Dlaczego nie lubię już pokojów wieloosobowych?

Dlaczego nie lubię już pokojów wieloosobowych?

Nie będę wyjątkiem jeśli napiszę, że na początku mojej podróżniczej drogi wiele naczytałem się o pokojach wieloosobowych i ich ogromnych zaletach. Że to nie tylko tania opcja noclegowa, ale też opcja zbliżająca nas do innych backpackerów. Że hostele tworzą własne mikrokosmosy a bycie ich częścią ulokowaną na jedną z wielu łóżek jest „autentyczne” (nie cierpię tego słowa). Od początku podchodziłem do tych superlatyw z rezerwą, bo jestem osobą bardzo introwertyczną i bliska atmosfera niekoniecznie mnie do czegokolwiek zachęca. Mimo to zaufałem opiniom bardziej doświadczonych kolegów i koleżanek po fachu. Jeździłem po świecie sypiając w tanich, 10-osobowych podróżniczych hostelach. Próbowałem różnych konfiguracji i różnych środowisk. Pisząc te słowa jestem świeżo po zamianie mojego noclegu na Islandii – z „dziesiątki” właśnie na droższy jedynie o 140 zł (w Skandynawii to jedynie) pokój jednoosobowy. Powiedziałem wyraźne „dość” wieloosobowym hostelom i zamierzam się tego trzymać. Dlaczego? Zapraszam Was w podróż po moich (i moich najbliższych znajomych) doświadczeniach. Zadbam nawet o strzały i pościgi!

Disclaimer: nie mam absolutnie nic przeciwko hostelom jako formie noclegu – jeśli tylko mam w nich pokój na wyłączność moją lub mojej ekipy. W takim układzie są wręcz fajniejsze od hoteli, bo faktycznie mogę przebywać wśród innych ludzi, ale na własnych zasadach. A raczej jednej zasadzie – mój pokój to moja twierdza.

Dziwni ludzie

Albo sformułuję to inaczej. Szaleni ludzie. Trafiłem ich naprawdę wielu i mówiąc szczerze częściej zdarzały mi się pobyty w hostelach gdzie ktoś odwalał manianę niż te spokojne. Lekki poziom? Hostel w Rzymie i uchodźca w pokoju, który non stop „sprawdzał” mnie podrzucając mi do łóżka swoje pieniądze i sprawdzając czy je oddam. Postać sama w sobie była niezwykle ciekawa – mam mało okazji by porozmawiać z ludźmi uciekającymi do Europy z Bliskiego Wschodu. Ale z nim nie dało się rozmawiać. Zamiast tego przez 24 godziny czułem się obserwowany i sprawdzany, czy przypadkiem nie ukradnę mu paszportu z arabskimi szlaczkami. Tak, właśnie po to pojechałem do Rzymu.

Ale okej. To był człowiek za którym stała historia upoważniająca go do dziwnych zachowań. Przeżyłem to, nic nikomu się nie stało, czułem się nieswojo, ale ten facet ma w życiu gorzej ode mnie. Teraz słuchajcie drugiej historii, z Dublina. Pojechałem do Irlandii na święta, po zdanej sesji (studiowałem wtedy w Norwegii, gdzie semestr trwa od sierpnia do grudnia). Odpoczynek byłby spoko, gdybym nie miał w pokoju idioty z Holandii rzucającego się o to, że… inni siedzą w pokoju w dzień, bo przecież to hostel TURYSTYCZNY i powinniśmy latać po kraju od 6 do 22. On? On tam pracuje! Potrzebuje spokoju i prywatności. W ośmioosobowym hostelu. Na koniec, kiedy zostaliśmy sami i czepiał się już tylko mnie, w krótkich żołnierskich słowach wyjaśniłem mu dlaczego uważam go za idiotę. Był niezwykle oburzony gburowatością dzikusa z Europy Wschodniej, który ośmielił się zdrzemnąć w pokoju o godzinie 13.

Last but not least… Albo jeszcze nie, czekajcie. Nie muszę chyba mówić ile nasłuchałem się o polityce od przypadkowych Szwedów tłumaczących mi dlaczego Norwegia umiera? Albo komentarzy Rosjan oburzających się na obecność Polaków na Białorusi (myśleli, że ich nie rozumiem, ha!)? Ale to są jeszcze rzeczy, od których nie zależy moje życie. Na koniec pierwszego punktu podzielę się z Wami historią moich przyjaciół. Hostel w centrum dużego miasta – byli tylko oni i jakiś facet w pokoju obok. Wieczorem odkryli, że w pokoju obok dzieją się rzeczy co najmniej dziwne, podszyte alkoholem i awanturami. Wobec braku całodobowej recepcji ewakuowali się z hotelu, zauważając jeszcze, że jegomość obok piwa ma cały arsenał… broni. Wrócili tam nazajutrz, by dowiedzieć się, że pokój został zdemolowany przez tajemniczego gościa. To ekstremum. Znam takie przypadki, ale nie siedzą one zbyt głęboko w mojej głowie. Mimo wszystko łatwiej zginąć na drodze w Polsce niż w zagranicznym hostelu… ale to dowód, że w podróży może bywać bardzo niekomfortowo.

Całodobowe zaciemnienie pokojów

Problem, który trochę pokrywa się z punktem numer jeden, ale niekoniecznie. Kilka razy zdarzyło mi się trafić na pokoje, gdzie ludzie funkcjonowali zarówno w dzień jak i w nocy. Były to najczęściej pokoje dzielone z ludźmi pracującymi na nocną zmianę, chociaż ja sam czasem śpię w dzień i zwiedzam w nocy podczas wyjazdów (pozdrawiam Holendra). Za każdym razem pokój 24 godziny na dobę był zaciemniony roletami, a proste czynności jak przeczytanie książki bądź spakowanie się trzeba było robić na zewnątrz. Nie moje klimaty, zdecydowanie.

Zgaszone światło i rolety opuszczone przez 24 godziny mogą być dobrym pomysłem na horror hostel. Ale na pokój w turystycznej wieloosobówce?

Brak komfortu – od zasady do przesady

Nigdy nie wymagałem komfortu od hosteli, a kiedy jakiś faktycznie był „hotelowy” to brałem to jako miłą wartość dodaną. Po drodze zdarzyły mi się jednak sytuacje, w których pewne braki były zwyczajną przesadą. Brak gniazdka przy łóżku? Zdarzył się nieraz, ale to można przeżyć. Zbyt mała ilość gniazdek w pokoju? Również odhaczone, a to już oznacza, że obiekt ewidentnie nie posiada warunków do przyjmowania liczby gości, w którą celuje…

Kolejna męcząca sprawa to brak barierek w łózkach piętrowych – co w ekstremalnych sytuacjach może być zwyczajnie groźne dla zdrowia. Skoro już o zdrowiu mówimy, to warto wspomnieć o pomieszczeniach bez ogrzewania (w drugą stronę, bez klimatyzacji, to problem nagminny, ale liczę go jako element hostelowego klimatu) i z nieszczelnymi oknami. Okna to w ogóle dłuższa historia, bo zdarzali mi się ludzie otwierający je w środku nocy na oścież… chociaż to już wina tychże osobników, a nie hostelu. Zapomniałbym – pokoje bez okien też mi się trafiały i uważam to za kompletną przesadę, zwłaszcza gdy na stronie hostelu okno w pokoju ewidentnie jest. Ostatnim problemem, który może napsuć nam trochę krwi, ale jest totalnie niezależny zarówno od obiektu, jak i od gości jest chrapanie. Nie polecam przyjechać do pokoju wieloosobowego w środku nocy i zastać symfonię sześciu chrapiących osób.

Standard znacznie gorszy niż na zdjęciach? Potrzymaj nam piwo

To jest akurat lekki argument, ale sam problem pojawia się nagminnie. Hostele wieloosobowe w ofertach pokazują swoje najlepsze pokoje, podczas gdy w rzeczywistości wrzucają ludzi do niższego standardu. Nie mam potrzeby spania za każdym razem w świetnych warunkach, ale kiedy hostel na miejscu okazuje się niewarty nawet połowy ceny, jaką zapłaciłem – i doskonale widzę, że obok mnie jest pokój z oferty – to czuję że coś jest nie tak. Problem ten jest z kolei do uniknięcia kiedy bierzemy prywatny pokój – na nich też można oczywiście nieco oszukać, ale jednak te możliwości są mniejsze.

Kolejna popularna niedogodność to obsługa nie będąca w stanie przywitać się po angielsku, a co dopiero obsłużyć płatność w sposób zrozumiały dla obu stron. Oczywiście na booking.com każdy hostel twierdzi, że mówi w moim języku. To jednak szerszy problem zahaczający o oszukiwanie na serwisach hotelowych i nie ma sensu nadmiernie go tutaj rozwijać.

Bezsensowne dodatkowe opłaty

11 dni – na tyle jeden z włoskich hosteli zamroził 90 złotych depozytu z mojej karty płatniczej. 90 złotych to cholerny majątek w budżetowej podróży, pozwalający na kilka dni porządnego jedzenia. Tamten wyjazd skończył się alarmowym telefonem do rodziców, bo mediolański hostel jednym trickiem zamiótł lwią część środków, które miałem odłożone na powrót do domu. Ale to nie jedyne ukryte opłaty (no, ta akurat była zwrotna), na jakie traficie w hostelach. 30 złotych za możliwość użycia szafki? Czemu nie! (Francja) Brak deklarowanej możliwości płatności kartą i przez to „legalne” przebicie ceny w stosunku do deklarowanej na bookingu? Jeszcze jak! (Serbia) Klimatyczne wyskakujące znikąd też mogą się trafić, ale jeśli czytamy uważnie zasady noclegu w odwiedzanych krajach to można się przed nimi ubezpieczyć. Słowem – wygodny nocleg w hostelu może kosztować znacznie więcej niż cena bazowa.

Od 60 złotych za noc zapłaconych na bookingu możemy łatwo przejść do 90-ciu za całość – jeśli tylko zechcemy skorzystać z dodatkowo płatnej szafki. Zdjęcie: piviso.com

Hostelowa integracja – prawda czy mit?

Dosłownie nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby integracja między mieszkańcami hostelu zachodziła na poziomie pokoju. We wspólnej sali bądź hostelowym barze? Jak najbardziej, ale moje doświadczenia z pokojami wskazują zupełnie na coś innego. Ludzie z reguły chcą tam mieć spokój, który przerywany jest akcjami opisanymi nieco wyżej. Nie dajcie się zatem skusić na pokój wieloosobowy na podstawie argumentu bliskości z innymi ludźmi – bliskość znacznie łatwiej stworzyć poza wspólnym pokojem.

Katorga na wypadek choroby

Przez lata podróżowałem wyjątkowo szczęśliwie, bez żadnych problemów zdrowotnych w trasie. Dopiero ubiegłej jesieni zacząłem mieć niesamowitego pecha. Trzy wyjazdy pod rząd – przeziębienie z gorączką, mocny katar, skręcona kostka. O ile druga dolegliwość jest do przeżycia, o tyle przy pierwszej i trzeciej nie wyobrażam sobie siedzenia w pokoju z kilkoma obcymi osobami. I szczerze to jest chyba dla mnie argument ostateczny – na wszelki wypadek dobrze jest mieć trochę prywatności w podróży. Można pewnie założyć, że obcy ludzie mogą pomóc… ale to chyba nie jest warte wszelkich pozostałych minusów. Wszak przy poważnych problemach o pomoc medyczną należy poprosić obsługę hostelu. Przy lżejszych – poradzimy sobie sami, ale nie ma to jak odpoczynek we własnym pokoju.

Podsumowując, świat wieloosobowych hosteli nie jest taki różowy jak go malują. Czasem to opcja rzeczywiście korzystna – w wielu krajach zachodniej Europy miejsce w pokoju dla sześciu czy ośmiu osób bywa dwukrotnie tańsze od sensownej jedynki. Ale kiedy podróżujemy w kilka osób, ceny zbliżają się do siebie. Wieloosobówki owiane są legendą autentyczności, ale wobec dynamicznych zmian w modelu podróżowania (myślę, że AirBnB odbiło hostelom sporo podróżników) coraz rzadziej oferują warte uwagi przeżycia. Ja tymczasowo – albo i na zawsze – im podziękowałem. Na zachodzie wolę wydać nieco więcej, albo pobawić się w zupełnie budżetowe formy noclegu. A na wschodzie kwestia ceny bardzo często nie gra na korzyść hosteli 😉

Dodaj komentarz