Lofoty – piękno i odpowiedzialność

Lofoty – piękno i odpowiedzialność

Współczesna turystyka stworzyła miejsca o niemalże świętym znaczeniu dla ludzi chcących doświadczyć pełni podróżniczych wrażeń. Można by rzec, ze Norwegia zapisała się na tej liście kilkakrotnie, ale żadna z jej atrakcji nie jest owiana taką legendą jak Lofoty. Położony za kołem podbiegunowym archipelag od lat przyciąga gości z całego świata zapierającymi dech w piersiach krajobrazami i idyllicznym spokojem wiosek rybackich. Ta moda ma jednak swoją drogą stronę. Pomimo swojej imponującej długości wyspy mają w sobie dość mało miejsca dla zmasowanej turystyki. Skupiona wokół rybackich wiosek infrastruktura coraz gorzej radzi sobie z obsługą milionów (!) gości odwiedzających Lofoty każdego roku. Dzisiaj chciałbym opowiedzieć Wam o tym, co możemy zrobić by odwiedzić ten legendarny archipelag z jak najmniejszą szkodą dla lokalnej natury i społeczności.

Podbiegunowy raj

Ruszając szosą z Narwiku w stronę wybijających się nad groźne wody Morza Północnego Lofotów można faktycznie poczuć się jak w innym wymiarze. Jeszcze zanim przekroczymy geograficzną granicę wysp czekają nas zapierające dech w piersiach widoki ośnieżonych szczytów, malowniczych zatok i zawieszonych nad nimi wielokilometrowych mostów. Przeplatana tunelami i górskimi odcinkami droga prowadzi do pierwszych turystycznych klasyków regionu – rybackich miasteczek Svolvær i Henningsvær. Zmierzając dalej w kierunku końca świata trafiamy na wyspę Gimsøya, gdzie zatrzymałem się podczas mojego październikowego pobytu na Lofotach i uważam to za strzał w dziesiątkę, bo wątłe światło z nielicznych zabudowań pozwoliło mi w pełni delektować się zorzą polarną. To jednak dopiero połowa archipelagu, przez wielu uważana za tę mniej ciekawą. Ciekawa bądź nie, na pewno jest bardziej zurbanizowana i przekształcona przez człowieka. Droga przez Vestvågøy aż po sam cypel w miejscowości Å to już bliższe spotkanie z naturą. Ośnieżone szczyty i malownicze plaże oferują tutaj setki pieszych szlaków, o różnych poziomach trudności i różnych poziomach atrakcyjności. Wisienką na torcie są wieńczące stały ląd rybackie wioski, takie jak wspomniane Å czy Reine, w których możemy z bliska poznać norweską sztukę rybołówstwa i odwiedzić klasyczne domki, tzw. rorbuer. A to przecież nie koniec archipelagu, bo wodą i powietrzem możemy dotrzeć do osamotnionych, wysuniętych wgłąb morza wysepek takich jak Røstlandet. Brzmi jak podróż marzeń? Nie ukrywam, że dla mnie owszem. Ale teraz posłuchajcie.

Cena popularności

Norwegia ma coraz większe problemy z udźwignięciem ciężaru swojej turystycznej atrakcyjności – szczególnie tej naturalnej, związanej z fiordami, wybrzeżami i górami. Liczba turystów odwiedzających rocznie krainę fiordów zaczęła przekraczać liczbę jej mieszkańców, a to nawet jak na warunki europejskie rzadkość. Staje się to o tyle problematyczne, że większa część norweskich atrakcji związana jest z naturą – gdzie ciężej regulować choćby kwestię wywozu śmieci. Infrastruktura zaczyna być zatem niewystarczająca, a rosnąca liczba odwiedzających zagraża temu środowisku, które ich do Norwegii przyciąga. Problem nie jest nowy. Już w 2016 roku lokalni politycy apelowali o działania mające na celu zbalansowanie liczby turystów przybywających na Lofoty. Nie tylko śmieci są jednak problemem archipelagu. Wraz z turystami narastają problemy z ruchem drogowym. Skrojony na potrzeby 20-tysięcznej społeczności wysp system transportu nie wyrabia pod ciężarem napływu dziesiątek tysięcy turystów tygodniowo, z których większość przyjeżdża na miejsce wynajętymi samochodami. Brakuje parkingów, postojów dla autobusów, brakuje zaplecza drogowego takiego jak publiczne toalety. Dość wspomnieć, że drogi na Lofotach są dość wąskie i połączone ze sobą wieloma mostami, nieraz zwężonymi i posiadającym ograniczony udźwig. Rocznie na Lofoty przybywa obecnie ponad milion turystów. Milion turystów porusza się zatem po infrastrukturze zbudowanej dla niewielkiej społeczności górskiego archipelagu za kołem podbiegunowym. Prosta podróżnicza matematyka sugeruje, że to nie może skończyć się dobrze.

Co możemy zrobić, żeby było lepiej?

Lokalne władze i sami mieszkańcy Lofotów starają się pracować nad tym, by przystosować infrastrukturę do turystycznych wyzwań. Pieniądze, jakie zarabiają na turystyce powinny wystarczyć, by pokrywać bieżące wydatki związane z obsługą ruchu turystycznego, ale to nie wystarczy by go zbalansować. Przede wszystkim dlatego, że zniszczenia poczynione w środowisku naturalnym nie są tak łatwe do zniwelowania jak zorganizowanie dodatkowego wywozu śmieci bądź zbudowanie nowych ubikacji. Co zatem osoby odwiedzające Lofoty mogą zrobić, by nie przyłożyć się do niszczenia archipelagu? Nie chcę pisać tutaj o kwestiach tak podstawowych jak stosowanie się do wszystkich nakazów, zakazów i norm obowiązujących turystów na terenie Norwegii. One są absolutną podstawą – natomiast my, jako świadomi problemu turyści, możemy więcej.

Przede wszystkim nie odwiedzajmy Lofotów latem, kiedy przyjeżdża tam najwięcej ludzi. Pomimo szybko zachodzącego słońca jesienią i wiosną możemy doświadczyć dokładnie tych samych widoków, a do tego mamy szanse uchwycić zorzę polarną. Nie mówię już o zimie, która sama w sobie jest atrakcją turystyczną Skandynawii. Oprócz zmiany pory roku warto też przemyśleć kwestię przemieszczania się pomiędzy interesującymi nas miejscami nocą – pomaga to rozładować ruch uliczny.

Po drugie, możemy zmienić swoje nawyki na bardziej eko, nawet jeśli już żyjemy w zgodzie z naturą. Ciekawym wyzwaniem, jakie można przyjąć jest wyprodukowanie jak najmniej śmieci – nawet jeśli śpimy przy tym w hotelu bądź prywatnej kwaterze dodaje to element głębokiej ekologicznej turystyki. Zasadniczo nie musimy też wyrzucać wszystkich pozostających po nas śmieci na Lofotach – część z nich możemy zabrać ze sobą i zneutralizować gdzieś na stałym lądzie, czym przyłożymy się przynajmniej do lepszej sytuacji wysp.

Kolejny aspekt to odpuszczenie najbardziej znanych ścieżek – archipelag, jak każda inna turystyczna miejscówka, ma swoje „must-see”, które jednak w tym przypadku niekoniecznie są „must-see”. Głównie dlatego, że większość miejsc na wyspach może wzbudzać zachwyt, a oprócz najsłynniejszych plaż i wzgórz oferują one wiele alternatywnych szlaków pieszych czy zatoczek, w których często nie znajdziemy żywej duszy. Odkrywanie na własną rękę pozwoli zatem nie tylko przeżyć coś wyjątkowego, ale też rozładować klasyczny ruch turystyczny.

Możemy też oczywiście przesiąść się z samochodu na rower, ale to kwestia osobista i zależna często od ograniczeń zdrowotnych i czasowych. Polecam zatem do przemyślenia, ale nie namawiam, bo sam nie dałbym chyba rady zjeździć Lofotów na rowerze.

Kilka powyższych rad może sprawić, że nie tylko dołożymy cegiełkę do zachowania norweskich wysp w niemalże nienaruszonej postaci, ale też przeżyjemy coś niestandardowego, wybijającego się ponad katologowe zwiedzanie Lofotów. Gorąco Was do tego zachęcam, a na zakończenie tradycyjnie podrzucam parę zdjęć z październikowej wyprawy na Lofoty 😉 Ale najpierw – polecam zerknąć na  ten artykuł norweskiej stacji NRK, znajdziecie tam między innymi jedno z wielu zdjęć śmieci zalegających na Lofotach – a z samym norweskim dobrze radzi sobie Google Translate, więc nawet jeśli nie rozumiecie tego języka – można wyciągnąć esencję z artykułu!

Jest ładnie, nawet jako nie-miłośnik natury muszę to przyznać
A tak Lofoty wyglądają w październiku – prawda, że jest równie ładnie co na letnich obrazkach? 😉
Kultowe Henningsvær z jednym z najbardziej malowniczo położonych stadionów piłkarskich świata
Drogi też są zdecydowanie przyjemniejsze jesienią i wiosną. Zimą – może być różnie!
Część Lofotów jest dość mocno zurbanizowana i chociaż nie tego tam szukamy – warto pamiętać, że to dobra baza wypadowa na zwiedzanie reszty wysp, bo posiada lepszą infrastrukturę turystyczną

 

Dodaj komentarz