Mała Fatra i wielkie narracje. Moje słowackie szlaki #2

Kolejne podejście do Słowacji zaczyna się od przejścia granicznego w podżywieckim Zwardoniu, na którym zachowały się jeszcze ślady epoki sprzed strefy Schengen. Po drugiej stronie witają nas wisząca w powietrzu autostrada i beskidzkie stacje narciarskie z nieformalną stolicą w Oszczadnicy. Za każdym razem pozwalam sobie obejrzeć tę okolicę jedynie z okna samochodu. Nie inaczej było pewnego czerwcowego dnia, podczas inauguracyjnego wyjazdu po wiosennym lockdownie. Naszym pierwszym przystankiem była Żylina. Nie pierwszy i nie ostatni raz, bo jest to miasto bardzo bliskie śląskim podróżnikom.

Żylina – przystanek (nie)konieczny

Żylina pełni specyficzną rolę na mapie moich podróży. Z jednej strony jest to ważny regionalny ośrodek, w którym warto obejrzeć starówkę i charakterystyczny plac Andreja Hlinki. Z drugiej strony zwykłem uważać że „nic tam nie ma” w takim sensie, że nie warto obierać Żyliny za główny cel wyjazdu. Zwykłem raczej zatrzymywać się w niej na rozprostowanie kości po pierwszej części podróży z Polski. Jest to przystanek bardzo przyjemny, bo oferujący możliwość napicia się Kofoli na urokliwym rynku. Spróbujmy jednak spojrzeć na Żylinę jako cel turystyczny.

Na żylińskim rynku.

Jeśli jednak postanowicie spędzić kilka godzin w czwartym co do wielkości mieście Słowacji, to nie powinniście się tam nudzić. Jeszcze zanim dotrzecie do centrum miasta, ciekawym przystankiem może być leżący nad ujściem Kysucy do Wagu zamek Budatin. Zabytkowe śródmieście to świetne miejsce na spacer, a jeśli wbijecie się akurat w krótkie godziny otwarcia 46-metrowej dzwonnicy Katedry św. Trójcy, to możecie dodatkowo obejrzeć je z lotu ptaka. Wejście na Burianową Wieżę jest dostępne tylko trzy razy w tygodniu – w poniedziałki, wtorki i czwartki – przed godziną 15-tą. Popularnym miejscem na mapie miasta jest galeria sztuki urządzona w gmachu Nowej Synagogi, która niedawno stała się tymczasowym centrum badań na dobrze znanego nam wirusa. Naprzeciw synagogi znajduje się inne klimatyczne centrum kultury, zorganizowane w XIX-wiecznym Pałacu Rosenfeldów. Żylina skrywa też kilka perełek dla miłośników architektury sakralnej – to romański kościół św. Stefana Króla i drewniany kościółek św. Jerzego leżący przy drodze na Strečno.

Nowa Synagoga w Żylinie.

A skoro już pojawiła się nazwa Strečno, to pora zająć się okolicznymi atrakcjami. O ile nie polecam jechać do Żyliny samej w sobie, o tyle wielu wrażeń może dostarczyć zakręcenie się w jej górskiej okolicy. Zrywam w tym miejscu z chronologią, bo odwiedzałem te miejsca więcej niż raz. Możliwe są dwie drogi. Pierwszą z nich nazwę drogą zdobywcy, drugą – drogą Janosika. Do wyboru jest albo wspinaczka na zamki, albo eksploracja rodzinnych stron legendarnego zbójnika.

Droga na zamek w Strečnie nie jest najłatwiejsza, ale widok z ruin wynagradza trudy podejścia.

Podżylińskie zamki to romantyczne wyzwanie dla ambitnych. Romantyczne, bo okoliczne ruiny to mieszkanka historii, natury i samotności. Ambitne, bo przed podejściem nie radzę jeść obiadu złożonego ze smażonego sera i litrów Złotego Bażanta. Droga zdobywcy ma dwa rozwidlenia. Można na dziko, turystycznym szlakiem wspiąć się na Lietavę, potężną ruinę oferującą najlepszy widok na Żylinę, jaki udało mi się znaleźć. Można też spokojniej, z przewodnikiem, zwiedzić ruiny zamku Strečno, malowniczo położonego nad Wagiem przy drodze na Martin. A jeśli ktoś nie będzie miał po tym wszystkim dość, to można jeszcze atakować leżący po drugiej stronie Wagu zamek Varin.

Żylina oglądana z zamku Lietava.

Droga Janosika prowadzi na wschód, w głąb masywu Małej Fatry. To góry, które były ze mną od dziecka, bo można je dostrzec stając na balkonie mojego rodzinnego mieszkania. Los okazał się przy tym bardzo ironiczny, bo nigdy nie ich nie zdobyłem, ale miałem okazję ześlizgnąć się po błotnistym stoku pod pomnikiem Juraja Jánošíka w Terchovej. No właśnie, Janosik. Przygody słynnego karpackiego Robin Hooda, który w Polsce ma twarz Marka Perepeczki, to motyw przewodni małofatrzańskiej turystyki. Żaden to przypadek – wspomniana już Terchova to miejsce urodzin Juraja. Imię zbójnika noszą tutaj hotele, ale też atrakcje naturalne takie jak wąwozy Jánošíkove Diery.

Widok na masyw Małej Fatry spod pomnika Janosika w Terchovej.

Na najwyższy szczyt Małej Fatry, Wielki Krywań, można wjechać kolejką. Nie jest to preferowany przeze mnie typ turystyki górskiej (szczególnie, że wjazd na Krywań kosztuje miliony monet, a przynajmniej jakieś 40 zł), ale niewątpliwie zwiększa to dostępność góry dla małych dzieci i osób starszych. Dla zaprawionych w bojach górołazów ciekawszą opcja może okazać się Wielki Rozsutec, który można zresztą atakować z Krywania, ale to wyprawa na cały dzień. Wróćmy jednak na ziemię, a konkretnie nad Wag, który na wschód od Żyliny meandruje i prowadzi ku masywowi Wielkiej Fatry.

Plecy Janosika.

Martin ludowy, Martin narodowy

Naszym kolejnym celem był Martin, ale jadąc tam z Żyliny zrobiliśmy krótki przystanek w miejscowości Vrútky. Zaintrygowała mnie pochodząca z początku XX wieku synagoga, a raczej jej gmach, bo obecnie znajduje się tam biblioteka i centrum kultury. Dawna bożnica kontrastuje z okolicznymi blokami i placem zabaw robiąc wrażenie prawdziwej ukrytej perełki. Miejscowość ma do zaoferowania jeszcze kilka ciekawostek architektonicznych. Moją uwagę przyciągnął Dom Robotniczy z 1928 roku znajdujący się przy ul. Cyryla i Metodego, ale to budynek mający najlepsze lata dawno za sobą. Kawałek dalej znajduje się Zacharova vila zbudowana w stylu (chyba) secesji – jeszcze jedno miejsce, na które warto rzucić okiem przed zawróceniem ku głównej drodze. Generalnie jednak o ile Żylinę nazwałem poetycko przystankiem (nie)koniecznym, o tyle odpoczynek we Vrútkach jest naprawdę niekonieczny, jeśli nie cierpicie na nadmiar czasu.

Dawna synagoga w miejscowości Vrútky.

Do stolicy słowackiej tożsamości dotarliśmy wczesnym popołudniem. Martin to miasto intrygujące, bo chociaż jest bardzo ważne dla Słowaków, to światowa publika rzadko o nim słyszy. O Martinie pisano już w średniowieczu, ale lokalna historia przyspieszyła w XIX wieku. W 1863 roku założono tam Macierz Słowacką, najstarszą i istniejącą do dzisiaj organizację zajmującą się pielęgnacją i rozwojem słowackiej kultury i oświaty. Na tym historyczna rola tego niespełna 60-tysięcznego miasta się nie kończy. Na dialektach ze środkowej Słowacji, do których zalicza się lokalny dialekt turczański, Ľudovít Štúr oparł swoją wersję pisanej słowaczczyzny. Ważnym ośrodkiem prac nad stworzeniem literackiego języka słowackiego, jeszcze zanim powstała Macierz, był oczywiście Martin.

Centralny plac w Martinie został pięknie odnowiony – na zdjęciu pierwsza siedziba Banku Tatra.

Istnieją trzy siedziby Macierzy. Pierwsza zachowała się przy centralnym placu miasta, a dzisiaj mieści się w niej Muzeum Literatury. Druga i obecna siedziba znajduje się kawałek dalej w pięknym klasycystycznym gmachu. Trzecią postawiono w okresie, który zwykłem nazywać Drugą Czechosłowacją, chociaż de facto w kontekście komunizmu powinniśmy mówić o trzecim i czwartym państwie czechosłowackim. Ukończony w 1975 roku monumentalny gmach leży kawałek za centrum, na skraju miejskich zabudowań. Zastosowano w nim całą plejadę typowych dla epoki rozwiązań – jeden wielki blok stoi tam na drugim, a wszystko ozdobione zostało stosownymi płaskorzeźbami. Kilkanaście lat temu siedzibę Macierzy przeniesiono z powrotem do budynku nr 2, a w komunistycznym kolosie znajduje się dzisiaj Słowacka Biblioteka Narodowa.

Okazały przedwojenny gmach Muzeum Etnograficznego w Martinie.

Przyznam się w tym miejscu do porażki, bo niestety zabrakło mi w Martinie czasu, by poznać bliżej wszystkie te pomniki słowackiej historii. Po krótkim zachwycie nad architekturą śródmieścia odbiłem w stronę dominującego nad okolicą gmachu Muzeum Etnograficznego, jednej z filii Słowackiego Muzeum Narodowego. Wystawa była zamknięta, ale nic nie stało na przeszkodzie, by zatrzymać się na chwilę w otaczającym muzeum parku. Jego przedłużeniem jest Cmentarz Narodowy, na którym spoczęło wielu słowackich pisarzy, naukowców i artystów. To kolejne miejsce, w którym czuć dziejowe znaczenia Martina. Swoją drogą, miasto bardzo kojarzy mi się z Poznaniem i byłem zaskoczony, gdy nie znalazłem stolicy Wielkopolski na liście miast partnerskich. Wspólne są nie tylko XIX-wieczne tradycje narodowotwórcze, ale też patron i poniekąd nazwa – do 1951 słowackie miasto nosiło imię Turczański Święty Marcin. Ciekawe, czy słyszeli o naszych rogalach? Za południową granicą spotkałem się raczej ze świętomarcińskim piwem.

Siedziba Galerii Turczańskiej przy wejściu na martińskie stare miasto.

Czasu na zwiedzanie nie starczyło mi przede wszystkim dlatego, że bardzo chciałem zdążyć do znajdującego się kawałek za miastem Muzeum Wsi Słowackiej. To największy skansen na terenie Słowacji i jedyny pokazujący szeroki przekrój kultury ludowej tego bardzo wiejskiego i ludowego kraju. Przejście całego skansenu w tempie spacerowym to zabawa na blisko dwie godziny. Szczególnie, że po drodze można zatrzymać się w małej gospodzie serwującej zimną Kofolę. Przystanek będzie wskazany, jeśli trafi Wam się taki dzień jak nam – z dużą dawką prażącego słońca i absolutnym brakiem wiatru. Sytuacja zmieniła się diametralnie gdy wracaliśmy do samochodu – słońce zniknęło za chmurami, a po chwili zerwała się ulewa tak silna, że musieliśmy zatrzymać auto na poboczu zamienionej w potok ekspresówki. Po chwili mogliśmy jednak ruszyć dalej na południe, wzdłuż niekończącego się masywu Wielkiej Fatry. Naszym celem była Bańska Bystrzyca.

W Muzeum Wsi Słowackiej.



W nurcie Górniczego Potoku

Droga z Martina do Bańskiej Bystrzycy pełna jest niebezpiecznych dla nieuważnego kierowcy serpentyn. My natknęliśmy się w dodatku na zlot motocyklistów, którzy zdawali się mieć za nic ryzyko płynące z agresywnego ścinania zakrętów. Wymagające trasy mają jednak to do siebie, że często wynagradzają śmiałków. Nie inaczej jest przed Bańską, a rolę wynagrodzenia pełni tam wizyta w Harmaneckej dolinie. Jeśli zwiedzacie Słowację pociągiem, to w Dolinie będziecie mieli okazję przejechać się najdłuższym, blisko pięciokilometrowym, tunelem na Słowacji. Zmotoryzowani mogą spodziewać się nieco innych atrakcji – droga jest w pełni odkryta.

Najpierw na naszej trasie pojawił się Dolný Harmanec, urokliwa wieś słynąca z jaskini i wodospadów. Kawałek dalej zaczyna się „właściwy” Harmanec. Jest to miejsce niezwykłe, bo w wąskiej dolinie tłoczą się tam przemysłowe zabudowania rodem z komunistycznej Czechosłowacji. Miasto zasłynęło jako wielki ośrodek produkcji papieru. O ile więc Dolný Harmanec to oaza dla miłośników gór, o tyle miasto Harmanec wciągnie tych, którzy w sercu mają dokonania minionej epoki. Ja umieściłbym siebie gdzieś pomiędzy, ale przemysłowe instalacje w dziewiczych regionach zawsze budzą mój podziw i niepokój.

Podążając górską trasą, wkrótce dotarliśmy na przedmieścia Bańskiej Bystrzycy. Zmienił się nie tylko typ zabudowań, ale też tempo jazdy – w słowackich miastach skrupulatnie przestrzegane są przepisy dotyczące ograniczenia prędkości w obszarze zabudowanym. Nie zamierzam owijać w bawełnę – głównym celem mojej wizyty w Bańskiej było Muzeum Słowackiego Powstania Narodowego. I nawet gdyby zawiodła mnie wystawa, to wielką atrakcją jest sama bryła muzeum. Ukończony w 1969 roku gmach-pomnik stanowi twórczą wariację na temat XX-wiecznej architektury z pogranicza modernizmu i skulpturalizmu.

Do Muzeum SNP można podejść z dwóch stron – od przodu, czyli plenerowej wystawy militariów, albo od tyłu, czyli od strony parku, z którego do futurystycznego gmachu prowadzą wysokie schody. Na miejscu gości wita imponująca rzeźba „Ofiary ostrzegają” wkomponowana pomiędzy dwa skrzydła budowli. Porzućmy jednak rozważania o architekturze i skupmy się na historycznej treści – muzeum jest bowiem jedną z najważniejszych placówek opowiadających o historii Słowacji. SNP jest dla Słowaków tym, czym dla nas powstanie warszawskie. To opowieść o bohaterskiej walce z przeważającym wrogiem stoczonej w przededniu wyzwoleniu kraju przez inną siłę. Posiadającą pewne poparcie, ale nie ucieleśniającą wizji bezwarunkowego wybicia się na niepodległość.

Jeśli czegoś możemy Słowakom „zazdrościć”, to znacznie mniejszej liczby ofiar. Szacuje się, że spośród 70-80 tysięcy walczących w powstaniu poległo bądź zostało zamordowanych 12 000 osób. SNP nie zakończyło się hekatombą m.in. dlatego, że Państwo słowackie było jednak quasi-niepodległą marionetką Hitlera, państewkiem stojącym wyżej w hierarchii niż wymazana z mapy Polska. Niemniej jednak nie ma co mówić o jakimś „humanitaryzmie” Niemców na Słowacji. Wybijają to z głowy już zdjęcia spalonych wsi prezentowane w holu bańskobystrzyckiego muzeum. Reszta historii o bohaterach i ofiarach słowackiego zrywu czeka na kameralnej wystawie, która moim zdaniem stoi na wysokim poziomie merytorycznym. Zorganizowana w kilku pokojach interaktywna opowieść prowadzi gości od przedednia wojny aż do upadku SNP i wyzwolenia Słowacji przez Armię Czerwoną wkrótce po nim (w tym przypadku ACz została akurat faktycznie zatrzymana przez Niemców na wschód od obszaru działań). Placówka jest niewielka, ale bez dwóch zdań godna polecenia.

Po wizycie w Muzeum SNP postanowiliśmy spędzić resztę czasu na bystrzyckiej starówce. Tutaj opis wrażeń będzie już krótszy. Centrum miasta to piękny kwartał pełen zabytków, których historia sięga nieraz średniowiecza. Idealnym dopełnieniem każdego spaceru będzie wdrapanie się na XVI-wieczną wieżę zegarową, z której widać nie tylko całe historyczne centrum, ale całą Bańską Bystrzycę w ogóle. Miłośnicy historii powinni rozważyć wizytę na zamku miejskim (na zdjęciu głównym) bądź w muzeum historii lokalnej znajdującym się w gotyckim Domu Macieja. Ostrzegam, że ów zamek nie jest najbardziej imponującym na Słowacji. W zależności od upodobań i potrzeb na starówce można spędzić godzinę albo trzy – wybór należy do Was. 😉


Bańskobystrzycka starówka kończy się tam, gdzie niewielka rzeczka Bystrica wpada do Hronia. Dla mnie było to ostatnie miejsce odwiedzone w centrum – po wszystkim udaliśmy się jeszcze za miasto, szukając górskich punktów widokowych. Zamiast tego trafiliśmy na… luksusowe grodzone osiedla, kontrastujące ze znaną z wielu miejsc Słowacji wielką płytą. Cóż, a więc rozwój odbywa się tam na uboczu cywilizacji! Zanim na dobre opuścimy Bańską Bystrzycę, należą się jeszcze dwa słowa o górnictwie. Nazwa miasta oznacza bowiem po polsku „Górniczy Potok”, chociaż górnictwo stanowi dziś w Bańskiej niewyraźny śpiew historii. W dawnych czasach wydobywano tu metale – złoto, srebro i miedź. Współczesna Bystrzyca to raczej centrum przemysłu, podarowanego miastu w ramach czechosłowackich inwestycji. Jeśli szukacie górniczych doświadczeń, trzeba będzie udać się do leżącej bardziej na zachód miejscowości Kremnica, gdzie znajduje się Muzeum Górnictwa. Jeśli zaś na Słowację przyciągnęły was głównie zamki, to średnio satysfakcjonujące doświadczenia z Bańskiej można odbić sobie jadąc kawałek na wschód, do Slovenskiej Ľupčy. My udaliśmy się jednak na północ, wprost do serca słowackich Tatr.

Dom Macieja w Bańskiej Bystrzycy.
W wielu słowackich miastach do dzisiaj znajdują się pomniki ku czci Armii Czerwonej – Bańska Bystrzyca nie jest wyjątkiem.
Widok na centralny plac Bańskiej Bystrzycy z zabytkowej wieży zegarowej.

Tatrzańskim szlakiem

Niżnych Tatr, bo od „klasycznych” Tatr dzielił nas oczywiście spory kawałek. Po drodze zatrzymaliśmy się raz, w Donovalach, i pozwolę sobie potraktować to miejsce jak Bojnice kilka dni temu. Otóż Donovaly są bardzo popularnym górskim resortem oferującym moc zabawy rodzinom z dziećmi. Moje serce przyspieszyło tam dopiero w momencie znalezienia na wpół opuszczonego hotelu, ale niestety nie udało mi się poznać jego historii. Po orzeźwiającym górskim postoju ruszyliśmy w stronę Rużomberoku, o którym opowiem Wam za kilka dni w tekście o „Słowacji Najbliższej”. W ramach blogerskiego obowiązku wspomnę jeszcze, że leżąca pomiędzy masywami Wielkiej Fatry i Niżnych Tatr droga z Bańskiej Bystrzycy do Rużomberoku należy do jednych z najbardziej malowniczych na Słowacji.

Habakuky – teatr dla dzieci na świeżym powietrzu w Donovalach.




Dodaj komentarz