Enerhodar – z wizytą u młodszego brata Prypeci

Zaporoska Elektrownia Jądrowa (ZAES) to największa tego typu placówka w Europie i szósta pod względem wydajności elektrownia atomowa na świecie. Przewodniczka w muzeum wspomniała nawet o trzecim miejscu w skali globu, ale niestety moje ograniczone umiejętności porozumiewania się po rosyjsku nie doszły jeszcze do poziomu „słownictwo nuklearne”. Być może więc pozycja wzrasta w zależności od sposobu przygotowania rankingu. Tak czy inaczej, podane liczby zrobiły na mnie wrażenie. Tymczasem wiedza o zaporoskiej elektrowni wcale nie jest powszechna nawet wśród Ukraińców – a zbitka „Zaporoże” i „elektrownia” przywodzi raczej na myśl słynną zaporę wodną na Dnieprze.

ZAES znajduje się w Enerhodarze, położonym dwie godziny drogi od Zaporoża i wzniesionym specjalnie w celu obsługi pracowników elektrowni. Kamień węgielny pod budowę miasta położono 12 czerwca 1970 roku. Cztery miesiące i osiem dni po oficjalnym założeniu Prypeci. Dzisiaj oficjalna liczba mieszkańców Enerhodaru przekracza 50 tysięcy. Jeśli więc spojrzeć na to od strony społeczno-historycznej, to mamy do czynienia z bratem bliźniakiem legendarnego Miasta Widma. O tyle ciekawym, że rozbudowanym prawie bez przeszkód – i wciąż tętniącym życiem. Jak dotąd nie miałem okazji odwiedzić Prypeci. Nie znalazłszy żadnego dłuższego wpisu o Enerhodarze postanowiłem jednak zejść z utartej ścieżki i wybrać się właśnie do tego osamotnionego wśród stepów miasta.

Niezłą przygodą może okazać się już sam dojazd do atomowego miasta. Dotrzeć z Zaporoża do Enerhodaru można na dwa sposoby. Turystom niekoniecznie przydadzą się jednak pociągi, które kursują dwa razy na dobę i są zdecydowanie dopasowane do potrzeb lokalnej ludności. Marszrutki jeżdżą znacznie częściej. Ale cóż to jest za kurs! Ukraińskie drogi nie należą do najlepszych w Europie. Mógłbym nawet odpuścić sobie kurtuazję i napisać, że są jednymi z najgorszych. A wśród tych najgorszych trasa Zaporoże – Enerhodar wywalczyła sobie pierwsze miejsce w moim rankingu. Ale dość tego teoretycznego wstępu – pora zapiąć pasy 😉

Droga na koniec świata?

Naprawdę nie przesadzam pisząc, że to solidny kawałek ukraińskiej drogi. Teoretycznie miasta łączy szeroka dwupasmówka. Teoretycznie, bo wszyscy kierowcy cisną po niej najmniej zniszczonym środkiem, na boczne pasy zjeżdżając tylko przy okazji mijanek. Uczucie notorycznego jechania na czołówki i regularnego co do sekundy podskakiwania niczym na rodeo to pierwsza atrakcja Enerhodaru. Nie żartuję. Dla miłośników rozległych przestrzeni dodam tylko, że po drodze znajdują się trzy niewielkie miasta, a reszta drogi prowadzi przez naddnieprzańską pustkę.

Ale każda przygoda musi się kiedyś skończyć. Po dłuższej chwili radosnego podskakiwania pośrodku niczego wjechaliśmy między barierki ochronne, które na Google Street View nagrywanym przed kilkoma laty pilnowane były przez grupę żołnierzy. W maju 2014 roku grupa 40 osób związanych z Prawym Sektorem została zatrzymana przez policję podczas domniemanej próby wdarcia się na teren elektrowni. Wojna w Donbasie przez chwilę uważana była za zagrożenie dla miasta, a na domiar złego wydarzyła się wówczas niegroźna awaria zasilania. Dziś jest już spokojniej, a przybywających wita jedynie żółto-niebieski logotyp miasta.

Po chwili docieramy do sprawiającego dość puste wrażenie dworca autobusowego. Kilka taksówek odbiera ukraińskich pasażerów, ale dwóch turystów z plecakami nikt tutaj nie zagaduje. Wjeżdżając do Enerhodaru nie sposób nie zauważyć gmachu Cerkwi Objawienia Pańskiego, której złote kopuły wybijają się ponad szarość nieodległych blokowisk. Skwer pod cerkwią wygląda na coś pomiędzy placem budowy a torem z przeszkodami. Zorientowawszy się, że świątynia i tak była tego dnia zamknięta, skierowaliśmy kroki ku miastu. Przywitały nas dwa wielkie murale układające się w swoistą bramę. Enerhodar – Energia Atomu i Enerhodar – Energia Życia. No właśnie, ile energii jest dzisiaj w życiu Enerhodaru?

Miasto rysowane od linijki

Spacerując po rozległym blokowisku (czyli w zasadzie Enerhodarze, bo miasto jest właśnie rozległym blokowiskiem) odniosłem wrażenie, że życie toczy się tam w spokojnym, jakby z góry ustalonym tempie. Chodnikami spacerowały dziesiątki ludzi w różnym wieku, chociaż starsi zdecydowanie przeważali do momentu ostatniego dzwonka w kilku lokalnych szkołach. To pobieżna obserwacja, ale nie spotkałem nikogo, kto w wyraźny sposób spieszyłby się na autobus czy do domu. Zupełnie jakby czas miał mniejszą wartość niż w innych miastach. Bo też za czym ktoś miałby gonić żyjąc pośrodku stepu, w mieście zbudowanym na z góry określonych zasadach?

Tym, co w pewien sposób wyróżnia Enerhodar jest płynna granica między wspomnianym blokowiskiem a kulturalno-usługowym centrum miasta. Nagle spomiędzy bloków wyłania się przestronny plac ratuszowy z klasycznym napisem „I <3 EN”. Strzelam, że może to być najrzadziej fotografowane serduszko na świecie. Ale wierzę, że część lokalnej społeczności faktycznie kocha swoje miasto. Spod ratusza odbiliśmy w stronę centralnego placu miasta, który na mapie najłatwiej znaleźć kierując się na pomnik Szewczenki (chociaż na Google Mapach go nie ma – ale one często niedomagają na Wschodzie). Im bliżej placu tym więcej młodzieży, spacerowiczów i bezdomnych. Gdzieniegdzie spotkać można też bezpańskie psy, ale zdecydowanie nie są one miejską plagą.

Pojawiająca się na ulicach miasta sztuka jest dość monotematyczna.

Gdy szkolna młodzież zahacza o przydrożne budki z kebabem, ja przypominam sobie jak to było żyć przez kilkanaście lat z dala od cywilizacji spod znaku McDonalds’a i Pizzy Hut. Enerhodar ma oczywiście wszystkie potrzebne placówki kulturalno-społeczne takie jak kina czy bary, ale poza sieciowym supermarketami nie sposób natrafić tam na ślady globalizacji. Tymczasem kolejny podobny kilometr spaceru sprawia, że odczuwam trochę żalu do planistów i architektów odpowiedzialnych za projekt Enerhodaru. Doskonale rozumiem potrzeby użytkowe, ale czy miasta przeznaczonego dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi mieszkających z dala od większych osad nie można było zaprojektować z większym polotem? Blok, blok, sklep, budka z kebabem, sklep, szkoła-blok, szpital-blok, jakaś instytucja-blok, blok… Przecież nie pierwszy raz jestem na terenie dawnego ZSRR i wiem, że niegdyś potrafiono tutaj zaszaleć nawet z podstawowymi budynkami.

Ale nie tym razem. Trafiam na centralny plac miasta ozdobiony pomnikiem Tarasa Szewczenki. Słynny poeta zwraca się twarzą ku głównemu bulwarowi miasta, zostawiając za plecami salę koncertową Suczasnyk. Modernistyczna bryła nie zostawia złudzeń co do regionu świata, w którym się znajduje, ale niestety nie kradnie mojego serca. Tuż za nią rozciąga się Park Kultury i Wypoczynku, miejsce cokolwiek dziwne, chociaż moje odczucia mogą być nieco przekłamane ze względu na wizytę w lutym.
Co w tym parku takiego dziwnego? Powiedziałbym, że stan rozpado-utrzymania. Podczas gdy jedne fragmenty parku się rozpadają, inne są pięknie utrzymane. W tym, jak i w wielu innych miejscach Enerhodaru nie sposób nie zauważyć sporej ilości nowych ławek i innych założeń mających umilić czas odpoczywającym mieszkańcom. Z drugiej strony sporo zakątków jest zapuszczonych, a parkowy staw nie wygląda na miejsce, przy którym warto posiedzieć ze znajomymi. Co innego trybuny ogólnodostępnego stadionu piłkarskiego bądź ładnie zrobiony plac zabaw dla najmłodszych.

Sierp, młot i radzieckie czołgi

Nad parkiem góruje okazały gmach Młodzieżowego Centrum Kultury, albo przynajmniej Centrum Kultury Mołodiżnyj, bo nie spotkałem tam zbyt wiele młodzieży. Stając oko w oku z budynkiem w końcu czuję, że jakiś projektant pomyślał. Front pokryty jest monumentalnym mozaikowym panelem, pośrodku którego umieszczono trudny do zdekomunizowania sierp i młot. Okazała budowla nieco traci przy bliższym spotkaniu – w żaden sposób nie został oznaczony fakt znajdowania się tam muzeum enerhodarskiej elektrowni. I szczerze mówiąc gdybym nie znalazł informacji o jej istnieniu na rosyjskiej Wikipedii i konkretnej lokalizacji na mapach Jandeks, to prawdopodobnie nigdy w życiu nie trafiłbym do tej niezwykle interesującej placówki.

Muzeum to w zasadzie jeden pokój wypełniony eksponatami związanymi z historią elektrowni i życiem miasta. Wejście jest darmowe, a goście mogą dowiedzieć się więcej o historii Enerhodaru od rosyjskojęzycznej przewodniczki. To opowieść o sukcesach, chociaż dociekliwy odwiedzający bez problemu wyłapie w dziejach miasta istotny moment zawahania po katastrofie w Czarnobylu. Kilkuletnie spowolnienie sprawiło, że ostatnie reaktory enerhodarskiej elektrowni stawiano już za czasów niepodległej Ukrainy. Osoby znające ukraiński i rosyjski znajdą w muzeum sporo ciekawych albumów i książek poświęconych lokalnej historii.

Model reaktora w enerhodarskim muzeum.

Kaskadowe zejście spod Centrum Kultury prowadzą w kierunku Centrum Rozrywki Spring City. Zanim tam jednak dotrzemy możemy wstąpić do sklepu, który reklamuje swój asortyment hasłami „wędkarstwo” i „sex shop”. Nie widzę połączenia, ale może to po prostu enerhodarskie „wszystko dla prawdziwego mężczyzny?” Spring City to kolejne miejsce, które sprawia wrażenie opuszczonego, chociaż w środku ma znajdować się popularna sala zabaw i restauracja. Podobnie jak w Mołodiżnym, na pierwszy rzut oka nie starałbym się otworzyć drzwi kompleksu. Tym bardziej, że pod nim rozciąga się całkiem spory plac otoczony ławeczkami i stanowiący początek nadrzecznego deptaka. Chociaż może słowo rzeka jest tutaj trochę na wyrost. W każdym razie nadwodnego deptaka.

My jednak skierowaliśmy kroki w drugą stronę – do położonego na samym końcu miasta Parku Zwycięstwa. Po drodze minęliśmy ujście wody pitnej, które wyglądało na tłumnie odwiedzane przez lokalsów uzbrojonych w baniaki. Jak wszędzie w Ukrainie, picie kranówki nie jest najmądrzejszym co można zrobić w Enerhodarze. Wspomniany park stanowi całkiem współczesną wariację na temat terenu wypoczynkowego i wystawy militariów. Założony został kilkanaście lat temu, a radziecka symbolika wojenna do dzisiaj nieśmiało przebija się w wielu miejscach. Położona najbliżej miasta część to jednak wypoczynkowa kompilacja placu zabaw, ławeczek i uczęszczanego przez wędkarzy nadbrzeża. Im bliżej Dniepru, tym bardziej robi się radziecko. W najdalszej części parku umieszczono kilka wojskowych pamiątek z czasów ZSRR. To swego rodzaju nagroda za turystyczną wytrwałość, bo dalej nie ma już nic, a zimą zamknięte są nawet okoliczne wyjścia z parku.

Koniec świata? Może trochę…

Na dworzec wróciliśmy Aleją Energetyków, głównym bulwarem miasta oferującym pieszym szeroki deptak pośrodku jezdni. Po drodze minęliśmy jeszcze Pomnik Bohaterów Czarnobyla, dość niepozornie wrzucony nieopodal kompleksu sportowego na ulicy Mołodiżnej. Prawie wpadłem tam pod rower i nie wiem kto był w tym wypadku bardziej winny – ja przechodzący przez jezdnię w przypadkowym miejscu czy dziadek nie ogarniający, że jeżdżąc po ulicy warto założyć światło. Do Zaporoża wyruszyliśmy już po zmroku, nie mając niestety czasu na podjechanie pod słynny napis AES znajdujący się przy wejściu do elektrowni. Niemniej, udało mi się w Enerhodarze zobaczyć to, co chciałem.

Wypada chyba ten tekst jakoś podsumować. Cóż, Enerhodar jest miastem ciekawym, ale trochę z innej epoki. Nie w tym sensie, w jakim niektórzy piszą na widok Ład na ulicach i babuszek handlujących na targach. Chodzi mi raczej o jego oddalenie od dobrodziejstw i przekleństw dzisiejszego świata. Bo jest to przecież miasto pełnoprawne – a nie wieś, na której ludzie utrzymują się z roli albo nadmorska wioska rybacka. Właśnie z tego powodu nie wyobrażam sobie spędzenia tam młodości – sam żyłem w podobnych warunkach, ale jednak wśród pól i lasów. Wiadomości wyciągnięte od lokalnych mieszkańców to niewiele więcej niż dowody anegdotyczne, ale te enerhodarskie potwierdzają moją tezę. Ludzie stąd uciekają – jeśli nie do Zaporoża i Kijowa to do Krakowa i Wrocławia. Bo chociaż Enerhodar może oferować życie spokojne, to bez wątpienia oferuje też życie ograniczone w stosunku do możliwości współczesnego świata.

Ale pod wieloma względami przynajmniej wygrał braterską rywalizację z Prypecią.

Atomowa symbolika przebija się nawet w miejskim herbie. Słońce ma tutaj 24 promienie, symbolizując działającą przez 24 godziny elektrownię. Tarcza otoczona jest dnieprzańskimi wodami. A woda – kozackimi chorągwiami, bo nie można zapominać, że znajdujemy się na Zaporożu.

Dodaj komentarz