do niego mogli tylko obcokrajowcy).
Gmach Teatru Narodowego, znajdujący się nieopodal Bunk’artu 2.

Zabunkrowana rewolucja

No dobrze, a co z tymi bunkrami? Pozwólcie, że zacznę od opowieści historyka. Komunizmy były i są, jak wiadomo, różne. Albański komunizm stanowi dla mnie coś pomiędzy piękną katastrofą a nieudaną satyrą. Satyryczna katastrofa zaczęła się u progu lat 60-tych, gdy hodżyści pokłócili się z Nikitą Chruszczowem i zmienili orientację polityczną z prorosyjskiej na prochińską. Z Chińczykami zresztą też się z czasem pokłócili, ale to już pod koniec lat 70-tych, gdy mała bałkańska republika stała się samotną wyspą dryfującą na marginesie geopolitycznego absurdu. Nie była zresztą sama – jak zwykle w takich sytuacjach znalazło się kilka zachodnioeuropejskich partii komunistycznych o orientacji marksistowsko-leninowsko-hodżystowskiej. Wróćmy jednak do Albanii. W latach 60-tych rękami tirańskich hunwejbinów próbowano zaprowadzić w kraju Małą Rewolucję Kulturalną. Pracowników umysłowych wysyłano na turnusy do fabryk, a organizację armii cofnięto do czasów drugowojennej partyzantki. Wytoczono bezprecedensową wojnę religii, proklamując pierwsze w dziejach państwo zupełnie ateistyczne, a program kulturowy zakładał tworzenie socjalistycznych świąt a nawet imion. Takich jak Marenglen, czyli Marks-Engels-Lenin. Oprócz tego zakazano aborcji i antykoncepcji, by naród mógł dumnie i bez strachu rozwijać się i przeć naprzód. No i wzmocniono aparat terroru ucieleśniany przez tajną policję Sigurimi. Nie wszystko w komunistycznej Albanii było złe. Hodżyści zrealizowali ambitny projekt elektryfikacji kraju i rozwinęli opiekę medyczną, mieszkalnictwo, rolnictwo i edukację, ale skala idiotycznych decyzji uderzających w lokalne społeczeństwo znacznie przewyższała praktyki znane z Polski czy Jugosławii.

Reżim Hodży miał jeszcze jeden znak szczególny. Jednym z elementów szalonej polityki prowadzonej od początku lat 60-tych był bezprecedensowy program budowy bunkrów, których sieć miała pokryć dosłownie cały kraj. Czego się obawiano? Oj, każdego i wszystkiego. Wrogami byli (albo mogli być) Jugosłowianie i Grecy. Albo Układ Warszawski i NATO. Na wolność i dobrobyt maleńkiej Albanii czyhał cały świat. A przynajmniej takiego zdania byli Enver Hodża i Mehmet Shehu, architekci projektu zabunkrowania kraju. Gdzie budowano bunkry? Wszędzie. W górach, lasach i miastach. Na plażach, cmentarzach i osiedlach. Czy kiedykolwiek je wykorzystano? Oczywiście. Dzisiaj coraz częściej przekształca się je w muzea, galerie i inne projekty próbujące przekształcić trudną przeszłość w twórczą przyszłość. A skoro poznaliśmy już Bunk’art 2, to pozwólcie, że na koniec przygody z Tiraną przedstawię Wam Bunk’art 1.  

Próbując przedostać się z hotelu do największego bunkru w Albanii, położonego na wschodnich przedmieściach stolicy, prawie skończyliśmy naszą bałkańską przygodę. Google Maps poprowadził nas przez nieprzejezdny most nad jedną z rzeczek przepływających przez przedmieścia Tirany, a jeden z kierowców uznał, że mimo wszystko spróbuje przejechać. Auto zawisło z jednym kołem żałośnie młócącym powietrze tuz nad powierzchnią rzeki, czy też może raczej strumienia. Na szczęście po 5 minutach na pomoc zbiegła się cała dzielnica, a Albańczycy podali nam pomocną dłoń w postaci liny i samochodu, którym wyciągnęli nas z powrotem na stały ląd. Może i głupio wyszło, ale wspomnienia pozostały! Do Bunk’artu docieramy spóźnieni, ale na drodze do Czarnogóry wciąż mamy jeszcze mnóstwo czasu, który ostatecznie i tak odejmiemy zupełnie bezpłciowej Podgoricy. Czym jest dzisiaj Bunk’art 1? To w zasadzie kolejne muzeum historyczne, przedstawiające dzieje kraju od wybuchu II wojny światowej do upadku komunizmu. Zapamiętałem tę wystawę jako wciągającą i całkiem zbalansowaną ideologicznie, co nie jest oczywistością we współczesnej Europie Wschodniej. Resztę pozwolę Wam odkryć na własną rękę. A zanim postawię ostatnią kropkę chciałbym tylko napisać, że polecam Tiranę nawet jeśli nie jesteście zakręceni na punkcie historii, bo wiem, że napisałem właśnie kilkustronicowy artykuł o muzeach. Koniec końców można tam przecież po prostu spacerować, korzystać z życia nocnego, a nawet wybrać się na wycieczkę w okoliczne góry.

Dodaj komentarz