Czerwone oblicze Berlina

To nie będzie zwykły tekst o Berlinie. Zwykłych tekstów o tej dobrze znanej nam stolicy nie ma sensu pisać – wszak uroki Wyspy Muzeów, spacery na Unter den Linden czy artystyczno-historyczne doznania w East Side Gallery to absolutna klasyka. Ale Berlin to miasto o wielu twarzach. Wydobędę dzisiaj jedną z nich, którą roboczo określę jako architektoniczno-symboliczną spuściznę Berlina Wschodniego. Ale trochę miejsca dla Berlina Zachodniego też się znajdzie. Bo czerwone akcenty przez lata zdołały się do niego przebić – czasem nieśmiało, a czasem wręcz z przytupem.

Wracając do Mińska

Można nie przepadać za dziedzictwem bloku wschodniego, ale te kilkadziesiąt lat pozostawiło naszej części Europy kawałek wspólnej kultury. Weźmy na przykład architekturę. Strzeliste socrealistyczne pałace łączą ze sobą Warszawę, Rygę i Bukareszt, a imperialne plany odbudowy miast lub dzielnic znajdziemy w Mińsku, Kijowie czy Ostrawie. Cały ten socrealizm i socjalistyczny modernizm utożsamiamy oczywiście ze Wschodem, czasem wręcz bezpośrednio z czymś mniej rozwiniętym i mniej demokratycznym. Ale jest co najmniej jedno miejsce, w którym komunistyczna spuścizna okrąża nas od zachodu i każe zadać kilka niewygodnych pytań. Tym miejscem jest stolica Niemiec.

Punktem, w którym Berlin jednoczy się z dziedzictwem bloku wschodniego jest przejście z Frankfurter Allee w Karl-Marx-Allee znane jako Frankfurter Tor. Brama Frankfurcka to krewna wszelkich Wrót Mińska czy Wrót Kiszyniowa. Dwie wieże zapraszają odwiedzających do zgłębienia tożsamości reprezentacyjnej części Berlina Wschodniego – na czele ze słynnym Kinem International i Cafe Moskau. Wszystko to, połączone z niemiecką otoczką, wywołuje poczucie bycia nie na miejscu, obcowania z dziwacznie zakręconą historią Europy. Szczególnie kiedy spacer kończymy na Alexanderplatzu, wśród demonstrujących przeciwko Izraelowi Palestyńczyków i czarnoskórych raperów urządzających freestyle’owe bitwy w cieniu słynnej wieży telewizyjnej.

Powolny zachód słońca nad Bramą Frankfurcką.

A jeśli bardziej od pokazówek interesuje nas codzienność – możemy wybrać się na wschodnie blokowiska lub do świetnie zrobionego Muzeum NRD położonego przy słynnej Wyspie Muzeów. Placówkę doceniają zarówno goście z zachodu, dla których to swego rodzaju egzotyka, jak i goście ze wschodu – którzy z zaskoczeniem spoglądają na swoisty splendor niemieckiego komunizmu.

Berliński Stalingrad i polskie wspomnienia

Dla tych, którzy wolą uciec od miejskiego zgiełku i zaszyć się w jednym z berlińskich parków czerwona strona miasta oferuje miejsce, które przy pierwszej wizycie określiłem mianem niemożliwego. Mowa o Treptower Park, gigantycznym parku-pomniku w dzielnicy Alt-Treptow. Instalacja jest częścią tryptyku autorstwa (między innymi) architekta Jakowa Biełopolskiego i rzeźbiarza Jarosława Wuceticza. Dwie pozostałe części znajdują się w Magnitogorsku i Wołgogradzie – i w drugim przypadku chodzi oczywiście o legendarny pomnik Matka Ojczyzna Wzywa.

Memoriał na Alt-Treptow poświęcony został radzieckim żołnierzom poległym w bitwie o Berlin. Powstał jako ostatni z wielkich pomnik radzieckich, wiosną 1949 roku, a jego forma daleko wykracza poza żołnierskie upamiętnienie. Wielkie skrzydła ozdobione sierpami i młotami prowadzą odwiedzających do przepastnej alei z 16 sarkofagami. Powstało ich tylko ile było wówczas republik radzieckich. Sarkofagi wykończono płaskorzeźbami i okraszono pozłacanymi podpisami Stalina. Wszystko wieńczy 12-metrowa figura radzieckiego żołnierza miażdżącego swastykę z mieczem i uratowanym niemieckim dzieckiem w rękach. Treptower Park to więcej niż pomnik. To symbol zwycięstwa i świeżo ustanowionej dominacji. Symbol całkiem trwały, biorąc pod uwagę to, że dzisiaj utrzymywany jest z budżetu miasta.

Znając komunistycznych propagandzistów łatwo domyślić się, że na jednym parku nie skończyli. Co ciekawe, upamiętnienia w Berlinie Wschodnim doczekali się również polscy żołnierze. Znajdujący się w Parku Ludowym na Friedrichshain monument wzniesiono w roku 1972, kiedy trudne stosunki polsko-niemieckie zaczęły się polepszać. Oryginalnie poświęcono go Ludowemu Wojsku Polskiemu i niemieckim antyfaszystom, ale w latach 90-tych przesłanie rozszerzono na wszystkich polskich żołnierzy i wszystkie odłamy niemieckiego ruchu oporu. Przynajmniej deklaratywnie, bo formę pomnika nadal zdobi orzeł bez korony, któremu w różnych miejscach towarzyszą symbole NRD i Armii Czerwonej.

Trzecim wartym wspomnienia miejscem w dawnym Berlinie Wschodnim jest kompleks na Schönholzer Heide w dzielnicy Pankow. Osobiście nigdy tam nie dotarłem, ale to wielki pomnik-cmentarz poświęcony żołnierzom radzieckim. Zbudowano go w latach 1947-49 i od tamtej pory jest największym rosyjskim cmentarzem poza granicami Rosji. Będąc na Pankow warto zahaczyć o Majakowskiring – serce dawnej dzielnicy rezydencyjnej NRD-owskich oficjeli, gdzie w najlepszych latach reżimu mieszał Erich Honecker i gdzie urzędowali ambasadorowie PRL.

Berlin Zachodni pisany cyrylicą

Niezwykły w swojej formie Treptower Park nie jest jednak niczym zaskakującym biorąc pod uwagę umiejscowienie w Berlinie Wschodnim. Ciekawsza historia kryje się za jego nieco mniej imponującym odpowiednikiem w Tiergarten – a zatem w sercu zachodniej części miasta. Zbudowany już w 1945 roku pomnik znalazł się w sektorze brytyjskim a następnie Berlinie Zachodnim. Jako miejsce upamiętnienia poległych w bitwie o Berlin był jednak ponadgranicznym symbolem, a wartę honorową w okresie zimnej wojny pełnili pod nim żołnierze specjalnie wysłani ze wschodniej części miasta, którym w roli ochroniarzy pomagali im brytyjscy żołnierze. Ochrona została im przyznana nie bez przyczyny. Pomnik stał się nawet celem ataku terrorystycznego, gdy w roku 1970 zachodnioniemiecki neonazista postrzelił kilku Rosjan strzegących pomnika.

Centralna część pomnika na Tiergarten

Na ozdobiony czołgami monument na Tiergarten najłatwiej natknąć się turystom – znajduje się nieopodal Bramy Brandenburskiej i Reichstagu, na drodze łączącej słynny park z dworcem Hauptbanhof. Radzieccy architekci wykorzystali do jego budowy materiał ze zniszczonej Kancelarii Rzeszy. Ten swoisty recykling był oczywiście raczej regułą niż wyjątkiem podczas kreowania nowego ładu symbolicznego w niemieckiej stolicy. Nietrudno zgadnąć, że instalacja do dzisiaj budzi ogromne emocje, wracając co jakiś czas do debaty publicznej i działań niekoniecznie lewicowych wandali.

Komunizm nie tylko autorytarny

Ale berliński komunizm to nie tylko autorytarne radzieckie symbole. Miłośnicy niepokornej historii powinni zajrzeć do parku Tiergarten, gdzie upamiętnieni zostali Karl Liebknecht i Róża Luksemburg, przywódcy nieudanej komunistycznej rewolucji po I wojnie światowej. Luksemburg to zresztą jedna z najpopularniejszych na świecie Polek – chociaż ze względu na swoje poglądy w samej Polsce niekoniecznie jest dzisiaj lubiana. Ci, którzy szukają socjalistycznych wspomnień i nie dość im radzieckich cmentarzy mogą wybrać się na Cmentarz Centralny Friedrichsfelde na wschodnich rubieżach miasta – to z kolei nekropolia poświęcona działaczom socjalistycznym. Kiedyś upamiętnienia wczesnych niemieckich socjalistów były bogatsze, ale parafrazując klasyk, zanim swoje zrobił Stalin, swoje musiał zrobić Hitler. Na Friedrichsfelde znajdziemy zarówno tych, którzy zginęli podczas rewolucji w roku 1919 jak i późniejszych NRD-owskich notabli.

Po wschodniej stronie miasta warto rzucić okiem na potężne popiersie Ernsta Thälmanna w parku na Prenzlauer Berg. Thälmann to przedstawiciel kolejnego, niemniej pechowego, pokolenia niemieckich komunistów. Jako lider Komunistycznej Partii Niemiec zginął w 1944 roku w Buchenwaldzie. Dzisiaj pomnik niszczeje i jest obiektem dość regularnej debaty dotyczącej jego usunięcia – wszak epoka Thälmanna to już epoka stalinowskich ciągot zachodniego ruchu komunistycznego.

A na zakończenie dzisiejszej opowieści największy klasyk (żeby nie było, że zapomniałem!) czyli pomnik Marksa i Engelsa nieopodal kolorowego Alexanderplatzu. Pomnik postawiony został pod Pałacem Republiki, na miejscu którego już wkrótce z powrotem pojawi się Zamek Hohenzollernów. W towarzystwie poważnych sylwetek założycieli komunizmu fotografują się dzisiaj tysiące turystów, a lewicowcy z całego świata dzielą się z filozofami wlepkami przeróżnych organizacji. Często coraz mniej tam radzieckiego stylu rodem z Treptower, a coraz więcej progresywnych postulatów współczesnej lewicy. Radykalne idee się zmieniają, ale pomniki żyją między epokami – chociaż w niektórych krajach zrzuca się z nich nawet demokratycznych opozycjonistów.

PS. Mój wpis zdominowany został przez zimnowojenną historię, ale lewicowy Berlin ma do zaoferowania znacznie więcej niż kilka pomników. Mozaika squatów, punkowych barów i centrów kultury alternatywnej oferowana przez dzielnice takie jak Kreuzberg czy Neukölln przyciąga dziś ludzi z całego świata. A jeśli ktoś chce połączyć wschodnią nostalgię z alkoholem, najlepiej wybrać się do baru Die Tagung, oczywiście po wschodniej stronie Szprewy ?

Międzynarodowe wlepki pod pomnikiem Marksa i Engelsa

Dodaj komentarz