Grodno, jakiego się nie spodziewałem

Grodno, jakiego się nie spodziewałem

Podróże kształcą. I pozwalają zdobyć bezcenne doświadczenie. Dzięki temu doświadczeniu jadąc do Grodna wiedziałem, czego się nie spodziewać. Nie spodziewałem się więc silnie wschodnich akcentów czy jakiegokolwiek szoku kulturowego. Z tyłu głowy miałem spokojne, sentymentalne wyjście z Polski. I wiecie co? Całe te podróżnicze doświadczenie faktycznie bywa bezcenne. Bo pojechałem do Grodna bez wielkich oczekiwań, a wyjechałem z niego zaskoczony i zadowolony. Miasto, oprócz tego czego się spodziewałem, oferuje bowiem kilka atrakcji, którymi nadprogramowo skradło moje serce.

Muszę się przyznać, że atrakcji było na tyle dużo, że wyjątkowo nie miałem okazji zagłębić się w lokalne opowieści historyczne. A szkoda, bo Grodno przez lata było przecież jednym z najważniejszych miast Rzeczypospolitej. Na tyle ważnym, że podpisywano tam rozbiory. Cóż, podobno dobra podróż to taka, w której widzi się wiele, ale nie wszystko 😉

Grodno – miasto zakochanych

Przede wszystkim gród nad Niemnem jest miejscem niezwykle urokliwym. Nie w sposób wymuszony, tworzony przez turystyczną otoczkę, ale dzięki pewnym naturalnym skłonnościom. Zupełnie zaskoczyła mnie liczba śródmiejskich parków i skwerów, na których można usiąść w towarzystwie ptaków i szumiącej wody. Zderzenie z Białorusią znaną mi z pierwszej wyprawy było znaczne – wówczas w męskim towarzystwie kluczyliśmy wśród kombinatów i pomników socrealizmu.

Z wizytą w jednym z grodzieńskich parków – Parku Żylibera. Nie dajcie się zwieść – znaleźliśmy tam też pomniki Armii Czerwonej i budki z kwasem 😉

Tym razem skupiłem się na parkowych ławkach, strumykach, romantycznych kolacjach i spacerach po starówce. W tej lidze Grodno zajmuje wysoką pozycję. Porównując je do innych przygranicznych atrakcji pokuszę się o stwierdzenie, że nie jest tak komercyjne jak Lwów i nie jest tak drogie jak Bratysława, a łączy w sobie liczne plusy obu tych miast. Ale żeby nie było tak cukierkowo – jeśli zapomnicie kupić alkohol do 21, czeka Was podróż aż na dworzec kolejowy. To kolejna wskazówka krzycząca wręcz, że turystyczność Grodna jest wciąż niewymuszona.

Jedna z ulic łączących Plac Sowiecki z Placem Lenina.

Cieszę się, że wróciłem

Zacząłem od zachwytów nad wizerunkiem miasta, ale w równym stopniu powinienem zacząć od ludzi. Białoruska gościnność przywitała nas już w pociągu. Pasażer z sąsiedniego siedzenia okazał się przewodnikiem miejskim, który polecił nam swoje usługi i wyjaśnił jak najtaniej i najwygodniej wydostać się z dworca i trafić na poszukiwaną przez nas ulicę Suworowa. Lubię Wschód za to, że wzajemna pomoc wciąż jest tam niewymuszoną wartością. Nie twierdzę, że na szeroko pojętym Zachodzie tak nie jest, chociaż… mieszkałem nieco w Skandynawii, gdzie odezwanie się do drugiego człowieka jest nie tyle wyjściem, co dramatycznym wyskoczeniem ze strefy komfortu 😛

Widok po wyjściu z dworca nie rzuca na kolana, ale na przystanku czekało na nas wielu pomocnych mieszkańców miasta 😉 Na prawo od zdjęcia można znaleźć jedyny długo otwarty market w okolicy.

Na mieście było jeszcze cieplej. Wszędzie, gdzie tylko zastanawialiśmy się głośno nad rozkładem jazdy pojawiały się życzliwe podpowiedzi od starszych mieszkańców Grodna. Pół godziny za granicą wystarczyło mi, by odświeżyć rdzewiejące umiejętności językowe. Po kilku godzinach dogadywałem się już z każdym i wszędzie. Dla tych, którzy nie znają rosyjskiego dużym plusem zachodniej Białorusi jest powszechne rozumienie języka polskiego – nawet, jeśli w pierwszym kontakcie lokalsi się nim nie chwalą.

Między Polską a Rosją z idealną recepturą?

Językowy miszmasz, remisowa walka socrealizmu z klasyką i dziesiątki historycznych zaszłości sprawiają, że Grodno stanowi idealny pomost dla podróżujących na Wschód. Słyszałem opinie, że to nie Białoruś, a wizyta tam nie jest pełnowartościowym poznaniem kraju Łukaszenki. Ale to nie do końca prawda!

Jedna z ciekawszych grafik na zupełnie klasycystycznym gmachu niedaleko Uniwersytetu.

Owszem, jeśli ktoś chce szybko stanąć oko w oko z socrealizmem, postsowieckim klimatem i atmosferą fascynującej odmienności, powinien od razu jechać do Mińska. Albo przynajmniej przekroczyć granicę w Brześciu i odwiedzić tamtejszą twierdzę. Grodno jest miastem subtelnym i eklektycznym. Nazwałem je pomostem, a przecież pod tym słowem kryje się esencja poznawania obcych kultur.

Budynek katedry góruje nad Placem Sowieckim i przypomina o tym, że Grodno nie straciło swojego historycznego serca.

Tak więc Grodno łączy i rozdziela. Przy rozległym Placu Sowieckim znajdziemy piękną barokową katedrę św. Franciszka Ksawerego. Wokół konkurują ze sobą pozostałości dawnej architektury (Batorówka) i radzieckie projekty, wśród których schowane są sklepy i restauracje. Idąc dalej w stronę Niemna trafimy na słynny pomnik czołgu (klasyka!), za którym gmach Teatru Dramatycznego walczy o architektoniczny prymat z dwoma zamkami. Na Zaniemniu zaczynają się już klasyczne blokowiska, ale znad brzegu można zawsze wrócić się do historycznego centrum, zakończonego malowniczą Doliną Szwajcarską.

Spacerując po drugiej stronie Niemna znajdziemy też nieco wiejskiej klasyki 😉

Jeśli się uprzemy, możemy w Grodnie czuć się zupełnie jak u nas. Jeśli szukamy ucieczki, wystarczy odwiedzić pomnik Lenina i przespacerować się ulicą Dzierżyńskiego. Całą zabawę zwieńczyć można niekoniecznie tanią kolacją w jednej z lepszych restauracji (najlepiej z muzyką na żywo!) albo złapać miejskiego fast fooda i popić go kwasem chlebowym gdzieś między postsowieckimi blokami. Opcji jest sporo, a każda z nich czyni Grodno jednym z najfajniejszych miast tuż za polską granicą. Szczególnie, że podróż z Krakowa kosztuje kilkadziesiąt złotych.

Lenin musi być!
Zachód słońca nad spowitym zielenią budynkiem Uniwersytetu Janki Kupały.
A to kompleks sportowy Nioman już po zachodzie słońca – otwarty dla turystów i lokalnych sportowców. Po raz pierwszy poczuliśmy tam ducha igrzysk. ale szybko zawalczyła z nim smutna konstatacja, że u nas takie obiekty albo są zamknięte, albo od lat niszczeją.

Dodaj komentarz