Kijów – Ukraina, którą trzeba poznać

Kijów – Ukraina, którą trzeba poznać

Mamy dopiero styczeń, ale mnie udało się już odbyć jedną z najważniejszych podróży w tym roku. Dwa dni spędzone w Kijowie wzbudziły we mnie zarówno nostalgię, przywodząc na myśl moje pierwsze doświadczenia ze Wschodem i dały mi wiele motywacji do dalszych wyjazdów. Zrozumiałem też, że potrzebowałem tego wyjazdu, żeby zrozumieć lepiej Ukrainę. Bo z każdą godziną spędzoną w Kijowie stawało się dla mnie coraz bardziej jasne, że kraj naszych wschodnich sąsiadów nie kończy się, a może nawet nie zaczyna na Galicji. Pozwolę sobie pominąć kwestię faktu, że Kijów jest miastem bogatym – co uwidacznia się zarówno w centrum pełnym luksusowych butików jak i wśród blokowisk, które nie sprawiają wrażenia jakby za rok miały się rozpaść. Ten kontrast jest oczywiście ważny, ale mam sporą rezerwę do wizualnego bogactwa na Wschodzie – i wierzę że zdecydowanie bardziej liczy się bogactwo kulturowe i społeczne.

Sztuka stara i nowa

Kiedy tylko zatłoczony autobus z lotniska przetoczył się przez korek i wysadził mnie na znanym z komunikatów polskich dworców Kijowie Pasażyrskim, ruszyłem przed siebie, by rozpocząć rok od nowego rekordu kilometrów pieszej wędrówki. Pierwszą część trasy określonej roboczo jako „zero komunikacji miejskiej” wytyczyłem wzdłuż pomników, które miały zaprowadzić mnie do hotelu na ulicy Wielkiej Żytomierskiej. Ku własnemu zdziwieniu przywitany zostałem sowiecką gwiazdą na Pomniku Bohaterów Miasta Kijowa, ale dalej było już bardziej ukraińsko – czekał na mnie Ołeś Honczar i wrona na Skwerze Kijowskich Intelektualistów. Ale to nie pomniki przyciągnęły moją uwagę na trasie, jakkolwiek by nie było, im poświęconej. Od kilku lat bowiem w artystycznej przestrzeni miejskiej Kijowa dominują murale.

A konkretnie od 2014 roku, kiedy na ulicach miast zaczęły pojawiać się monumentalne obrazy wyrwane z szarości blokowisk i starych kamienic. Artystyczna reakcja na problemy współczesnej Ukrainy doczekała się już 157 dzieł wykonanych przez 33 artystów na terenie całego miasta. Murale spotkamy wszędzie – i absolutnie nie powinno nas dziwić wciśnięcie kapitalnej instalacji pomiędzy lokalny monopolowy a kontenery na śmieci! Przedstawiają „wszystko i nic”, od wariacji na temat wojen i przemocy do artystycznej abstrakcji i wyobrażeń religijnych. Kiedy następnym razem będę w Kijowie, muszę wyznaczyć sobie jednodniową trasę poświęconą wyłączenie muralom. Szczególnie, że ich umiejscowienie pozwala zagłębić się w życie zwyczajnych mieszkańców.

Pomniki wróciły do mnie już z samego rana, kiedy orientację wśród atrakcji łapałem po takich kolosach jak pomnik Włodzimierza Wielkiego i Łuk Przyjaźni Narodów. Ten drugi oryginalnie był poświęcony przyjaźni konkretnych narodów, ale dzisiaj oczywiście jest traktowany bardziej ogólnie. Moja naddnieprzańska trasa ostatecznie doprowadziła do największego i podobnie przeredagowanego monumentu – Matki Ojczyzny, której asystuje Wieczny Ogień. Dzisiaj kompleks, po tym jak uniknął dekomunizacji, stanowi centrum pamięci o ukraińskich ofiarach II wojny światowej. Jego centralnym punktem jest muzeum, o którym jeszcze opowiem – bo ma w sobie coś, co powinno przyciągnąć niejednego miłośnika Wschodu.

Dotykając historii

Krótka drzemka po dotarciu do hotelu pozwoliła mi załadować baterie na nocne zwiedzanie. Ku mojemu rozczarowaniu, miasto w sobotni wieczór było dość ospałe i puste, ale dzięki temu mogłem w spokoju oglądać to, co wrzuciłem sobie wcześniej na listę must-see. Zaczęło się od Majdanu i to właśnie tutaj po raz pierwszy poczułem wielki dysonans między Lwowem a Kijowem. Okej, we Lwowie nie lubi się Rosjan, można kupić piwo Putin Hujlo i papier toaletowy z wizerunkiem prezydenta Rosji. Może w Kijowie też można – nie wiem, nie sprawdzałem. Ale nie w tym rzecz. Przechodząc na drugą stronę ulicy, ku upamiętnieniu Niebiańskiej Sotni, czyli poległych podczas rewolucji na Majdanie, zrozumiałem że tutaj historia ukraińsko-rosyjskich konfliktów nie jest popkulturą dominującą w sklepach z pamiątkami tylko twardą rzeczywistością. Rzut oka z góry na centralny plac Kijowa nie pozostawiał złudzeń. Na Majdanie ludzie walczyli i ginęli na serio. To może zabrzmieć trywialnie, ale mając w podróżniczym CV jedynie tereny dawnej Galicji, zobaczyłem Ukrainę znaną mi dotąd tylko z TVN24.

Historia materializuje się w wielu miejscach Kijowa – pośrednio bądź bezpośrednio. Bezpośrednio załapałem się na wystawę poświęconą stuleciu stosunków polsko-ukraińskich prezentowaną tuż przy Majdanie. Sporo opowieści historycznych, wojskowych i kulturowych, ale oczywiście na żadne zająknięcie się o minusach tego sąsiedztwa nie mogło być mowy. Drugie podejście do historii Ukrainy zaliczyłem na drugi dzień z samego rana – równo z godziną otwarcia zameldowałem się u bram gmachu Muzeum Historii Ukrainy. Mam już trochę swoich doświadczeń jako historyk i trzeba czegoś ponad standard, żeby ruszyć moje zmysły – no i zgodnie z przewidywaniami Ukraińcom średnio się to udało. Ot wystawa jest klasyczna i nie odpowiada na zbyt wiele pytań, jakie zadać może osoba zainteresowana losami Rusi.

Skoro już o muzeach mowa, pomimo ograniczeń czasowych i ambitnego planu kilometrowego udało mi się odwiedzić kilka najciekawszych. I chociaż pod Stadionem im. Łobanowskiego usłyszałem, że „u nich muzjei niet” (jakie kurwa niet, na Google Maps jest i nawet ma opinie!) to załapałem się na oprowadzanie w języku polskim w Muzeum Historii Toalety. Okej, przejście od Majdanu do zbioru klozetów może brzmieć niekonwencjonalnie, ale taki właśnie jest Kijów. Ciekawych muzeów jest tam znacznie więcej – można znaleźć m.in. placówkę symulującą życie po utracie wzroku bądź Muzeum Zabawek – ale na takie atrakcje trzeba mieć nieco więcej czasu.

Religijne przełamanie

Chociaż nie jestem fanem architektury sakralnej, moja przygoda z Kijowem musiała skończyć się wsiąknięciem w prawosławny klimat miasta. Zaczęło się od podsłuchanego z zewnątrz nabożeństwa (wybaczcie, jeśli używam złego słowa) w Monasterze Narodzenia Matki Bożej. Brzmienie ortodoksyjnych ektenii jest mi dobrze znane z twórczości blackmetalowej grupy Batushka i chociaż nie wszystkim mogłoby się to na Wschodzie spodobać – w tym przypadku znajomość muzycznego bluźnierstwa kazała mi się zatrzymać i wsłuchać w jedne z najpiękniejszych modlitw świata. Sama cerkiew to kawał historii – jej poprzedniczka, Cerkiew Dziesięcinna, była najstarszą kamienną świątynią na terenie Rusi. Niedawno na panewce spaliły plany jej odbudowy w pierwotnym kształcie, a jedyne co zachowało się z oryginału to fundamenty.

Od historii Cerkwi Dziesięcinnej szybko odciągnęła mnie jednak dominująca nad Górą Zamkową Cerkiew św. Andrzeja. To zdecydowanie najbardziej majestatyczna świątynia, jaką znajdziecie w Kijowie – wybijając się ponad sąsiadujące budynki otacza ona okolice biało-błękitnym blaskiem. Jeszcze bardziej malowniczo prezentuje się nocą, chociaż po zachodzie słońca moją uwagę przyciągnął inny monaster. Pewnie dlatego, że to mój imiennik – Monaster św. Michała o Złotych Kopułach jest rekonstrukcją świątyni zburzonej w okresie szalejącego stalinizmu. To właśnie tam, przełamując swoje podróżnicze opory, wstąpiłem na chwile by posłuchać cerkiewnego nabożeństwa. Były śpiewy, był charakterystyczny „ciężki” klimat i było złoto, od którego aż kręci się w głowie. Prawosławie at it’s finest!

Zwieńczeniem prawosławnej części mojej trasy była Ławra Peczerska. Monumentalny kompleks przytłoczył mnie już na samym początku, gdy kilka minut szukałem kas biletowych. Po chwili za jedyne 30 hrywien mogłem do woli zwiedzać teren świątyni, chociaż ze względów czasowych i nawierzchniowych (nie miałem dobrych butów na śliskie podejścia) odpuściłem dolną część z pieczarami, od których wzięła swoją nazwę kijowska ławra. Przy okazji moich spacerów zahaczyłem jeszcze o Monaster Wwedeński i dawną Kienesę Karaimską – ale to raczej punkty na mapie niż główne atrakcje ukraińskiej stolicy.

Na modernistycznym szlaku

Nie byłbym sobą, gdybym będąc za wschodnią granicą nie wyruszył na poszukiwania pozostałości nieśmiertelnego sowieckiego stylu. Chociaż w zasadzie przyszedł on do mnie sam, wraz z wjazdem do Kijowa. Lubię te wjazdy do postradzieckich miast, będące zderzeniem z żywą, betonową dżunglą. Nie inaczej jest w ukraińskiej stolicy, chociaż tamtejsze osiedla wydają się mniej monotonne niż mińskie i zdecydowanie bogatsze niż kiszyniowskie. Docierając do Kijowa z Boryspola absolutnie warto wysiąść już na stacji Charkowska i przejść się po lokalnych blokowiskach – szczególnie, że taka kombinacja wychodzi taniej niż pełny bilet na dworzec.

Socjalistyczny modernizm rozwija swoje skrzydła również w centrum, otwierając reprezentacyjny Chreszczatyk majestatycznym Ukraińskim Domem – centrum kongresowym będącym oryginalnie muzeum Lenina. Muzeum Lenina już oczywiście nie istnieje, ale ładnie socjalistyczne jest Muzeum historii Ukrainy w II wojnie światowej – połączenie historycznej wystawy z kawałem socrealistycznego artyzmu. Po drodze do Ławry Peczerskiej i Matki Ojczyzny nie sposób przeoczyć budynku Hotelu Salut – kolejnego symbolu kijowskiego socmodernizmu.

Koniec końców moje kroki skierowały się jednak w stronę Państwowej Biblioteki Naukowo-Technicznej, znanej jako kijowskie UFO. Nieco uboższa kuzynka katowickiego Spodka była niestety w remoncie, ale udało mi się wejść na opuszczony niedzielnym wieczorem teren prac i zrobić kilka zdjęć. Na tym moja przygoda z Kijowem się zakończyła – absolutnie zmęczony po 37 kilometrach na nogach wsiadłem w metro i na spokojnie dotarłem do Boryspola. Zostawiłem Kijów nieodkryty w pełni, ale z pewnością zdążyłem się z nim bliżej poznać przez te 20-kilka godzin.

Po zdjęcia z Kijowa zapraszam Was na mojego nowego Instagrama i już jutro – na FB.

Dodaj komentarz