Kaliningrad, miasto ukrytych historii

Kaliningrad, miasto ukrytych historii

Kaliningrad jest miastem nieforemnym. Kiepskie otwarcie tekstu na blogu podróżniczym? Cóż, ostrzegałem, że bywam obiektywny. Kaliningrad zapisał się zatem w mojej pamięci jako nieforemny, poskładany z różnych historii i niezapraszający do zgłębienia żadnej z nich kolos. Brzmi niezachęcająco? Pozwólcie, że przybliżę kilka opowieści, które można zgłębić w stolicy Obwodu. Bo chociaż nie jest to miasto, do którego będę wracał, to niektóre z nich sprawiły, że absolutnie nie żałuję spędzonego tam czasu.

Ostatni krzyk Królewca

Pierwsze historyczne skojarzenie z Kaliningradem to oczywiście jego pruskie korzenie. Zanim odbite przez Sowietów miasto zyskało imię prezydenta ZSRR, przez wieki było jednym z ośrodków życia kulturalnego w tej części Europy. Wielonarodowego, chociaż pod znakiem niemieckiej dominacji. Ikoną tego nieistniejącego już miasta na zawsze pozostanie Immanuel Kant. Duch filozofa, który podłożył podwaliny pod wszystko, co od XVIII wieku wykładane było nad Renem, wciąż jest obecny w mieście. Pomimo jego sowietyzacji – i pomimo niedawnego zniszczenia kantowskiego pomnika kojarzonego ze znienawidzoną niemiecką dominacją.

Duch dawnego Królewca żyje na Knipawie, wyspie katedralnej skrywającej w sobie grób wielkiego filozofa. Sama katedra to dzisiaj ekumeniczna stolica życia religijnego w obwodzie, ceniona sala koncertowa oraz obiekt muzealny. Obok muzeum katedralnego znaleźć można oczywiście muzeum poświęcone Kantowi. Wokół katedry spacerują tysiące mieszkańców i przyjezdnych, nieraz z wysokoprocentowymi butelkami w dłoni. Szczególnie wieczorem – my trafiliśmy akurat na psychodeliczny event z dużą dawką świateł zorganizowany w parku przy samej katedrze. Było ciekawie!

Poza Knipawą niemieckości zostało niewiele. Nieco smutno oglądało mi się tablicę informacyjną pokazującą, jak niegdyś wyglądało budownictwo nad Pregołą. Dzisiaj zostało z niego niewiele lub nic, chociaż stary styl kamieniczek dzielnie imituje… nowoczesny hotel Holiday Inn. Dzielnie, ale kiczowato – podobnie jak Mercure Hotel w północnej części miasta. Niemniej ta współczesna próba nawiązania do minionego zapadła mi w pamięć jako istotna kaliningradzka migawka.

Miasto-forteca

Miejskie przewodniki jako drugie po Knipawie must-see wskazują rozsiane po mieście fortyfikacje. Przyznam się w tym miejscu, że będę pisał niemal zupełnie na podstawie tychże przewodników. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie miejsce zamieszkania – no bo po roku spędzonym w Poznaniu fort jako atrakcja turystyczna nie robi na mnie większego wrażenia 😛

Osobiście zajrzałem tylko do kilku miejsc, które akurat miałem po drodze. I tak po drodze do jednego z miejskich parków przyjrzałem się baszcie Wrangla. Dwa kroki od hostelu miałem zrekonstruowany Fort Friedrichburg, gdzie podczas swojego europejskiego grand touru nauki pobierał car Piotr I Wielki. Perełek wyłaniających się spośród ciężkiej, komunistycznej architektury jest więcej – spacerując warto zahaczyć o Bramę Brandeburską, Bramę Rossgartena czy Królewskie Wrota. Samo Muzeum Bursztynu znajduje się w części dawnych fortyfikacji.

Oprócz malowniczych kamiennych bram Kaliningrad oferuje też kilka bardziej współczesnych fortów i bastionów. Miasto otacza bowiem Zewnętrzny Pierścień Fortów – zbudowany w drugiej połowie XIX wieku dla wzmocnienia centralnych umocnień. Część z nich to dzisiaj wysoko oceniane atrakcje turystyczne – ale jak już wspomniałem, nie mogę napisać o nich zbyt wiele z autopsji.

Zielone wyspy

Jak każde szanujące się wschodnie miasto, Kaliningrad posiada kilka wielkich parków i popularne, najstarsze w Rosji, zoo. Te drugie ideowo odpuściłem, ale zahaczanie o wszystkie możliwe parki to mój stary podróżniczy zwyczaj. Miałem zatem okazję pograć w air-hockeya i oblizać się na widok waty cukrowej w Parku Centralnym oraz spojrzeć z uznaniem na monumentalne pomniki Armii Czerwonej w Parku Zwycięstwa (czy to jeszcze zgodne z prawem?).

Ale żeby nie było zbyt wschodnio – wśród kaliningradzkiej zieleni znajdziecie też upamiętnienie… Beatlesów! To nie tyle pomnik, co symbolizujące muzyków drzewa. Ten powiew brytyjskiej kultury równoważy kolejne upamiętnienie czynów rosyjskiego oręża. A wszystko to w Parku Młodości położonym w północnej części miasta, za opasłą basztą Wrangla. Pytani o atrakcje młodzi mieszkańcy Kaliningradu właśnie „Juność” wskazywali na najpopularniejsze miejsce lokalnego wypoczynku.

Nowe porządki

Tyle jeśli chodzi o narracje mniejszościowe. Teraz pora na większość – czyli sowiecki wyraz, które miasto uzyskało po 1944 roku, kiedy w miejsce zmiecionego z powierzchni ziemi Królewca powstał Kaliningrad. Ironiczny jest fakt, że symbol rosyjskiej dominacji to dzisiaj opuszczony (a raczej – nigdy nieużywany) Dom Sowietów, modernistyczny kolos wzniesiony w miejsce dawnego Zamku Krzyżackiego. Niestety budynek jest strzeżony przez ochroniarza z psem, więc ekstremalny urbex raczej odpada.

Podczas naszej majówki główna ulica wieczór w wieczór zajęta była przez ćwiczących przed paradą żołnierzy. Ten mocny akcent dobrze zgrywał się z obowiązkowym pomnikiem Matki Ojczyzny na centralnym placu miasta. Ale już gorzej pasowała do tego wielka galeria handlowa za plecami Matki – i otwierający na nią swoje drzwi McDonald’s.

Cała okolica Placu Zwycięstwa to sowieckość monumentalna, lekko odpierana przez dość kiczowatą, nowoczesną cerkiew. Mocniejszy odpór dają jej galerie handlowe, ale już spacerując wychodzącymi od placu ulicami można poczuć klimat Rosji, pełnej starszych autobusów, sklepików i tytoniu. No i oczywiście teatrów, ludowych stadionów piłkarskich czy pomników poświęconych bohaterskim astronautom. Obejrzenie tego wszystkiego chwilę trwa, ale spacer wzdłuż Alei Pokoju to dobry sposób na słoneczne popołudnie.

Miłośnicy wschodnich klimatów znajdą w Kaliningradzie sporo architektury i znaków, które nie pozostawiają wątpliwości co do sowieckiej historii miasta. Militarne pomniki i szaro-bure blokowiska dominują nawet w centrum, ale mimo to nie odczułem, by składały się na jakąś zwartą betonową dżunglę. Jak już wspomniałem, jakieś to wszystko jest nieforemne i posklejane. Na koniec historycznego spaceru warto wybrać się do baru oznaczonego na mapach jako Villemann. Więcej póki co nie zdradzę – musicie zaufać mi na słowo!

O muzeach słów kilka

Nie mam w podróżniczej ekipie zbyt wielu fanów muzealnych wojaży, ale obowiązkowym punktem w Kaliningradzie jest Muzeum Oceanu Światowego. Wystawa poświęcona badaniom dna oceanu jest przeciętna, akwaria też wypadają trochę śmiesznie dla osób, które znają większe i bogatsze placówki – ale tym co przyciąga do muzeum jest statek „Witjaź”.
Okręt, który przez wiele lat służył rosyjskim eksploratorom po wielu perypetiach trafił ostatecznie do Kaliningradu, gdzie został odrestaurowany i mieści w sobie muzeum odkryć geograficznych i wszystkiego, co z nimi związane. To kompleksowa podróż przez historię wypraw oceanicznych od XVI do XX wieku. W dodatku bardzo międzynarodowa. Tak więc, jeśli bylibyście w Kaliningradzie i mieli tylko jeden muzealny strzał, polecam właśnie „Witjaź”. Muzeum Bursztynu i placówki artystyczne zapewne też się bronią – ale na nich znam się nieco mniej niż na odkryciach, w których udział brali Skandynawowie 😉

Dziwna arena Mundialu

Koniec końców najnowsza historia Kaliningradu zapisana została przy okazji ubiegłorocznego Mundialu. Budowa zbyt dużego stadionu w mieście posiadającym zbyt małą bazę turystyczną to kolejna sprzeczność, która zaciekawiła mnie w mieście Kanta. Bo Arena Kaliningrad to absolutny potwór przerastający potrzeby lokalnego potentata Bałtiki. Piłkarskiej Bałtiki, bo piwo to oczywiście inna i całkiem strawna historia. Z drugiej strony uderzyło mnie to, że w Kaliningradzie totalnie nie ma gdzie spać. Poza kilkoma hotelami z najwyższej półki wszystko jest albo za miastem, albo z małą ilością miejsc i w średnim standardzie. No, ale w końcu kibice do Kaliningradu najczęściej dojeżdżali z Gdańska 😛

Dodaj komentarz