Czy Ukraina jest bezpieczna dla turystów?

Czy Ukraina jest bezpieczna dla turystów?

To dzieje się średnio co drugi dzień. Nie, nie chodzi mi o bombardowania w Donbasie ani o ataki na Polaków we Lwowie. Średnio co drugi dzień wchodzę na fejsa, a w feedzie wyskakuje mi pytanie o bezpieczeństwo na Ukrainie zadane na jednej z dwóch, maksymalnie trzech grup podróżniczych dotyczących tego typu wyjazdów. Co jest nie tak, że ludzie ciągle zadają to pytanie?

Mógłbym zjadliwie odpowiedzieć, że nie potrafią używać opcji „Szukaj”. Ale skala problemu wskazuje, że leży on nieco głębiej. Ukraina faktycznie boryka się z problemami, które mogą zapalić żółte światło przy rozważaniu jej jako kolejnego celu podróżniczego. Ale żółte światła mają to do siebie, że zmieniają się w zielone lub czerwone. Jak będzie w tym przypadku? Postanowiłem dorzucić trochę logiki i psychologii do standardowych zapewnień, że wszystko za wschodnią granicą jest OK. Światło każdy czytelnik wybierze sobie sam 😉

Ukraina turystyczna, czyli właściwie co?

Na początku zaznaczę, że pisząc o Ukrainie mam na myśli te części kraju, które znajdują się pod kontrolą kijowskiego rządu. Tereny poza nią to dwie prorosyjskie republiki ludowe na wschodzie – Doniecka i Ługańska oraz Krym, który de facto został przyłączony do Federacji Rosyjskiej. Podróż na te tereny jest w naturalny sposób niebezpieczna ze względu na działania wojenne (chociaż na Półwyspie nic wielkiego się nie dzieje, to z kolei problem natury dyplomatycznej i prawnej). Oprócz tego, jeśli nie mamy na celu coraz popularniejszej turystyki ekstremalnej, nie warto obecnie zapuszczać się na tereny przygraniczne na wschodzie kraju. Niemniej – jeśli celem Waszej podróży są Lwów, Kijów, Odessa bądź Charków – mam nadzieję, że rozwieję tym tekstem część Waszych wątpliwości.

Dlaczego Ukraina wzbudza w nas poczucie niebezpieczeństwa?

Na to pytanie można odpowiedzieć na kilka sposobów. Zacznę od najprostszego. W Ukrainie trwa wojna. Połączenie jakiegokolwiek kraju ze słowem „wojna” drastycznie obniża turystyczne zaufanie. Najczęściej słusznie, ale w przypadku ukraińskim – niekoniecznie. Jest to bowiem jedna z tych współczesnych wojen, które toczą się latami, ale nie zawsze i nie wszędzie są widoczne.

Wojna w Donbasie toczy się od kwietnia 2014 roku. To już ponad 5 lat, w ciągu których sam trzykrotnie byłem w Ukrainie. To niewiele, znam ludzi, którzy turystycznie bywają tam znacznie częściej. Czy widziałem ślady wojny? Oczywiście. Widziałem je „na poważnie” na Majdanie czy placu Niebiańskiej Sotni, widziałem je mniej poważnie we lwowskich sklepach z pamiątkami oferujących papier toaletowy z podobieństwem prezydenta Rosji. Czy z powodu wojny czułem się niebezpiecznie? Nie, bo ani do Lwowa, ani do Kijowa nie dociera wojna niebezpieczna dla turystów. Co innego dla lokalnych mieszkańców – ale to przecież rzadko nasze zmartwienie, prawda?

Odpryskiem wojny jest wzrost nastrojów nacjonalistycznych w Ukrainie. Szczerze mówiąc nie jestem w tej konkretnej kwestii ekspertem, ale na nacjonalizmie się trochę znam i wiem, że zazwyczaj wzmacnia się wtedy, kiedy ojczyzna jest w niebezpieczeństwie. Tak się składa, że ojczyzna Ukraińców w niebezpieczeństwie od kilku lat jest – ale jako że nie my je stanowimy, to ich nacjonalizm niekoniecznie jest skierowany przeciwko nam. Jakkolwiek zatem Bandera i czerwono-czarne flagi wzbudzają w nas najgorsze odczucia, dzisiejsza skrajna prawica skłania się raczej przeciwko Rosjanom. Widać to nawet w pokazowej lwowskiej knajpie Kryjówka stylizowanej na bunkier UPA – rosyjski nie jest tam mile widziany, natomiast polski już tak. Nie musimy się zatem obawiać tego, że w Ukrainie biją za polski język, chociaż oczywiście prawicowe bojówki zawsze stanowią zagrożenie. Ale ten kłopot akurat mamy w domu. Warto pamiętać o zasadzie zdrowego rozsądku – nie reagować na prowokacje i samemu nie prowokować. Apolityczność to fajna cecha podróży.

Wojna wojną. Jest jeszcze drugi problem, który dla nas, podróżników, jest akurat możliwy do zwalczenia. To podszyty pewną orientalną fascynacją strach przed Wschodem. Ukraina jest na przemian dzika, zapomniana i nieodkryta. Do tego sowiecka, niestabilna i podszyta alkoholem. Ten zestaw cech, które często przypisujemy wszystkim wschodnim sąsiadom, za sprawą wojen i niepokojów łączy się w absolutne combo w przypadku Ukrainy.

Moja odpowiedź jest w tym przypadku prosta. Ukraina to normalny kraj, Ukraińcy to normalni ludzie. Niekoniecznie tacy sami jak my – bo świat jest na to zbyt skomplikowany. Ale zasadniczo, chociaż biedniejsze, życie na Ukrainie jest wciąż życiem europejskim. Z kranu leci ciepła woda (zazwyczaj!), w aptekach sprzedają bezpieczne leki, a po drogach poruszają się niezłe samochody. Wniosek jest z tego prosty – można bezpiecznie wybrać Ukrainę na cel wakacyjnego wypadu. Oczywiście, w granicach podstawowego rozsądku. Ale o tym zaraz.

Przechodząc do sedna czyli – czy na Ukrainie biją Polaków i kradną samochody?

Wyżej wyjaśniłem, dlaczego nie ma się czego obawiać na Ukrainie. Teraz dość przewrotnie napiszę czego obawiać się należy. Nie dlatego, że mam rozdwojenie jaźni. Raczej dlatego, że dla zachowania rzetelności winien jestem przestrzec Was przed rzeczami, na które uwagę warto zwracać w każdej podróży. Część z nich faktycznie może kumulować się w Kijowie czy Odessie, ale moim zdaniem żaden nie skreśla Ukrainy z listy sensownych destynacji.

A zatem, czy w Ukrainie mogą ukraść Ci samochód? Mogą. Czy w Ukrainie możesz dostać przypadkowy wpierdol na ulicy? Możesz. Czy w Ukrainie można zarazić się jakąś dziwną chorobą? Można. Czy w Ukrainie można zostać zgwałconym? Oczywiście niestety też. Jaki z tego morał?

Kradzież to jedno z podstawowych zagrożeń w podróży. Może zdarzyć się wszędzie. Koniec i kropka. Fakt, że kraj jest biedny, wcale nie zwiększa tego ryzyka – szczerze mówiąc znam chyba więcej historii portfeli zwiniętych przez kieszonkowców w Szwajcarii czy Norwegii niż analogicznych przestępstw w Ukrainie czy Mołdawii. Przypadkowy wpierdol jest chyba mniejszym zagrożeniem – tzn. na pewno łatwiej dostać go u siebie w mieście. Osobiście nie znam historii ataków na turystów za wschodnią granicą, chociaż wszystko może się zdarzyć.

Choroby to rzecz nieco bardziej delikatna – wszak kwestia ukraińska przewija się chociażby w kontekście niedawnego wzrostu zachorowań na odrę w Polsce. Szczególną uwagę na nią należy zwrócić we Lwowie, który niestety przoduje w liczbie zarażeń. Znowu nie chcę uchodzić za eksperta od wszystkiego – wydaje mi się jednak, że na wschodzie może czaić się więcej chorób, które na zachodzie zostały wyeliminowane. Ale największym zagrożeniem na Ukrainie jest HIV – do którego jeszcze wrócę. Zostaje jeszcze problem przemocy seksualnej, na którą narażeni jesteśmy wszędzie. Oczywiście znacznie częściej dotyka ona kobiet, ale mężczyźni niekoniecznie są wolni od zmartwień.

Wspomniałem już o HIV – to realne zagrożenie dla tych, którzy decyzję o podróży podjęli po lekturze męskich forów internetowych. Ukraina ma najwyższy wskaźnik zachorowań na AIDS w Europie Wschodniej, a sytuacja jest tam generalnie najgorsza na świecie, nie licząc Afryki. Jednym z najmocniejszych obrazów, jakie zapamiętałem z Kijowa, byli zarażeni młodzi ludzie żebrzący na stacjach metra. Niech te słowa będą wystarczającym ostrzeżeniem. A, no i pamiętajcie, że HIV niekoniecznie przenosi się drogą płciową. Należy uważać też na wszelkie studia tatuażu i piercingu, nie mówiąc już o eksperymentach z narkotykami.

Podsumowując, większość terytorium Ukrainy to bezpieczne miejsca dla turystów. Bezpieczne w granicach rozsądku. Jak wszędzie, mogą tam się przydarzyć podróżnicze wpadki i dramaty. Ale każda podróż obarczona jest ryzykiem – niezależnie od tego, czy jedziemy na drugi koniec świata, czy do miasta obok. Ukraina nie jest wyjątkiem. Ale opowieści o kradzieżach czy pobiciach za język polski to margines. Nie zawsze warto ulegać wielkim oczom strachu.

Dodaj komentarz