Kurort, którego nie ma. Z wizytą w Bałtyjsku

Kurort, którego nie ma. Z wizytą w Bałtyjsku

Uwaga! Według oficjalnych informacji podawanych przez informację turystyczną w Kaliningradzie, żeby wjechać do Bałtyjska należy posiadać przepustkę wystawioną przez FSB. My takiej przepustki nie posiadaliśmy i nie mieliśmy z tego powodu żadnych problemów – poczynając od zakupu biletów, kończąc na żołnierzach spotkanych na mieście. O nic nie pytano nas w restauracjach, muzeach itd. Niemniej wygląda na to, że wjazd do Bałtyjska bez przepustki to decyzja na własną odpowiedzialność.

Kalejdoskop poligonów i blokowisk zwieńczony niepozornym, wyludnionym dworcem kolejowym. Kilka budek z jedzeniem, kilka postmundialowych tablic informacyjnych i toaleta. Oczywiście „na małysza” i oczywiście z niedziałającym zamkiem, co kończy się wizytą dwóch zaskoczonych Rosjanek na zmianie mojego kolegi. Tak zaczyna się przygoda z jednym z najrzadziej odwiedzanych miast nad Bałtykiem.

Pierwszą, dość wirtualną, zaporą przed wyjazdem do Bałtyjska jest jego niepewny status. Przez dekady miasto było zamknięte dla turystów ze względów militarnych, a do niedawna na rogatkach wymagało przepustek wystawianych przez FSB. Wydaje mi się, że wiele zmieniło się przy okazji ubiegłorocznego czempionatu – dzisiaj nikt niczego nie sprawdza, a po okolicy można poruszać się zupełnie bezproblemowo. Oczywiście zakładając, że nie poniesie nas na tereny wojskowe.

Z wizytą w Piławie

Wychodząc z dworca poczuliśmy przede wszystkim… zaskakującą wolność. Budynek, który obsługuje dwa odjazdy dziennie, nie doczekał się bramek i kontroli bagażowych wszechobecnych w innych atrakcjach Obwodu. Półwymarłe miasteczko przywitało nas pomnikiem Lenina wzniesionym przy drodze z dworca do dzielnicy portowej, teoretycznie skupiającej najwięcej atrakcji turystycznych. Pierwszą z nich jest twierdza piławska, niema świadkini czasów, kiedy o nazwie Bałtyjsk nikt jeszcze nie myślał. Ale wejście do niej wyglądało na niemożliwe, zablokowane przez zasieki i żołnierski patrol. To dziwne, bo zwykle na jej teren bezproblemowo wpuszczani są turyści.

Niezrażeni pierwszym niepowodzeniem wybraliśmy się do Muzeum Floty Bałtyckiej. Znajdujące się w sercu dawnej Piławy muzeum zajmuje gotycki budynek z początków ubiegłego stulecia, do którego prowadzą dziwaczne metalowe drzwi. Dziwaczne, bo dopóki nie ustąpiły pod naporem ramienia mojego kolegi, byłem pewien, że to co najmniej wejście służbowe. Sama ekspozycja nie rzuca na kolana, ale jest przyjemna. Szczególnie w miejscach, gdzie ewidentnie nie udało się odpalić elementów interaktywnych. Odnowiony budynek otoczony jest przez kościół i kilka ruin, takich jak zdemolowany budynek kina, który przypomina o niekoniecznie przyjemnej historii zamkniętego miasta.

Po ponownym sforsowaniu metalowej bramy skierowaliśmy nasze kroki do portu, strzeżonego przez radzieckie pomniki wzywające do zjednoczenia proletariuszy wszystkich krajów. Były to kroki dość niepewne, bo nie wiedzieliśmy czy możemy wejść absolutnie wszędzie, gdzie tylko się da. Nasze wątpliwości rozwiała obecność hotelu i kawiarni przy samym nabrzeżu. Hotelu, który sprawił, że natychmiast pożałowaliśmy konieczności wieczornego powrotu do Kaliningradu. Nieco dalej, przy latarni morskiej, znalazło się nawet miejsce dla statku-muzeum. Wszystko w Bałtyjsku jest zatem na swoim miejscu. Żadnych przepustek, żadnych zakazów, żadnych podejrzeń. Dreszczyk emocji znika. Ale zostaje pustka. Jak na morski kurort, niepokojąca.

Droga do sowieckości

Pustka uderzyła nas nie tyle w piławskiej części miasta, bo tam spodziewać mogliśmy się jedynie garstki turystów, ale w jego mieszkalnej, sowieckiej części. Zaczęliśmy od parku miejskiego, którego główną atrakcją jest oblany farbą pomnik miśków. Niewiele, ale kawałek dalej zaczynają się bunkry i zabudowania prowadzące do głównej ulicy miasta. Zgodnie ze swoimi zwyczajami ruszam szukać pomników wyłapanych przez mapę offline. Pozostałość po nazistowskim więzieniu i pomnik Armii Czerwonej. Klasyka. Oprócz nich osiedlowa część miasta skrywa w sobie kilka świątyń, ale ta forma rozrywki nigdy nie była moim podróżniczym konikiem.

Pierwszy pomnik znajdować miał się nieco na uboczu, za torami kolejowymi, którymi akurat przejeżdżał ostatni (i chyba jedyny) pociąg do Kaliningradu. Chwila kluczenia po nieasfaltowanych szosach zaprowadziła mnie na miejsce. Kamienna brama się zgadzała, ale zamiast miejsca pamięci znalazłem… używane do dzisiaj garaże. Przed jednym z nich nieco zdziwiony obecnością intruza mieszkaniec Bałtyjska naprawiał swój samochód. Okej, to chyba nie tutaj… A może jednak? Wdrapałem się na pobliskie wzniesienie, gdzie znajdował się cmentarz. Szukałem tam jakichś wojennych pozostałości, ale groby okazały się zaskakująco nowe. Chyba spudłowałem. Albo nie umiem jeszcze czytać map Rosji.

Mając na głowie nieco wkurwionych kolegów wycofałem się do centrum i przez przygnębiające blokowiska poprowadziłem naszą wycieczkę do granicy miasta. Właśnie tam, przy samym płocie poligonu, dumny T-34 wyznacza obowiązkowe serce każdego postsowieckiego miasta. Po krótkiej sesji zdjęciowej postanowiliśmy skończyć nasz kilkunastokilometrowy spacer wizytą nad morzem – w końcu byliśmy przecież na Bałtykiem, a co to za wizyta nad Bałtykiem, podczas której nie odwiedza się miejscowej plaży? Ruszyliśmy wzdłuż blokowisk i drewnianych chatek rozdzielonych drogą, która niekoniecznie widziała asfalt. I dotarliśmy do miejsca, które rzuciło nas na kolana.

Kurort, którego nie ma

Samo dojście do plaży nie należy do najprzyjemniejszych. Zniszczony parking przy którym kilka grupek młodych ludzi imprezowało przy głośnej muzyce puszczonej z samochodów. Ale już kilka metrów dalej, za piaskowym wzgórzem, rozciąga się jedna z najpiękniejszych plaż, jakie widziałem nad Bałtykiem. Szeroka, oblewana spienionymi falami i pusta. Przede wszystkim pusta. No, prawie, bo oprócz nas było tam kilku windsuferów i spacerowiczów. Ale to zdecydowanie najbardziej pusta plaża, jaką widziałem nad Bałtykiem. Warto wspomnieć, że pustka nie jest kwestią położenia w Obwodzie – Świetłogorsk i Zielenogradsk mimo kiepskiej majówkowej pogody były wypełnione aż po brzegi.

Mapa offline wskazywała, że w barakowych zabudowaniach przy plaży znajdziemy kawiarnię. Cóż, być może kiedyś tam była albo będzie, ale znaleziona przeze mnie ruina była zamknięta na cztery spusty. Ruszyliśmy dalej, by przybrzeżnym parkiem (to ten sam park, w którym byliśmy wcześniej, jest dość rozległy) dotrzeć do zabudowań zachodniego fortu. Kolejnego zamkniętego tego dnia dla publiki. I również strzeżonego, ale tym razem przez kilka bezpańskich psów. Z fortu poszliśmy jeszcze na cmentarz wojskowy, by wśród wybierających się na kaliningradzką paradę żołnierzy powrócić do centrum – i świetnej jak na tajemnicze warunki Bałtyjska restauracji Monte Christo. Wkrótce później miejski autobus zawiózł nas do znalezionego na mapie offline zamku w Primorsku. Ale to materiał na kolejną dawkę wspomnień.

Twierdza Piława nie zapraszała tego dnia turystów
W przeciwieństwie do Lenina, który dumnie pozdrawia wszystkich wychodzących z budynku dworca.
Kiedyś było tu więcej życia – dzisiaj klub bilardowy Drużba wygląda na dawno opuszczony.
Woskowa figura żołnierza z ekspozycji w Muzeum Floty Bałtyckiej jest bardziej zadowolona niż niejeden z odwiedzających 😉
Widziałem bardziej zapraszające wejścia do muzeów.
Jeden z pomników otwierających teren portu.
A to już Piotr Wielki na tle latarni morskiej – jednego z najbardziej znanych budynków w Bałtyjsku.
Park Miejski.
A to już artystycznie poprawione Miśki.
Na obrzeżach parku łatwo natknąć się na bunkry.
Kościół Katolicki z fascynująco nowoczesnymi oknami.
Bezpańskie psy to stały element krajobrazu Bałtyjska – chyba nikt nie spodziewał się tutaj turystów docierających przy okazji Mundialu.
Aleksander Newski i bałtyjska cerkiew.
Bałtyjsk – wieś spokojna. W drodze do nazistowskiego stalagu.
A to już wspomniany pomnik – czyli pozostałości obozowej bramy.
I garaże za bramą…
Centrum sowieckiej części miasta.
A to już pomnik – wschodnia klasyka.
Droga nad morze. Znam przyjemniejsze, ale tą przynajmniej zapamiętam!
Droga na plażę nie zachęca…
…ale za to sama plaża jest niesamowita! Dawno nie widziałem tyle niewykorzystanego potencjału w nadmorskiej miejscowości.
Hmm, kawiarnia.
A to już fort ze strażnikiem na dachu.
I cmentarz z polskobrzmiącymi nazwiskami niemieckich żołnierzy – ostatnia miejska ciekawostka.

Dodaj komentarz