Małe jest piękne – opowieści z europejskich liliputów

Małe jest piękne – opowieści z europejskich liliputów

Andora, Monako, Liechtenstein, San Marino, Watykan i Luksemburg. Ten ostatni zamiast Malty, która chociaż mniejsza, jest krajem o zupełnie innym charakterze i ta drobna podmiana jawi mi się jako logiczna konieczność. Najmniejsze państwa Europy, połączone wyłamaniem się z historycznych procesów państwotwórczych i niskimi podatkami, funkcjonujące w powszechnej świadomości, ale rzadko osiągane przez turystów. Mam dla Was opowieści z nich wszystkich – podróżnicze, ale zahaczające też o szersze przemyślenia. Całość uzupełniłem garścią praktycznych informacji i ciekawostek o Małej Szóstce. Fotorelacja? Już wkrótce na Facebooku, niech no tylko odzyskam zdjęcia z wyjazdu do Szwajcarii sprzed kilku lat!

Z wizytą u księcia Macrona

Krótka kontrola graniczna dzieli ostatnie pirenejskie wioski w Katalonii od lokalnej wyspy wolności. Już zza pierwszego zakrętu, jaki mijamy za granicą wyłania się bezcłowe centrum handlowe. A za nim kolejne, stacja benzynowa, McDonald’s. Nawet gdyby zlikwidowano krótką odprawę paszportową, wjazd do Andory byłby niemożliwy do przegapienia. Nas, Polaków, bezcłowość interesuje zaledwie połowicznie. Koszt dotarcia na miejsce niweluje większość ewentualnych zysków. Chyba, że chcemy przywieźć do kraju kilka fiolek drogich perfum i parę litrów whisky ze światowego topu. Wtedy wszystko, absolutnie wszystko tu się opłaca.

Sunąc wzdłuż głównej arterii Sant Julia de Loria znowu zobaczyłem mikropaństwowe kopiuj-wklej. Nowoczesne apartamentowce, drogie butiki i wszechobecny klimat zawieszenia gdzieś ponad międzynarodowymi konwenansami jest absolutnie nie do podrobienia. Można nie czuć go w każdym miejscu Andory czy San Marino, ale nigdy jeszcze nie poczułem go poza którymś z europejskich liliputów. Sama miejscowość ma jednak do zaoferowania coś więcej – a mianowicie jedno z najlepszych muzeów Andory, Muzeum Tytoniu. Bo chociaż państewko niekoniecznie ma wiele do zaoferowania pasjonatom intensywnego zwiedzania, to tytoń od lat stanowi jeden z jego znaków rozpoznawczych. Oczywiście w pełnej krasie przekonamy się o tym na ulicach stolicy.

Andora la Vella, czyli Stara Andora, na pozór nie wyróżnia się niczym od otaczających ją miejscowości. W zasadzie nawet nie wiadomo, kiedy przechodzi się do położonego ciut dalej Escaldes-Engordany. Niemniej to właśnie w stołecznej miejscowości kumulują się centra handlowe i wszelkie mniejsze oazy wolnego handlu. Dostaniemy tutaj perfumy tańsze nawet o 150-200 złotych w stosunku do cen europejskich. Na alkoholu spokojnie zjedziemy o 80-120 złotych na litrze droższych whisky czy koniaków. Tańsza jest też elektronika, tańsze są oczywiście cygara, słowem wszystko, na co w normalnych państwach nakładane jest wysokie cło. Jako, że nie ma zbyt wiele do zwiedzania, po dokładnym, lecz krótkim zwiedzeniu starówki mogliśmy ruszyć do hotelu z dorwaną w promocyjnej cenie (tak, promocje zdarzają sie również w Andorze!) butelką japońskiej whisky.

Drugim znakiem rozpoznawczym Andory są góry, a kiedy mówiłem znajomym Hiszpanom o moim celu na święta nie mogli uwierzyć, że nie jadę tam na narty. Cóż, dla nas to dość odległa narciarska destynacja i szczerze mówiąc nie wiem, czy jest sens porzucać dla niej Alpy bądź Karpaty. Andorskie góry mogą być jednak gratką nie tylko dla miłośników białego szaleństwa – najwyższy w kraju Pic de Coma Pedrosa to siódmy szczyt Korony Europy. Latem również jest tutaj sporo do zrobienia. Schodząc z gór można zajrzeć do rozsianych po całej Andorze romańskich kościołów, które stanowią jeden z największych skarbów narodowych małego księstwa.

Pomimo zapisów dotyczących polityki celnej, które mówią między innymi o zakazie wywożenia ponad dwóch litrów alkoholu na głowę, nikt nie sprawdził nas w podróży powrotnej do Hiszpanii. Wygląda zatem na to, że to kolejna umowna granica na mapie Europy. Gdyby tak tylko wiedzieć o tym wcześniej, kiedy pod nosem mieliśmy świąteczną promocję – 40 złotych za butelkę ginu Bombay Sapphire…

Andora praktyczniej

Jak dojechać? To najbardziej skomplikowana operacja związana z Andorą i jakimkolwiek innym zakątkiem opisywanym w tym tekście. Dojazd trochę trwa i kosztuje. Najpierw musimy przedostać się do Barcelony bądź Tuluzy. To pierwsze jest prostsze, bo stolica Katalonii jest połączona z kilkoma polskimi lotniskami samolotami kilku linii lotniczych. Do Tuluzy lata Ryanair z Modlina. Będąc już na miejscu musimy złapać autobus do Andory – trasa tam i z powrotem z jednego z lotnisk kosztuje ok. 220 złotych na osobę. 400 złotych za dojazd w obie strony brzmi zatem jak promocyjna cena. Trzeba kupić dużo perfum, żeby to wyrównać!

Gdzie spać? Poszliśmy po taniości i wybraliśmy Hotel City M28 w samym sercu Starej Andory. Polecam – niczego nam nie brakowało, a taras z widokiem na góry i największe centrum handlowe Andory był miłym dodatkiem. Cena to około 110 zł na osobę za dobę, a przynajmniej tak było w grudniu.

Co zwiedzić? Oferta muzealna nie jest zbyt imponująca, najwyżej notowane są wspomniane Muzeum Tytoniu i romańskie kościoły. Historię księstwa można poznać bliżej w Casa de la Vall. Zwiedzić warto oczywiście również bezcłowe sklepy – warto pamiętać, że te wyglądające na mniej profesjonalne mają często lepsze ceny, a najlepsze oferty trafiają się w supermarketach.

Warto pamiętać, że… prawie nikt w Andorze nie mówi po angielsku. Podstawy hiszpańskiego będą nie tyle mile widziane, co pozwolą jakkolwiek skomunikować się z lokalsami.

Pomimo triumfu nowoczesnej architektury, Kościół św. Stefana wciąż potrafi zdobyć swoje miejsce w krajobrazie Andory.

Zachód słońca w Najjaśniejszej Republice

O ile wjazd do Andory jest wyraźny architektonicznie, o tyle wjazd do San Marino od strony Rimini jest absolutnie wyraźny symbolicznie. To tam wielkie napisy nie pozostawiają złudzeń, że trafiliśmy do Republiki Wolności. Nie pozostaje nic innego jak piąć się w górę zboczami Monte Titano – kolejnego szczytu z Korony Europy, tym razem goszczącego całą stolicę państwa. A po drodze fani futbolu zahaczyć mogą o Serravalle – to tam swoje mecze rozgrywa sympatyczna reprezentacja San Marino, jedna z najsłabszych drużyn Starego Kontynentu.

Efektowny podjazd pod szczyt biało-błękitnej republiki wrzuca nas wprost w połączenie bogatego mikropaństwa z pięknem klasycznych Włoch. Zostawiając samochód niedaleko hotelu trafiliśmy wprost na jeden z charakterystycznych dla San Marino sklepów sprzedających… w zasadzie wszystko, ale przede wszystkim włoskie piwa z cokolwiek wątpliwymi moralnie etykietami. Znajdziemy tutaj trunki poświęcone Stalinowi, Hitlerowi, Duce czy Mao. Wśród nich znalazło się miejsce dla Jana Pawła II – ciężko ocenić na ile to przynęta dla polskich turystów, a na ile dowód na dotarcie cenzopapy aż na Półwysep Apeniński!

Zdobycie wszystkich twierdz zbudowanych na zboczach Monte Titano wymaga trochę ruchu, ale wszystko jest w zasięgu przyjemnego popołudniowego spaceru. Bonusem są zabójcze widoki na otaczające San Marino góry, które uchwycić możemy choćby z tarasu pod XIX-wiecznym Palazzo Publico, goszczącym władze górskiego miasta-twierdzy. Wspinaczka w górę to nie tylko wspinaczka architektoniczna, ale też seria kolejnych okazji do zatrzymania się w lokalnych restauracjach i odwiedzania kiczowatych, ale na swój mikropaństwowy sposób niezwykle klimatycznych sklepów ze wszystkim i niczym.

Zdobycie Trzech Wież sprawia, że stajemy na dachu Najjaśniejszej Republiki. To dobry moment żeby zwolnić i sięgnąć po lampkę wina. Niestety wiele lokali w San Marino zamyka się dość wcześnie, ale to dla Polaków problem niemal w całej zachodniej Europie. Niemniej w mikropaństwach możemy spędzać czas zupełnie na własnych zasadach, o ile nikomu nie przeszkadzamy – na próżno szukać tam policji, która chciałaby w jakiś poważniejszy sposób uprzykrzyć nam życie. To otwiera nowe możliwości spędzania wolnego czasu.

Jak dojechać? Najlepiej przedostać się do Bolonii lub Rimini, co nie stanowi największego problemu dla Polaków. Dalej do San Marino dotrzemy kombinacją transportu publicznego, ale dobrą opcją jest tez samochód, z którego sam korzystałem.

Gdzie spać? Miejscowy klasyk to Hotel Joli – położony u stóp starego San Marino oferuje wygodne pokoje w sensownej cenie i świetne widoki z balkonów

Co zwiedzić? Stołeczne San Marino to idealny przystanek na wieczorny spacer w bajecznej scenerii. Na więcej nie miałem czasu, ale tyle wystarczyło mi do satysfakcji.

Warto pamiętać, że… San Marino bije własne monety euro i z racji niewielkich rozmiarów państwa są one sporym rarytasem numizmatycznym – zaryzykowałbym twierdzenie, że największym w całej strefie wspólnej europejskiej waluty.

Zdobycie szczytu San Marino to kawałek wspinaczki, ale widoki z fortyfikacji są tego warte.

Tam, dokąd wraca Kubica

Mało które miejsce tak elektryzuje myślą o filmowym wręcz przepychu jak Księstwo Monako. Wydarte administracyjnie z francuskiego Lazurowego Wybrzeża państwo-miasto stało się przystanią dla hazardu, biznesmenów, Formuły 1 i klubu piłkarskiego, który pojawia się i znika na futbolowej mapie Europy. Moja wizyta w Monte Carlo była krótka i intensywna. I chociaż nie miałem okazji przegrać fortuny w jednym z legendarnych kasyn, to możliwość kupienia koszyka malin za kilkadziesiąt złotych przybliżył mnie do lokalnych trendów. Żałuję, że nie znam francuskiego, bo wiedziałbym dokładniej co to były za maliny!

Jeśli zaczniemy zwiedzanie Monako równo na zachodniej granicy, to siłą rzeczy wylądujemy pod wielofunkcyjnym Stadionem Ludwika II. Wielofunkcyjny oczywiście może odnosić się tutaj do obecności tam bieżni lekkoatletycznej, ale monakijczycy poszli na całość i zamontowali na stadionie również uniwersytet – bo dlaczego by nie? Trochę sił w nogach trzeba, by spod stadionu przemieścić się w okolice Pałacu Książąt. Po drodze mamią nas centra handlowe i spore jak na moje doświadczenia z mikropaństwami muzea, ale to ile pieniędzy chcemy zostawić w Monako jest kwestią zupełnie indywidualną. Jeśli pozostaniemy nieczuli na lokalne wdzięki, do góry zabiorą nas w większości windy i schody ruchome. Tak, schody ruchome są integralną częścią kraju i nieraz jedyną dostępną drogą z punktu A do punktu B. Wzbudziło to u mnie poczucie znajdowania się w jednym wielkim centrum handlowym – ale może tak właśnie ma być.

Położona na wzgórzu część pałacowa z katedrą, ratuszem, starówką i ogrodami (Monako pełne jest rozmaitych parków i ogrodów) oferuje nie tylko najlepsze widoki na okolicę, ale też kilka niekoniecznie drenujących kieszenie opcji na obiad. Schodząc w dół, wzdłuż Muzeum Oceanograficznego (podobno must-see, ale zabrakło mi czasu) trafiamy w końcu na ścieżkę prowadzącą do jednej z największych miejscowych atrakcji – toru Formuły 1. W zasadzie wyraziłem się źle – Grand Prix Monaco to wyścig uliczny, a zatem całe księstwo staje się torem. Ale największą atrakcją jest miejsce startu i mety, położone tuż przy porcie La Condamine. Zmotoryzowani mogą tutaj oczywiście spróbować pokonać legendarną trasę na własną rękę – mnie zostały nogi, prosta startowa i kilka historycznych pomników.

La Condamine to już ostatni przystanek przed właściwym sercem Monako – Monte Carlo. To tutaj pod Casino de Monte-Carlo zobaczymy największe stężenie Ferrari na kilometr kwadratowy i poczujemy pełen surrealizm miejscowego bogactwa. Jeśli zakręci nam się w głowie, możemy schronić się i odpocząć w przylegającym do kasyna Ogrodzie Afrykańskim. To jednak zaledwie początek wschodniej dzielnicy Księstwa, prowadzącej przez Ogrody Japońskie do popularnej plaży Larvotto. I jeszcze większej ilości kasyn. Wracając na dworzec centralny spotkamy za to kolejne pokłady nowoczesnych apartamentowców, które przywodzą na myśl to samo co w Andorze – niespotykaną kumulację przepychu i codziennej niecodzienności.

Jak dojechać? Najtańsza opcja to samolot do Nicei i pociąg do Monte Carlo, który kosztuje raptem kilkanaście złotych i jedzie kilkadziesiąt minut wzdłuż Lazurowego Wybrzeża

Gdzie spać? W Nicei

Co zobaczyć? Pałac Książąt ze zmianą warty o 11:55, zabytki starówki, Muzeum Narodowe z wystawą lalek, Monte Carlo wraz z jego wszystkimi kasynami, Larvotto Beach, miejscowe parki, trasę słynnego wyścigu Formuły 1.

Warto pamiętać, że… wyjazd na wyścig F1 do Monako może kosztować ponad 10 000 złotych, a to dopiero początek kosztów. Miłośnicy motoryzacji i tanich podróży muszą się tutaj porządnie nagimnastykować.

Pierwszy widok, jaki widzimy wychodząc z monakijskiego dworca. Będzie górzyście i będzie bogato.

Parlament jak domek z kart

Wizyta w zawieszonym wysoko w górach między Austrią i Szwajcarią Liechteinsteinie jest dla mnie pierwszym i najodleglejszym wspomnieniem z eksploracji Małej Szóstki. Odwiedziłem Vaduz podczas wycieczki do Szwajcarii, na którą pojechałem z tatą w 2012 roku. Cholera, 2012 był 6 lat temu! Czas płynie nieubłaganie, ale postaram się tutaj wyciągnąć najlepsze wspomnienia. Ale zacząć muszę od pewnego dysonansu, który już wtedy udzielił mi się jako nastoletniemu chłopakowi, a później potwierdzony został głosami z internetu. Odczułem go stając przed tym, co miało być siedzibą lokalnego parlamentu. I faktycznie nią jest, chociaż po jednym z najbogatszych państw świata spodziewałem się… no cóż, czegoś innego.

Trójkątny budynek Landtagu przywodzi na myśl karmnik dla ptaków. Albo słomiany kapelusz. Do puli można jeszcze dorzucić pionki z Eurobusinessu. Ale jak na siedzibę władz państwa jest nieco awangardowy. Znaczniej bardziej spójny, chociaż niekoniecznie pasujący do reszty krajobrazu jest budynek Muzeum Sztuki. Modernizm i awangarda wkradły się do stolicy Liechtensteinu na swój osobliwy sposób, ale w górskim krajobrazie wciąż muszą ustąpić miejsca Zamkowi Książęcemu. XVI-wieczna posiadłość rodziny Liechtensteinów niestety nie jest otwarta do zwiedzania jako, że stanowi faktyczny dom władców księstwa. Możemy co prawda wspiąć się na wzgórze, ale u celu odbijemy się od zamkniętych bram. Zwiedzając Vaduz musimy zatem obejść się smakiem i skupić na tym, co zwykli śmiertelnicy mogą odwiedzić w śródmieściu.

Na najważniejszy dostępny zabytek miasta wyrasta zatem neogotycka Katedra św. Floriana wieńcząca główny bulwar spacerowy. Innym miejscowym rarytasem jest Muzeum Filatelistyczne, ale poza krótką dziecięcą zajawką nigdy nie były to moje klimaty. Tak czy owak zwiedzanie to w Vaduz zabawa na dwie godziny. Możemy ją wydłużyć, zahaczając o gotycki zamek w Balzers. Później zostaje już tylko ucieczka w Alpy bądź za granicę – ta pierwsza opcja sprawdza się szczególnie zimą, kiedy Liechteinstein staje się jednym z popularniejszych alpejskich ośrodków narciarskich. Malbun-Steg, bo tak zwie się najpopularniejszy miejscowy resort, raczej nie jest jednak pierwszym finansowym i odległościowym wyborem dla Polaków.

Jak dojechać? Szczerze mówiąc najwygodniej zrobić to samochodem – możemy też przedostać się do Zurychu i złapać stamtąd pociąg, ale to wydatek rzędu… 300 złotych w jedną stronę. Możemy też dostać się od strony Feldkirch w Austrii, ale ilekroć kalkulowałem zimowy wyjazd do Tyrolu, tylekroć odpadałem już na kosztach podróży.

Gdzie spać? Dwuosobowy pokój w samym Liechtensteinie dostaniemy od 400 złotych za noc. Jeśli ta opcja nas nie urządza – pozostaje nocleg w Austrii bądź Szwajcarii. Tylko, że tam niekoniecznie będzie taniej!

Co zobaczyć? Centrum Vaduz z katedrą i nowoczesnym Muzeum Sztuki, Zamek w Vaduz, chociaż jest dostępny tylko z zewnątrz. Zamek i kościół w Balzers.

Warto pamiętać, że… Liechstenstein jest bardzo katolickim krajem i dość ściśle respektuje świętość niedzieli – jeśli chcemy doświadczyć nieco lokalnego życia, lepiej odwiedzić go w jakikolwiek inny dzień tygodnia.

Zgłaszam to do Trybunału

Chociaż nie jestem pewien, czy trafienie Luksemburga do tego zacnego grona jest awansem czy degradacją, to moje odczucia związane z jedną z europejskich stolic zupełnie korespondują z innymi mikrowizytami. Żeby było po równo, opiszę tutaj tylko stolicę Wielkiego Księstwa – bo na inne jego atrakcje zabrakło mi czasu po niezwykle intensywnej majówce w Beneluksie. Właściwe zwiedzanie Luksemburga zacząłem od Kirchbergu, dzielnicy sztuki, finansów i Europy. Najpierw jednak musiałem się tam wdrapać, by wzdłuż fortyfikacji przedostać się do Muzeum Sztuki Nowoczesnej i budynku Filharmonii. Kilka kroków na drugą stronę ulicy rzuciło nas wprost pod budynek Trybunału Sprawiedliwości, zza którego wyłania się siedziba Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Nagromadzenie instytucji, które znamy z lekcji WOSu jest tutaj ogromne, ale wszystko co możemy zrobić ogranicza się do rzucenia okiem. Więcej do roboty znajdziemy w centrum miasta.

Miasto Luksemburg to przede wszystkim żywa i bogata starówka, której trójkątne granice wyznaczają Katedra Notre Dame oraz kościoły św. Michała i św. Alfonsa. Warto poświęcić trochę czasu na spokojny spacer zwieńczony zwieńczeniem kazamatów dawnej twierdzy. Nie warto natomiast zatrzymywać się na alkoholowe przygody, bo te znajdziemy w pełnej krasie schodząc kilka pięter niżej, do dzielnicy Grund. Po drodze znajdziemy jeszcze malowniczy skatepark położony w dolinie rzeki Péitruss, jeden ze znaków rozpoznawczych Luksemburga. Schodząc w dół za Mostem Adolfa znajdziemy się w imprezowym sercu miasta. To tutaj, na brzegach Alzetty, znajdziemy najpopularniejsze kluby, piwiarnie i winiarnie. Oczywiście wszystko w swojej cenie.

Siedząc przy kuflu lokalnego Bofferdinga w ogródku piwnym Scott’s Pubu mogłem przyjrzeć się Luksemburgowi w wieczornym lustrze rzeki. Spojrzenie to, uwiecznione nawet na „tymczasowej” profilówce mojego bloga do dzisiaj kojarzy mi się z tyglem językowym i kulturowym jaki można znaleźć w Luksemburgu. I niekoniecznie jest to tygiel turystyczny. Absolwenci lokalnych szkół muszą biegle znać niemiecki i francuski. Do tego dochodzi oczywiście wszechobecny angielski. No i życie w sercu Unii Europejskiej. Jeśli ktoś na tym świecie wygrał loterię urodzin, to właśnie Luksemburczycy. Nam pozostaje chłonąć wyjątkową, dostojnie luźną atmosferę miejsca i skosztować więcej smaków lokalnego alkoholu.

Jeśli znudzą nam się klasyczne atrakcje, możemy wybrać się na niezwykle amerykański cmentarz wojskowy (żaden to przypadek, wszak leżą tam Amerykanie polegli w II wojnie światowej) bądź miejscowy stadion piłkarski. Nie no, ta druga atrakcja to zupełnie nic specjalnego, ale nigdy nie zapomnę mojej wizyty tam na kilka miesięcy przed legendarnym starciem Legii z Dudelange w Lidze Europy. Oglądając dość marnie prezentujący się Stadion Josy Barthel zupełnie nie spodziewałem się, że polska drużyna kiedyś polegnie tam w drodze do Europy. Życie jak zwykle napisało jednak najlepszy scenariusz.

Jak dojechać? Bezpośrednio dotrzemy drogą powietrzną m.in. z Warszawy i Berlina, jednak nie zawsze będą to tanie opcje. Alternatywnie możemy dolecieć na lotnisko Frankfurt-Hahn i złapać jedną z kilku linii autobusowych kursujących do Luksemburga. Po drodze z Hahn można natomiast zahaczyć o Trewir, z którego do Wielkiego Księstwa dojedziemy w godzinę FlixBusem.

Gdzie spać? Budżetowa opcja to Youth Hostel położony w dolinie nieco pomiędzy wszelkimi atrakcjami, ale różnica między hostelem a niezłej klasy sieciówkami jak Park Inn czy Novotel jest tutaj niewielka – można zatem pozwolić sobie na nieco wyższy standard i wylądować w hotelu w samym centrum miasta.

Co zobaczyć? Historyczne centrum miasta, dzielnicę Kirchberg, zagłębie barowe Grund.

Warto pamiętać, że… Luksemburg położony jest na wielu poziomach i zwiedzanie go pieszo wymaga nieraz solidnej kondycji, jeśli chcemy zobaczyć wszystko za jednym zamachem. Alternatywą są windy, spośród których część zaprojektowana jest z myslą o turystach szukających pięknych widoków (Pfaffenthal). Naturalny bonus płynący z nierówności terenu to mnogość przepięknych górskich i architektonicznych scenerii, które jednak o dziwo… nie dają się złapać w kadr tak ładnie, jak wyglądają na żywo.

Najlepsze zdjęcia Luksemburga udało mi się złapać przy zachodzącym słońcu.

Bernini, Franiszek i selfie-sticki

Na koniec zostawiłem sobie państwo najmniejsze, ale również to, które najbardziej mnie rozczarowało. O ile pisząc pięć powyższych relacji miałem wrażenie, że miejscami dałem się porwać rzadkiemu w moim przypadku turystycznemu entuzjazmowi, o tyle Watykanowi solidnie się tutaj oberwie. Bo moim zdaniem są ku temu solidne podstawy i jest to odczucie zupełnie niereligjne – Watykan był dla mnie celem jedynie turystycznym i nie byłem z nim związany emocjonalnie. Mimo to, zastałem tam obraz daleki od satysfakcjonującego.

Do Rzymu dotarłem z urazem nogi, co w zasadzie wykluczyło mnie z możliwości odstania swoich kilku godzin w kolejce do wejścia do Bazyliki św. Piotra i Muzeów Watykańskich. Zamiast tego postanowiłem wybrać się po prostu na plac, który tak dobrze znam z telewizji i chwilę odpocząć w atmosferze jednego z najważniejszych miejsc dla europejskiej kultury. Cóż, problem właśnie w tym, że nie było mi to dane.

Lampka ostrzegawcza zapala się już podczas drogi ze stacji metra na plac św. Piotra. Oto bowiem jak grzyby po deszczu wyrastają naganiacze i wędrowni handlarze. Przed samym wejściem do Watykanu próbowano mi sprzedać bilet na mecz AS Romy (ostatecznie i tak poszedłem na Stadio Olimpico, ale po bilet udałem się niekoniecznie do Watykanu). Nie lepiej jest za bramkami pod renesansową kolumnadą. Oglądając z oddali jeden z tych budynków, które każdy wie jak wyglądają ale w rzeczywistości są brzydsze jesteśmy napastowani przez kolejnych panów ze świecidełkami. A może wisiorek? Może jednak woda? A może selfie stick? Zwykle „no thanks” już nie działa, bo pan w odpowiedzi podaje mi wymiary i funkcje. Chyba ze to już nie o selfie stick chodziło. Oferta jest bogatsza o rozmaite pocztówki i inne świecące lampki. Wszystko to na pokusę ludzi stojących w półkilometrowej kolejce do wstępu i niewiele krótszej do toalety.

Oglądając to wszystko ogarnął mnie smutek – nie tak wyobrażałem sobie bądź co bądź święte miejsce i stolicę Kościoła. Zamiast jakkolwiek uduchowionej świątyni trafiłem na festiwal kiepskiej komercji podlany czterdziestostopniowym upałem. Było to dla mnie drugie wielkie podróżnicze rozczarowanie, zaraz po równie nieudanym wypadzie do Amsterdamu. Watykan mogę Wam z pewnością polecić w ramach zaplanowanej wycieczki, bo to miejsce o niezwykłej roli w dziejach Europy i świata. Ja ze zwiedzania wnętrz odpadłem fizycznie, ale pozytywne odczucia z wizyty w Watykanie zostały mi odebrane na poziomie, którego jako antyklerykał nigdy bym się nie spodziewał – moralnym. Bo kiedy już widzę Kościół, to przykro mi oglądać go w takim stanie.

Jak dojechać? Musimy dostać się do Rzymu, co w sezonie turystycznym niekoniecznie jest tanie, a dalej jest już z górki – metrem, autobusem bądź pieszo.

Gdzie spać? Rzym posiada bardzo bogatą ofertę noclegową, nie polecę niczego z nazwy, bo mój hostel był akurat bardzo budżetowy i bardzo przeciętny.

Co zobaczyć? Wszystko, co tylko Wam się uda, jeśli Watykan jest dla Was ważnym miejscem.

Warto pamiętać, że… ilość zaoferowanych selfie-sticków jest wprost proporcjonalna do czasu stania w kolejce do Bazyliki.

Bazylika św. Piotra i tłumy odwiedzających stojące w jednej z kilkunastu kolejek.

Dodaj komentarz