Koszyce – stolica kultury i stali. Moje słowackie szlaki #5

Koszyce były główną atrakcją mojego ostatniego wyjazdu na Słowację. Zatrzymaliśmy się tam na dwa noclegi i nieco ponad jeden dzień aktywnego (choć niekoniecznie intensywnego) zwiedzania. I trochę żałowałem, że nie dorzuciliśmy jeszcze jednej doby, bo stolicę Słowacji Wschodniej można eksplorować na wiele sposobów. W mojej głowie wygrała wizja odkrywania miasta granicznego, symbolizującego płynne przejście między dwiema odsłonami słowiańskiej Europy. Także tę myśl można rozwinąć na kilka sposobów. Pierwszy z nich jest związany z piastowaniem przez Koszyce funkcji Europejskiej Stolicy Kultury w roku 2013 i realizacją ambitnego projektu przemiany z miasta industrialnego w nowoczesne centrum nauki, kultury i turystyki. Drugi sposób wymaga nieco głębszego spojrzenia na lokalną rzeczywistość i historię, ale w efekcie daje nawet więcej satysfakcji.

W pewnym sensie Koszyce wyznaczają nieformalną granicę kulturową między Wschodem a Zachodem*. Symbolem tej granicy jest koszycka katedra, która stanowi najdalej na wschód wysuniętą gotycką świątynię w Europie. Rzeczywiście, krajobraz na wschód od Koszyc zmienia się diametralnie – Michalovce czy Humenne mają już zupełnie inny klimat, a na słowacko-rusińskim wschodzie kraju wszechobecne jest doświadczenie kulturowego przeskoku między, wybaczcie to stereotypizujące uproszczenie, Słowiańszczyzną piszącą alfabetem romańskim, a Słowiańszczyzną piszącą cyrylicą.

Cała ta historia obfituje w chronologiczne zagwozdki, bo na przestrzeni wieków Koszyce nie zawsze wyznaczały twardą granicę. Wchodziły przecież m.in. w skład Austro-Węgier, których klimat do dzisiaj można poczuć zwiedzając miasta od Lwowa do Nowego Sadu. Unifikacja pewnych motywów Europy Środkowo-Wschodniej nie zdołała jednak wyprzeć kłębiących się w niej od wieków podziałów. Podziałów, które do dzisiaj na zmianę znikają i wypływają na powierzchnię czyniąc nasz region ciekawszym, niż może się wydawać. Koszyce stanowią jedno z miejsc, w których wnikliwe oko będzie w stanie wypatrzeć (albo może wynaleźć?) subtelne granice. Ale dość już tych quasi-filozoficznych dywagacji. Bo przecież zabrałem się za pisanie przede wszystkim po to, by opowiedzieć Wam o Koszycach.

Architektura Koszyc ciąży ku zachodowi, ale graniczna tożsamość miasta przejawia się w detalach, które ciężko oddać w blogowym wpisie. Najlepiej po prostu być na miejscu, chłonąć jego\ atmosferę, obserwować i porównywać.

*Oczywiście granica o której piszę nie jest jakąś prostą krechą lecącą z góry na dół – w takim przypadku po stronie Wschodu znalazłby się Rzeszów, a po stronie Zachodu Tarnów. Chodzi mi raczej o nieoczywiste kulturowo-symboliczne granice między różnymi porządkami Europy.

Stalowa stolica kultury

Przez lata znaczenie Koszyc wynikało z ulokowanego w mieście przemysłu. Najważniejszym lokalnym kombinatem do dzisiaj jest huta stali ulokowana na południowych rubieżach miasta, nieopodal granicy z Węgrami. Ciężko nazwać hutę atrakcją turystyczną, ale jej bryła jest widoczna z niektórych miejskich punktów widokowych i z pewnością przyciągnie oko turystów mających w sercu industrię. Bezpośrednią informację o przemysłowym rodowodzie współczesnych Koszyc przekazują również gigantyczne blokowiska otulające historyczne centrum niczym szaro-biała powłoka. Ja miałem akurat trochę „pecha”, bo co prawda zamieszkaliśmy w hostelu na przedmieściach, ale trafiła nam się bardziej „domkowa” niż przemysłowa dzielnica na południu miasta. Kominów i blokowisk nie było, ale za to znaleźliśmy pomnik Jana Pawła II wzniesiony wewnątrz… zajezdni tramwajowej.

Widziałem już wiele pomników papieża, ale w środku zajezdni tramwajowej nikt go jeszcze nie ustawił.

Jak przystało na szanujące się miasto Europy Centralnej, po upadku komunizmu i wkroczeniu w XXI wiek Koszyce zaczęły odświeżać swój image, a kulminacją i motorem tego procesu było piastowanie tytułu Europejskiej Stolicy Kultury w roku 2013. Z tej okazji zrobiono, uwaga zaskoczenie, to co wszędzie indziej, czyli zaadaptowano część postindustrialnych zabudowań na nowoczesne centra nauki, kultury i edukacji. Mimo ograniczonego czasu znalazłem chwilę, by przyjrzeć się jak Słowacy poradzili sobie z tą transformacją.

Zmieniając oblicze Koszyc postawiono na sprawdzone rozwiązania. Pierwszą rzucającą się w oczy zmianą jest charakterystyczna dla naszej epoki „inwazja sztuki ulicznej”. Nie udało mi się co prawda znaleźć polecanych gdzieniegdzie koszyckich murali, ale zdarzyło mi się wpaść na kolorowe detale w postaci kwiecistych rowerów. Spacerując wokół historycznego centrum wybrałem się do Kunsthalle, czyli dawnego basenu przerobionego na galerię sztuki. Niestety trafiłem akurat na zmianę wystawy i kilkudniowy okres zamknięcia galerii. W podobnym stylu zorganizowano Kasárne/Kulturpark, czyli Park Kultury Koszary. To nic innego jak dawne koszary wojskowe przerobione na centrum kulturowo-rozrywkowe. To z pewnością świetnie miejsce dla koszyczan, ale turysta prędzej złapie tam déjà vu z dziesiątek podobnych miejsc w Europie. A skoro już o déjà vu mowa, to wieczorem wybraliśmy się do miejsca znanego jako Tabačka Kulturfabrik, czyli zagłębia barowego umieszczonego w dawnej fabryce tytoniu. Czułem się tam jak w Tallinnie albo Łodzi. Ci z Was, którzy czytali moje przemyślenia o hipsterskiej rewolucji w Estonii wiedzą, że rozumiem przyczyny powstawania takich miejsc w naszej części Europy, ale jako podróżnik nie jestem fanem poświęcania im większej ilości czasu niż to konieczne. Podsumowując, Koszyce wybrały naturalną ścieżkę dla odświeżających swój image miast Europy Środkowo-Wschodniej. Poszło im nieźle, ale nie ma się czym zachwycać.

Kunsthalle to moim zdaniem najciekawszy projekt rewitalizacyjny w Koszycach. Tym bardziej szkoda, że trafiłem akurat na okres zamknięcia.
Sztuki ulicznej nie znalazłem, ale w zamian trafił mi się prosty przekaz z Polski 😉

Trzy piętra rynku

Przyznaję, że zacząłem ten tekst trochę od tyłu. Koszyce to bowiem nie tylko XX-wieczny przemysł i XXI-wieczne wariacje, ale przede wszystkim kawał historii sięgającej średniowiecza. Nośnikiem tej historii jest oczywiście największa na Słowacji starówka. To imponująca oaza dawnej architektury skrupulatnie otoczona wielkimi osiedlami. Zwiedzanie starych Koszyc zacząłem od strony południowej i na samym wstępie natknąłem się na pomniki poświęcone radzieckim i czechosłowackim żołnierzom. Po chwili czerwone gwiazdy ustąpiły miejsca nowoczesnym siedzibom banków i kasyn, które strzegą dostępu do zamienionego w wielki deptak rynku. Pośrodku centralnego placu biegną jeszcze tory tramwajowe, ale od lat stanowią one jedynie dekorację.

Zwiedzanie rynku zacząłem od poziomu -1, czyli podziemnego muzeum archeologicznego Dolná brana. To idealny przystanek podczas zwiedzania w ciepłe letnie popołudnia. Rezerwat archeologiczny prezentuje świetnie zachowane pozostałości dawnych miejskich fortyfikacji, które z biegiem lat zostały przykryte spełniającym bardziej praktyczne funkcje centralnym placem. Wychodząc z muzeum stanąłem oko w oko z pomnikiem herbu miasta. Zastanawiacie się pewnie, co w tym takiego wyjątkowego – otóż Koszyce były pierwszym miastem Europy, które oficjalnie otrzymało swój herb. Miało to miejsce w roku 1369, a nadającym był sam Ludwik I Wielki, król Węgier i Polski, znany u nas raczej jako Ludwik Węgierski.

Po orzeźwiającym zwiedzaniu podziemi ruszyłem na powolny spacer w cieniu koszyckich kamienic. Niektóre z nich to prawdziwe perełki, takie jak pochodzący z XV wieku gotycki Dom Lewocki czy Kamienica Żebracza. Ta ostatnia pochodzi z XIV wieku (chociaż była wielokrotnie przebudowywana) i według legendy została ufundowana przez jednego z koszyckich żebraków, który na swoim fachu dorobił się znaczącej fortuny. Ciekawostek wśród koszyckich zabytków jest znacznie więcej, a ja polecam po prostu poświęcić na tamtejszą starówkę kilka godzin i ogarnąć wszystko na spokojnie, z przystankiem na piwo i smażony ser w jednym z lokalnych pubów albo browarów.

Pongrácovsko – Forgáčovský palác znajduje się niedaleko południowego wejścia na rynek. Znalazłem informację o tym, że z balkonu tego XIX-wiecznego pałacu przekazano koszyczanom wieść o Aksamitnej Rewolucji.
Kamienica Żebracza to jeden z najładniejszych budynków przy koszyckim rynku. Ciekawe czy dzisiaj udałoby się postawić taką perełkę korzystając jedynie z datków, ale przecież nie takie cuda dzieją się w epoce crowdfundingu 😉
Na parterze Domu Lewockiego (niski budynek w środku) znajduje się dzisiaj bardzo przyjemny Pivovar Hostinec.

Po obiedzie i paru godzinach indywidualnego zwiedzania spotkałem się znowu z moim kompanem, by spojrzeć na Koszyce z trzeciego piętra rynku. Tym razem wspięliśmy się na wieżę Katedry św. Elżbiety, określanej często najwspanialszym zabytkiem Koszyc. To wysunięta najdalej na wschód gotycka katedra w Europie i swego rodzaju symbol granicy łacińskiego świata – na wschód od miasta łatwiej bowiem natknąć się na kopuły prawosławnych cerkwi. Wspinaczka na szczyt wymaga nieco świeżych sił, ale widoki wynagradzają trudy. Nie będę się na ich temat rozpisywał – zdjęcia zrobią swoje.

Koszycka katedra nie daje się łatwo uchwycić w kadrze.
Widok na południową stronę miasta. Majaczące się na horyzoncie bloki to wielkie osiedla noszące zazwyczaj nazwę Lunik. Jedno z nich, niewidoczny stąd Lunik IX, stało się symbolem problemów słowackich Romów.
Widok na północną stronę miasta, z Teatrem Państwowym na pierwszym planie i stanowiącymi lokalne centrum rekreacji wzgórzami na horyzoncie.
I jeszcze jedno spojrzenie na piękny gmach Teatru Państwowego.
Tory tramwajowe pełnią dzisiaj funkcję ozdobną i musze przyznać, że dodają klimatu zdominowanej przez pieszych starówce.

Muzealne Koszyce, czyli Muzeum Całej Techniki i usypiający skarb

Prosto z rynku udałem się na małe tournée po koszyckich muzeach. Małe, bo czasu starczyło mi na dwie placówki, ale za to wybrałem te najbardziej atrakcyjne. Zacząłem od Słowackiego Muzeum Techniki mieszczącego się w jednej ze stylowych kamienic przy głównym placu. To całkiem ciekawa odmiana, bo przywykłem do muzeów techniki umieszczonych w nowoczesnych i futurystycznych budynkach. Koszycka wystawa opowiada dosłownie o mydle i powidle – od wystaw szkła użytkowego i uzbrojenia płynnie przechodzi się tam do pokojów poświęconych historii medycyny i maszyn do pisania. Dla osób słowackojęzycznych dostępna jest sala multimedialna, ale w swojej kategorii przegrywa z wieloma podobnymi miejscami. Ja najlepiej bawiłem się na dwóch wystawach czasowych. Pierwsza z nich opowiadała o historii słowackich stoczni i opisałem ją przed tygodniem na Facebooku. Druga poświęcona została otoczce Mistrzostw Świata w Narciarstwie Klasycznym w Wysokich Tatrach, które odbyły się w roku 1970. Jako fan skoków narciarskich bawiłem się tam świetnie, pochłaniając informacje o technicznym zapleczu imprezy i tajnikach budowy sportowej infrastruktury.

Najsłynniejszym muzealnym akcentem w Koszycach jest tzw. Złoty Skarb, który znajduje się w Muzeum Słowacji Wschodniej. To unikatowa kolekcja złotych monet ukrytych pod koniec XVII wieku w obliczu wrzenia powstania Thököly’ego, o którym pisałem w poprzednim tekście. Depozyt znaleziono dopiero w roku 1935 podczas prac budowlanych przy koszyckim rynku. W skład skarbu wchodzą: 2920 monet, trzy medale i złoty łańcuch, wśród których obecne są polskie akcenty. Jeśli szukacie rzetelnej oceny to służę pomocą – jeśli ktoś nie interesuje się numizmatyką, to Koszycki Złoty Skarb go nie wciągnie. Najciekawsza wydała mi się otoczka – zbiór ogląda się bowiem w klaustrofobicznym pokoju-sejfie. Niemniej nie żałuję wizyty w tym najważniejszym koszyckim muzeum – pozostałe wystawy były całkiem przyjemne, na czele z ekspozycją poświęconą tkaninom drukowanym. Na tyłach muzeum znajduje się mały akcent wiejski w postaci drewnianej cerkwi z Kožuchovców. Po drugiej stronie ulicy można natomiast wybrać się do drugiego oddziału lokalnego muzeum, poświęconego sztuce i historii naturalnej. Na to jednak zabrakło mi czasu i chęci.

Koszyce na sportowo, czyli niedziela za miastem

Dopełnieniem obrazu Koszyc jest ich zielone oblicze położone w zasięgu krótkiej autobusowej przejażdżki z centrum. Po drodze pojazd wspina się nieco w górę, ale bez przesady, bo Koszyce są w słowackiej rzeczywistości miastem raczej nizinnym. Niemniej okoliczne wzgórza stanowią świetny naturalny punkt widokowy, któremu Słowacy postanowili jeszcze nieco pomóc.

Jakabów Pałac to jeden z pierwszych budynków witających turystów przybywających do Koszyc pociągiem. Nieopodal znajduje się przystanek autobusów odjeżdżających w stronę ogrodu zoologicznego.

Naszym pierwszym przystankiem były ruiny Zamku Koszyckiego i imponująca wieża widokowo położona nieopodal. Sam zamek nie urywa głowy – to dosłownie kilka wystających z ziemi kamieni. Ale jego okolica została przekształcona w przyjemną strefę rekreacji. Jej zwieńczeniem jest wspomniana wieża, na którą niestety nie udało nam się wejść, bo Google oszukał mnie na godzinach otwarcia. A ja wcześniej postanowiłem dojechać na sam koniec górskiej trasy, czyli pod koszyckie zoo.

Koszycka wieża widokowa jest imponująca, ale zdradliwa. Wybierając się na nią nie sugerujcie się dostępnymi w sieci godzinami otwarcia.

Nie jestem fanem tej formy rozrywki, chociaż doceniam wkład ogrodów zoologicznych w walkę o zachowanie części wymierających gatunków. W Koszycach nie zrobiłem wyjątku i ominąłem zoo, by pobawić się na innej lokalnej atrakcji. Obok ogrodu znajduje się letni tor bobslejowy, który może i jest przeznaczony głównie dla dzieci, ale dorośli też mogą spędzić tam kilka chwil pełnych adrenaliny. Jestem tego dowodem, chociaż wracałem z toru z niesmakiem, bo nie udało mi się pobić założonego po pierwszym przejeździe rekordu prędkości. Czasy przejazdu nie są może oszałamiające, ale da się poczuć wiatr we włosach i solidne przeciążenie na zakrętach.

Zoo i bobsleje to ważne rozrywki, ale nawet w tak wypoczynkowym miejscu znalazło się miejsce na duchowe priorytety.

Po wizycie na torze i pod nieczynną wieżą widokową postanowiliśmy wrócić do centrum. Zatrzymaliśmy się jeszcze na piwo w dawnej fabryce tytoniu i przeszliśmy się ostatni raz koszyckim rynkiem, ale lokalne życie nocne mieści się raczej w kategorii „normalne”. I szczerze mówiąc tak podsumowałbym to miasto. Wydało mi się dobrym miejscem do życia i ciekawym kierunkiem na weekendowy wypad. Czego chcieć więcej?

Na koniec dwa obrazki z życia koszyckiej starówki.

Drogi czytelniku, jeśli artykuł Cię zaciekawił i dotarłeś aż tutaj, to wpadnij też na mojego Facebooka, na którym znajdziesz sporo krótkich treści niepublikowanych na blogu. 🙂

Dodaj komentarz