Dekomunizacja po estońsku i (nie)odpowiedzialność po litewsku. Podróżnika spotkania z historią #1

„Spotkania z historią” to seria tekstów, w której łączę dwie pasje – zawodową i podróżniczą. Opowiadam w niej o różnych napotkanych w podróży przedstawieniach historii i polityki historycznej, skupiając się na tych najciekawszych z puntu widzenia Polaka. Pisząc o spornych kwestiach postaram się opowiedzieć raczej o tym co sądzę o sposobie ich przedstawienia przez poszczególne strony – nie będę wchodził w naukowe rozważania na temat historii, bo mimo wszystko jesteśmy na blogu podróżniczym. 

Podróżując po Europie nie da się dzisiaj uniknąć regularnych spotkań z jej pogmatwaną historią. Mam w takich momentach drobną przewagę, bo na zgłębianie „nauczycielki życia” poświeciłem praktycznie całą młodość. Przeszłość jest podstawą ludzkiej tożsamości i objawia się dzisiaj nie tylko w stanie „surowym”, ale również poprzez szereg starannie zaplanowanych przedstawień. I właśnie o tych drugich będzie ta seria. Opowiem o spotkaniach z różnymi twarzami polityki historycznej – czasem pouczającymi, a innym razem dziwacznymi. Nie zawaham się przed dodawaniem swoich komentarzy i interpretacji, z którymi oczywiście można się nie zgadzać. A jeśli się nie zgadzacie – to gorąco zachęcam do wymiany myśli w komentarzach.

W ramach otwarcia nowej serii tekstów zawitam do republik bałtyckich, chociaż trzymając się zasady „trzy przykłady na wpis” ominę Łotwę, by poświęcić więcej miejsca bliskiej mi Estonii. Odwiedzę Tallinn i Wilno, a konkretnie dwa miejsca niełatwej pamięci, z których jeden można było rozwiązać lepiej, a drugi absolutnie rozbił bank. A po drodze sprawdzimy co u słychać u Lenina i estońskich emigrantów.

Estończyków walka z pomnikami

26 kwietnia 2007 roku współczesna Estonia stanęła przed największym wyzwaniem w swojej 30-letniej historii. Na ulicach Tallinna doszło do kilkudniowych zamieszek pomiędzy mniejszością rosyjską, estońskimi nacjonalistami a policją. Zginęła jedna osoba, a blisko dwieście zostało rannych. Punktem zapalnym była decyzja o relokacji Brązowego Żołnierza, pomnika upamiętniającego wyzwolenie Estonii przez Armię Czerwoną. Monument miał zostać przeniesiony z położonego w centrum miasta wzgórza Tõnismägi na cmentarz wojskowy położony nieopodal stadionu Kalevi. Ponadto zaplanowano ekshumację szczątków kilkunastu czerwonoarmistów pochowanych u stóp pomnika – one również miały zostać przeniesione na wspomnianą nekropolię.

Ideowy konflikt wokół Brązowego Żołnierza był raczej oczywisty. Części Estończyków pomnik kojarzył się z podbojem i rosyjską dominacją, którą ledwie dekadę wcześniej udało im się zrzucić. Niemniej jednak według sondaży tylko 50% Estończyków popierało przeniesienie. Rosjanie i rosyjskojęzyczni Estończycy postrzegali Brązowego Żołnierza jako jeden z symboli swojej historii, a jego demontaż – za oczywisty cios wymierzony w mniejszość piszącą w cyrylicy. Nieoczywista była jednak skala reakcji, według wielu inspirowanej i zaognionej przez Kreml. Wkrótce zamieszanie przeniosło się na niespotykany wcześniej grunt. 27 kwietnia estoński Internet został dosłownie wyłączony. Padły strony rządu, banków, ministerstw i niektórych partii politycznych, a sprawcami całego zamieszania byli rosyjscy hakerzy. To był największy cyberterrorystyczny atak w historii i alarm zmuszający do przemyślenia kierunku informatyzacji świata. Ataki trwały do połowy maja i zakończyły się na długo po fizycznych zamieszkach. Te wygasły 29 kwietnia, a sam pomnik został przeniesiony z samego rana dwa dni wcześniej. Tallińskie spięcie doprowadziło do ochłodzenia relacji rosyjsko-estońskich i stanowiło istotne ostrzeżenie o skomplikowaniu relacji społecznych w republikach bałtyckich.

Dekadę później Estończycy raz jeszcze dokonali symbolicznej dekomunizacji radzieckiego pomnika stanowiącego ważny akcent w tkance miejskiej Tallinna. Tym razem obeszło się bez ofiar i wyłączenia Internetu, a gdyby styl tej operacji oceniono według zasad panujących w skokach narciarskich, to pomysłodawcy projektu dostaliby pięć „dwudziestek”. Miejscem akcji było Wzgórze Marii, czyli Maarjamäe, kwestionowanym pomnikiem był monument upamiętniający czerwonoarmistów poległych za wolną Estonię, a zastosowanym sposobem „dekomunizacji” – dobudowanie do radzieckiej instalacji nowego kompleksu pamięci, poświęconego ofiarom komunistycznego terroru w Estonii. Gwoli ścisłości należy wspomnieć, że nikt nie planował zniszczenia pomnika na Maarjamäe (opiekuje się nim miasto), a przeniesienie go… no cóż, byłoby raczej niemożliwe, chociaż pamiętajmy, że Szwedzi przenieśli niedawno całe miasto. Zresztą, pomnik zagrał w ubiegłym roku w filmie „Tenet” u boku kilku innych perełek radzieckiej architektury w Tallinnie i wygląda na to, że intensywnie promujący się bałtycki tygrys dostrzega potencjał drzemiący w pozostałościach po dawnym systemie.

Pomnik Ofiar Komunizmu na Maarjamäe jest w dodatku świetnie wykonany i bardzo efektywnie kontrastuje z nigdy nieukończonym i niszczejącym radzieckim kompleksem. Główna część pomnika nazywa się „Podróż” i jest opadającym ku morzu mrocznym tunelem, na ścianach którego wypisane są nazwiska ofiar. Po drugiej stronie Podróży znajduje się mały amfiteatr, przy którym można przeczytać sporo o historii stalinowskiego terroru w Estonii. Biorąc pod uwagę, że niedaleko znajduje się jeszcze niemiecki cmentarz wojenny i Muzeum Historyczne, to Wzgórze Marii jawi się jako prawdziwa uczta dla pasjonatów historii. I rzeczywiście, jest to ścisły TOP najważniejszych miejsc w Tallinnie.

Podróżując po Estonii trafiłem na jeszcze jeden ciekawy przykład symbolicznej dekomunizacji. Chodzi o współczesne losy pomnika Lenina w Narwie, który został przeniesiony z głównego placu miasta na Zamek Hermana. Ostatni Lenin w Estonii stoi dzisiaj wciśnięty w kąt zamkowego dziedzińca, a tęskne spojrzenie i władcze gesty wodza rewolucji zwrócone są w kierunku Rosji i położonej za rzeką twierdzy iwangorodzkiej. Niby nic, a jednak nawet w tak niewielkiej rzeczy czuć pewną przemyślaną symboliczną zagrywkę. Nie jestem i nigdy nie będę zwolennikiem prymitywnego antykomunizmu (a tym bardziej rusofobii), a to co ostatnimi czasy robią Estończycy niesamowicie mi się podoba. Jeśli grać z niełatwą i wciąż budzącą emocje przeszłością, to właśnie w ten sposób. Czapki z głów.

Refleksje o transformacji, czyli jak wprowadzać lata 90-te do muzeów

Tylko raz udało mi się odwiedzić futurystyczny gmach Estońskiego Muzeum Narodowego w Tartu, ale załapałem się akurat na jedną z najlepszych wystaw czasowych o Europie Wschodniej, jakie miałem okazję obejrzeć. Ekspozycja opowiadała o Estonii w latach 90-tych i chociaż nie była nadmiernie krytyczna wobec dekady transformacji, to jednak przedstawiała tę historię bez kompromisów i w sposób otwarty na interpretacje. Dajcie znać, jeśli coś podobnego można znaleźć w Polsce!

Wystawa rozpoczęła się symbolicznie, od niebiesko-czarno-białych słupków granicznych symbolizujących nastanie nowej rzeczywistości. Kawałek dalej wpadłem w gwałtownie zmieniający się świat szans i zagrożeń definiowany nowymi możliwościami zarobku i wspomnieniami masowych migracji. Z perspektywy Polaka świetną zabawą było przede wszystkim porównywanie wzajemnych doświadczeń. Okazuje się bowiem, że przeżycia Polaków i Estończyków próbujących ułożyć sobie nowe życia w latach 90-tych są bliźniaczo podobne i pomimo geograficznego i etnicznego dystansu możemy sobie podać ręce jako kuzyni. Świetny był na przykład fragment omawiający nazwy nowopowstających estońskich biznesów, zdominowanych przez człony „est”, „eks” i „imp”. Świat estońskich firm był zatem wypełniony Estimpexami, Estonexami i Estautami. Brzmi znajomo?

Kawałek dalej prześledziłem zmagania Estończyków z przystosowaniem do nowej rzeczywistości. Wystawa miała oczywiście swoją część nostalgiczną poświęconą ubraniom, pierwszym komputerom i niezapomnianym aspektom stylu życia młodzieży urodzonej w latach 80-tych. Ale kawałek dalej było już mniej nostalgicznie. Na ścianie pojawił się wykres samobójstw, pokazujący nieprawdopodobny skok liczby Estończyków odbierających sobie życie w dobie gwałtownej zmiany ustroju. U nas też mówi się o tym, że jeśli policzymy samobójstwa spowodowane nieprzystosowaniem do nowej rzeczywistości, to transformacja okaże się dla Polaków równie mordercza co 45 lat PRL-u. Który, swoją drogą, wcale taki morderczy nie był. Więc może bardziej mordercza?

Gdyby ktoś przyszedł do mnie i powiedział „słuchaj, zaprojektuj wystawę o polskiej transformacji” to obawiam się, że Estończycy mogliby oskarżyć mnie o plagiat. To była naprawdę świetna i pouczająca opowieść o niejednoznacznych czasach. Mam wrażenie, że Estończycy coraz lepiej radzą sobie z opowiadaniem o przeszłości, chociaż ich pęd ku zachodowi i wieczne przeboje z sowieckimi historiami wcale nie ułatwiają życia. To jeden z tych krajów, do których zawsze chętnie będę wracał, więc zobaczymy co przyniosą kolejne wizyty w estońskich muzeach wspomagane rozmowami z obiema stronami tamtejszego społeczeństwa.

Ponary: pamięć i przemilczenie

Mniej więcej w połowie żelaznej drogi między Wilnem a Trokami znajduje się sprawiająca dość liche wrażenie dzielnica Ponary, niegdyś będąca miejscowością wypoczynkową dla pracowników kolei. Podczas II wojny światowej Ponary stały się miejscem masowych egzekucji, w których ginęli wileńscy Żydzi, Polacy i Romowie, a także radzieccy jeńcy wojenni. Jest to dość mało znany epizod z lat wielkiej wojny, o czym świadczyć może istnienie tylko jednej publikacji poświęconej zbrodni ponarskiej, wydanej kilkanaście lat temu nakładem IPN.

Kilka lat temu miałem okazję odwiedzić Ponary i wyjechałem stamtąd z mieszanymi uczuciami. Teoretycznie bowiem wszystko jest tam na swoim miejscu. Kompleks jest zadbany, a poszczególne elementy są dobrze opisane, również w języku polskim. Na miejscu działa małe muzeum i widać, że ktoś o podwileńskim miejscu zbrodni w należyty sposób pamięta. Niemniej jednak podczas wizyty w Ponarach cały czas towarzyszyły mi dwa niepokojące uczucia. Pierwsze z nich było zupełnie wytłumaczalne i wynikało z tego, że byliśmy tam zupełnie sami, w środku lasu przemienionego niegdyś w miejsce masowej kaźni. Drugie uczucie było bardziej tajemnicze i wiązało się z brakiem. Bo cały czas miałem wrażenie, że czegoś tam brakuje. Że miejsce, w którym się znalazłem, nie jest należycie przygotowane do tego, by osoba odwiedzająca je zrozumiała.

Jeden z dołów, w których dokonywano masowych egzekucji.

Może winna temu była pustka? A może intuicja słusznie wskazywała mi na przeoczenia? Wszystko to nie dawało mi spokoju i postanowiłem prześledzić wizytę w Ponarach jeszcze raz, tym razem już nie jako turysta, ale jako historyk i osoba doświadczona w kopaniu się o politykę historyczną. No i miałem rację.

Przy samym wejściu do kompleksu znajduje się pomnik upamiętniający ofiary w trzech językach – litewskim, jidysz i rosyjskim. Dwóch pierwszych nie znam, więc jestem skazany na ten trzeci. Napisano tam, że w tym miejscu „hitlerowscy okupanci i ich miejscowi pomocnicy wymordowali 100 tysięcy ludzi”, z których 70 000 było Żydami. O liczby nie będę się kłócił, chociaż według najnowszych badań 100 tysięcy zabitych akurat w Ponarach nie było. Bardziej zastanawia mnie termin „miejscowi pomocnicy”. Otóż owi pomocnicy mieli swoją nazwę, Ypatingasis būrys, i byli regularną jednostką policyjną istniejącą przez cały okres niemieckiej okupacji Litwy (chociaż dla tych panów to nie była okupacja). To była niewielka grupa, mająca na swoim koncie wielkie zbrodnie. Tym, co nie pasowało mi w Ponarach, było właśnie przemilczenie zbrodniczej działalności tej i podobnych jednostek w krajach bałtyckich. Ot, byli źli hitlerowcy i jacyś tam lokalni pomocnicy. Nie chcę w tym miejscu wybitnie chłostać za to Litwinów, bo podobne problemy z niepamięcią występują jak Europa Wschodnia długa i szeroka, ale obiektywnie patrząc – da się lepiej rozliczyć z historią.

„Lokalni pomocnicy” mieli w tym przypadku jasno określoną nazwę i imiona. Można też powiedzieć, że ich udział w zbrodni wykraczał poza standardową definicję bycia pomocnikiem. A przecież kawałek dalej Litwini bez większych refleksji upamiętniają organizację partyzancką, która została sformowana za zgodą i u boku nazistów. Ale o tym zaraz.

Opowieść skupiona jest na losie Żydów, co jest słuszne i zrozumiałe – chociaż miałem wrażenie, że wobec upamiętnienia Żydów i radzieckich jeńców trochę wymazany z całej tej historii został jej polski pierwiastek. I to był drugi zgrzyt. Korzeni przemilczenia losów polskich ofiar szukać należy w polityce ZSRR, według której zbrodnia została popełniona na obywatelach radzieckich. Polacy byli jedną z pomordowanych grup, które upamiętnienia doczekały się po latach, a konkretnie w roku 1990. Ciężko powiedzieć, czy Litwini upamiętniliby naszych rodaków sami z siebie, bo zanim mieli ku temu okazję, to polskie organizacje wzięły sprawy w swoje ręce. Niemniej jednak, chociaż rozumiem że Litwini mieli w 20-leciu międzywojennym co najmniej kilka powodów, żeby za nami nie przepadać, to można w takim miejscu wspomnieć o tym jak wyglądała ówczesna społeczność Wilna i o co chodziło w całej tej wojennej „grze”.

Polskie ofiary są w Ponarach upamiętnione krzyżem, wokół którego znajduje się mnóstwo wieńców i symboli narodowych – pod tym względem to najbardziej „zadbana” części miejsca pamięci. Z tablicy informacyjnej możemy dowiedzieć się, że w zginęło tam od 1500 do 20 000 Polaków. Bardziej prawdopodobna jest ta pierwsza liczba, ale jako że nie miałem nigdy do czynienia z tą częścią wojennej historii, to jestem w swoich opiniach zdany na słowa innych badaczy.

Niektóre elementy polskiego pomnika ozdobione zostały w stylu iście amerykańskim.

Na marginesie warto wspomnieć o tym, że w Ponarach można znaleźć sporo wspomnień o Litewskim Korpusie Lokalnym, organizacji wojskowej utworzonej za zgodą Niemców i wykorzystywanej do walki z radziecką partyzantką i Armią Krajową. Korpus stanowił alternatywę dla nieutworzonych litewskich jednostek Waffen-SS, do których Litwini nie byli przekonani (mądrze). Jak to często w takich sytuacjach bywa, istnieją dwie narracje i dwie możliwości. Litwini traktowali LKL jako forpocztę narodowego wojska i zalążek niepodległego państwa litewskiego. Naziści widzieli w tej jednostce przede wszystkim kolejne wygodne narzędzie do zwalczania jednego podbitego narodu rękami drugiego. Wydaje się, że intencje tych pierwszych były szczere, bo gdy Korpus urósł i zaczął niepokoić Niemców, doszło do jego rozwiązania i rozprawy z żołnierzami niezgadzającymi się na podporządkowanie Hitlerowi. 86 z nich zostało w maju 1944 roku zamordowanych w Ponarach. A zanim do tego doszło, spore straty LKL zadała Armia Krajowa (tutaj z kolei wkraczamy na niewygodny wycinek polsko-litewskich relacji). Generalnie jednak rozmyte wspomnienie o Korpusie w połączeniu z wcześniejszym, jeszcze bardziej rozmytym wspomnieniem o „miejscowych pomocnikach” zapala w mojej głowie czerwoną lampkę. Bo jak to tak, nazwę jednej organizacji powołanej przez hitlerowców pamiętacie, ale drugiej już nie? Swoją drogą ciekawy jest fakt, że jeden z pomników poświęconych zamordowanym Litwinom upamiętnia zarazem LKL jak i… litewskich komunistów, rozstrzelanych w 1941 roku.

Podsumowując, Ponary zrobiły na mnie niejednoznaczne wrażenie. Z jednej strony jest to bardzo ważne miejsce pamięci, które warto odwiedzić będąc w Wilnie. Po upadku komunizmu udało się godnie upamiętnić wszystkie grupy społeczne zamordowane przez Niemców i Litwinów i rozjaśnić nieco tą trudną kartę dziejów krajów bałtyckich. Z drugiej strony jako osoba popierająca mówienie o historii bez tabu i ze sporą dawką autorefleksji nie mogę pochwalić sposobu, w jaki opowiedziano historię zbrodni. Ale czy gdzieś w Europie Wschodniej podobne historie przedstawia się inaczej? No właśnie. Problem w tym, że nie.

Dodaj komentarz