Charków – na tropie podstępnych pomników i znikających murali

Charków to jedno z tych miast, o których prawie każdy słyszał, ale nie każdy wrzucił je na szczyt swojej podróżniczej listy marzeń. Ośrodek ukraińskiej kultury, barwna metropolia, ale też jedno z najważniejszych miast dawnego Związku Radzieckiego. Czego chcieć więcej od celu weekendowego wypadu?

Charków jest miastem o wielu twarzach. Bogatym w instytucje naukowe i kulturalne, ale też fabryki i wyrastające wokół nich blokowiska. Rozwijającym się szybko, ale pod presją odczuwalnych napięć i wyzwań. Młodzieżowym i alternatywnym, ale z sentymentalnym przebiciem. Głośnym, ale pozwalającym też złapać oddech. I pełnym oczywistych i symbolicznych kontrastów, które postaram się Wam przybliżyć.

Charkowski Majdan Konstytucji z Muzeum Historycznym (przeszklony budynek po prawej), Soborem Zaśnięcia Matki Bożej (w tle) i kultową wśród polskich turystów sieciową restauracją Puzata Chata.

Warto pamiętać, że Charków jest całkiem bliski Polakom. Niegdyś był to popularny kierunek wśród studentów z zaboru rosyjskiego, którzy na lokalnych uniwersytetach znajdowali możliwości rozwoju. Przez rok studiował tam nawet Józef Piłsudski. Podczas II wojny światowej miasto się sceną jednej z wielu narodowych tragedii – masowej egzekucji polskich jeńców wojennych. Dzisiaj polsko-charkowskie kontakty to połączenie relacji naukowych, chwil zadumy, ale również dobrej zabawy oferowanej przez miasto rosnącej liczbie turystów. Nie zapominajmy też o wspólnym EURO, po którym pozostało jeszcze nieco dekoracji i imponujący stadion piłkarski.

Na początku zaznaczę, że miałem z Charkowem pewien problem. To jedno z nielicznych dużych miast Europy Wschodniej, które w pierwszej chwili nie przypadły mi do gustu. Przekonywałem się do niego powoli, a niemałą rolę odegrały w tym zawiązane znajomości. To dzięki nim udało mi się zmierzyć z początkowymi rozczarowaniami. I wyjechać z Charkowa przekonanym. Może nie do tego, że to moje ulubione ukraińskie miasto, ale na pewno do tego, że warto zatrzymać się tam na parę długich dni.

Na charkowskiej ulicy.


Niełatwe początki

Moja przygoda z drugim co do wielkości miastem Ukrainy zaczęła się niefortunnie i myślę, że od tych niefortunności warto rozpocząć opowieść. To znaczy najpierw wszystko szło zgodnie z planem. Przylecieliśmy do Charkowa wczesnym popołudniem, ogarnęliśmy kartę SIM, tani transport na Majdan Konstytucji i zabraliśmy się za testowe odkrywanie centrum. Testowe, bo spacer po charkowskim śródmieściu to zabawa na co najmniej kilka godzin. Z Majdanu ruszyliśmy w górę ulicy Puszkińskiej, przy której znaleźliśmy bardzo przyjemny hostel. Nie jest to może trasa tak reprezentacyjna jak ulica Sumska, ale skrywa co najmniej kilka perełek. Na dobry początek wypatrzyłem wyróżniający się gmach Synagogi Tempel, spod którego poszliśmy pod kolejny już w Ukrainie pomink Puszkina. Bo przecież nie wszyscy Rosjanie spadają tu z cokołów. Zbliżając się do celu natrafiliśmy na plac z wystawą makiet „Siedem cudów Charkowa”, na którym para młoda robiła sobie zdjęcie ślubne. Na wybór scenerii wpłynęły zapewne nie tyle makiety, co znajdujący się nieopodal Pomnik Zakochanych. Wszystko było na swoim miejscu.


Korzystając z tego, że udało nam się szybko uwolnić od bagaży, postanowiliśmy odwiedzić kilka leżących w pobliżu muzeów… i tutaj zaczęło się moje starcie z Charkowem. Kilka razy po prostu odbiliśmy się od drzwi mimo odwiedzin w godzinach pracy (przypomnę tylko, że to było jeszcze przed pandemią). No nic, zdarza się. Przegięcie nastąpiło jednak w Muzeum Sztuk Pięknych, gdzie pomimo zarezerwowania blisko godziny na zwiedzanie (nie chcę być niemiły, ale z mojej strony to dużo dla galerii sztuki na Wschodzie nie będącą, no nie wiem, Tretiakowską) nie udało nam się obejrzeć niczego w spokoju.

Dawno nie czułem się tak niemile widziany w jakimkolwiek muzeum – począwszy od problemu z zakupem biletów, po bycie dosłownie wyganianym z wystawy na 15 minut przed zamknięciem z komentarzami „na to potrzeba więcej czasu…”. No dobrze, kurwa, to może dajcie mi chociaż te 15 minut, które jeszcze mam według godzin otwarcia? Doktoratu z ukraińskiego malarstwa nie piszę, a chciałem po prostu rzucić okiem na lokalną sztukę… Nieraz wchodziłem już do muzeów na krótko przed ostatnim wstępem i udawało mi się tam spędzić czas miło i produktywnie. Jak się już pewnie domyślacie, pomimo bogactwa charkowskiej kolekcji sztuki, nie jestem w stanie powiedzieć, czy w muzeum jest coś wybitnie godnego uwagi. No może poza drugą, niedokończoną wersją słynnego obrazu „Kozacy piszą list do sułtana” pędzla Ilji Riepina.

Puszkin to niejedyny pisarz upamiętniony przy ulicy jego imienia. Na zdjęciu pomnik Mychajła Kociubińskiego, a w tle kawałek przyjemnej dla oka charkowskiej architektury.


Zdenerwowany (chociaż po moim koledze to spłynęło i szybko przeszliśmy do porządku dziennego) postanowiłem odbić sobie resztę wieczoru wizytą pod charkowskimi klasykami. Udaliśmy się na Plac Wolności, przy którym znajduje się kultowy gmach Dzierżpromu, jedna z perełek radzieckiego konstruktywizmu rozwijanego w dwudziestoleciu międzywojennym. Dzierżpromowi towarzyszą ustawione naprzeciw siebie monumentalne budynki Charkowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Karazina. W optymalnych warunkach centralny plac Charkowa jest jednym z najbardziej imponujących w Europie. Pech chciał, że znowu było jakoś tak… niesatysfakcjonująco. Bo zamiast widoków ze zdjęć przywitały nas wielkie prace budowlane. A zatem trzeci co do wielkości wielkości plac na świecie również nie rzucił mnie na kolana. Trzeba było uciec się do alternatywnych metod zwiedzania.

Zupełnie serio nie zrobiłem żadnego panoramicznego zdjęcia Dzierżpromu. Co ze mnie za turysta? Cóż, w zamian wrzucam kawałek tej modernistycznej perełki i młodzieńców, którzy zapraszają do jej zwiedzenia 😉 Słowo o Dzierżpromie jest jednak wskazane – bo w momencie powstania (rok 1928) budynek był najwyższym drapaczem chmur w ZSRR i jednym z najwyższych w Europie. Wysoka na 68 metrów bryła stała się symbolem stolicy Ukraińskiej SRR, którą Charków był do roku 1934.


Charków wyjaśniony

Rozczarowani pierwszym spotkaniem z miastem poszliśmy na piwo i to był strzał w dziesiątkę na drodze do odczarowania złego wrażenia. Otworzyła się przed nami inna strona miasta, bo turyści w Charkowie wciąż budzą zainteresowanie, a to ułatwia poznawanie miasta oczami jego mieszkańców. Swoją drogą, pierwsze pytanie, jakie dostałem po wyoutowaniu się jako polski turysta, brzmiało „HMM, SEKSTURYSTYKA?”. Żarty żartami, ale mam nadzieję, że tego nie robimy?

Kilka godzin przy barze w jednej z knajp z kraftowym piwem (Charków jest w tej kwestii bardzo europejski) pozwoliło nam zapomnieć o wcześniejszych niepowodzeniach. Dowiedzieliśmy się sporo o pracy i studiach w Polsce, problemach współczesnej Ukrainy i kolegach ze szkolnej ławki, którzy zginęli pod Donieckiem. Bo nikt nie mówił, że będzie łatwo i przyjemnie – Charków leży dość blisko linii frontu w Donbasie, a swego czasu bez powodzenia próbowano tu nawet powołać Charkowską Republikę Ludową. Istniała jeden dzień i ograniczyła się do jednego budynku, Administracji Obwodowej przy Placu Wolności. Miasto, chociaż dominuje w nim język rosyjski, bez większych rozterek pozostało jednak przy Ukrainie. Dzisiaj to kolejne miejsce, w którym bliskość działań wojennych objawia się turystom nagle i bez kompromisów. Czasem w formie zbiórek dla potrzebujących, czasem w formie powiewających czerwono-czanych flag ozdabiających karykatury Putina.

Poznani charkowianie pozwolili mi nie tylko dostrzec to, co na wierzchu, ale też ukryte miejskie historie. Ukryte niczym kolo traktoru wkomponowane między rzeźby na pochodzącym z czasów Stalina pomniku Tarasa Szewczenki. Charkowski Taras nie jest sam, bo towarzyszą mu zarówno postacie z własnych dzieł, jak i podarowani przez rzeźbiarza bohaterowie komunistycznego uniwersum. Podobno ten, kto wypatrzy wspomniane koło w gąszczu zdobiących statuę postaci, znajdzie miłość życia, bądź powróci do Charkowa na stałe. Sprytnie, bo wcale nie jest to takie trudne… A jeśli zdarzy nam się jedno i drugie, to pozostaje tylko wybrać się na Most Zakochanych, który przypomina o tym, że chociaż miasta Europy szczycą się wieloma osobliwościami, to pewna dawka powszechnych motywów musi się zawsze zgadzać.

A to wspomniany Szewczenko i towarzyszący mu kołchoźniko-hajdamacy.

Miasto oczami charkowian to oczywiście nie tylko plusy. Nasłuchałem się sporo o kultowym targowisku Barabaszowo, którego co prawda nie udało mi się ostatecznie odwiedzić, ale na którym podobno lepiej mieć się na baczności. Usiedliśmy na spokojnie do smutnej analizy kosztów wynajmu mieszkania w Charkowie i Poznaniu, które wydały nam się podobne, chociaż zarobki już niekoniecznie takie są. Cóż, przynajmniej jedni i drudzy mogą zaoszczędzić na wyjazdach na Krym – ot kolejna niewesoła konstatacja. Nie obyło się też bez wspomnień, bo snując się nocą po charkowskich osiedlach widziałem na własne oczy jak oblodzone drogi i odrobina wschodniej brawury pomagają kierowcom jednym prostym ruchem przelecieć przez całe torowisko tramwajowe.

Po niefortunnym turystycznym początku potrzebowałem właśnie tego podróżniczego zanurzenia, by „poczuć” Charków. Na szczęście Europa Wschodnia i podróżnicze zanurzenie to często synonimy. Wystarczy otworzyć się… a nawet nie otworzyć, po prostu dać się zagadać – i nietrudno zyskać szerszy obraz oglądanego świata namalowany słowami nowych znajomych. A skoro zdążyłem już zdenerwować się na Charków i pogodzić z nim – to pora na kilka wskazówek dla tych z Was, którzy zastanawiają się co warto zrobić mając kilka dni w tej ukraińskiej metropolii. Nie przedłużając, podrzucę Wam trzy inspiracje.


Charków historyczny

Istnieje co najmniej jeden powód, by będąc w Charkowie wydostać się na chwilę za miasto. Nie jest to, niestety, powód radosny. Daleko na północnych przedmieściach znajduje się Cmentarz Ofiar Totalitaryzmu, na którym spoczywają ofiary działań NKWD w latach 1937-40. Wśród nich najwięcej jest polskich oficerów i cywili zamordowanych podczas II wojny światowej. Cmentarz ten jest w Polsce dość znany ze względu na „legendarną” wizytę prezydenta Kwaśniewskiego w 1999 roku. Głowa państwa oficjalnie cierpiała wówczas na problemy z nogą – ale po latach okazało się, że rację mieli ci wskazujący raczej na problemy z ilością spożytego alkoholu.


Znacznie przyjemniejszym akcentem jest najzwyklejsze w świecie zatopienie się w klimat śródmieścia i charkowską architekturę. Coś dla siebie znajdą tam między innymi fani socrealizmu, bo miasto zostało poważnie zniszczone podczas II wojny światowej, a odbudowa mogła wówczas przybrać tylko jedną formę. Spacer reprezentacyjną ulicą Sumską i jej okolicami (warto pofatygować się na ulicę Darwina) to zabawa na kilka godzin, podczas których po prostu jest na czym zawiesić oko. Od XIX wiecznych kamienic, poprzez modernistyczny Dzierżprom, aż po socrealistyczne gmachy, na których wbrew deklaracjom (i ukraińskiemu prawu?) wciąż widnieją sierpy i młoty. Nie będę może wnikał w te symboliczne ciekawostki – pozwolę Wam odkryć je na własną rękę.

Dekomunizacja? Jasne, chętnie, ale tak na 50%, bo nie ma przecież sensu przebudowywać metra 😉

Historyczne zawiłości często objawiają się w zaskakujących miejscach. Bo na przykład łatwo przeoczyć fakt, że jeden z najpiękniejszych symboli miasta, fontanna „Lustrzany Strumień”, powstał w epoce głębokiego socrealizmu i jest w rzeczywistości sprawką… komunistów! Tuż po II wojnie światowej okolice dzisiejszej fontanny wyglądały nieco inaczej – znajdował się tam bowiem parking dla trolejbusów. Legenda głosi, że fontanna powstała z inicjatywy wysoko postawionego partyjniaka jako prezent dla ukochanej. Istnieje też konkurencyjna geneza Lustrzanego Strumienia. Otóż podobno za jego budową stoi niejaki Nikita Chruszczow, który wyglądając za okno biura lokalnego komitetu partii miał stwierdzić, że nie podoba mu się istniejąca tam zajezdnia… Niezadowoleniu przyszłego Pierwszego Sekretarza zaradzono, stawiając na wskazanym miejscu Pomnik Zwycięstwa i fontannę. Do naszych czasów przetrwała tylko ta druga, bo sowiecki memoriał całkiem niedawno zastąpiono cerkwią. Wybór bardziej atrakcyjnej wersji historii Strumienia zostawiam Wam. 😉

Ci, którzy szukają historii w formie bardziej skondensowanej, powinni wybrać się do Muzeum Historycznego. Znajdujący się na środku Majdanu Konstytucji gmach cały czas jest w budowie, ale dla odwiedzających udostępniono kilka sal z wystawą stałą i wystawami czasowymi. Jest tam o czym poczytać choćby z tego powodu, że Charków był areną ciężkich walk podczas II wojny światowej. Mniej wkręconych w historię zaciekawią pewnie wystawione pod muzeum czołgi. A jeśli muzeów potrzeba Wam w liczbie większej niż jedno – to warto rzucić okiem na Muzeum Literatury i Muzeum Holokaustu. To pierwsze jest ładnie zrobione, ale trzeba znać ukraiński, żeby wszystko ogarnąć. Drugie niestety było zamknięte (co za zaskoczenie!), ale zaintrygowało mnie swoim położeniem – tak jakby w normalnym w domu w jednej z kamienic.


Charkowskie historie to też detale, zaklęte w pomnikach i tablicach. Zawsze warto poświęcić chwilę takim miejscom – chociaż może lepiej uważać na ukryte w nich koła, jeśli nie planujemy zostać w Charkowie na resztę życia. 😉 Ach, zapomniałbym – miłośnicy sowieckich pomników mogą w drodze na Cmentarz Ofiar Totalitaryzmu zatrzymać się przy Kompleksie Pamięci „Sława”, który wychyla się zza drzew gdzieś w połowie drugi między centrum a nekropolią.

Charków ekscentryczny


Nie warto jednak zamykać Charkowa w samej tylko historii. Jako jeden z największych ośrodków naukowych i kulturalnych Ukrainy, miasto dotrzymuje kroku europejskim metropoliom i może zaoferować wiele tym, którzy poszukują alternatywy we wschodnim wydaniu. Zimą życie (w tym życie nocne) miasta jest co prawda naturalnie przystopowane, ale nawet przez tę aurę przebija się mieszanka stylów, kultur i pomysłów na przyszłość. Jestem zdania, że wszelka alternatywa to coś, w co ciężko wsiąknąć turystom. Jest ona przynależna raczej mieszkańcom, którzy stają się jej częścią poprzez współtworzenie. Ale nawet jeśli do Charkowa wybieramy się na kilka dni, to nic stoi na przeszkodzie, by wrócić stamtąd bogatszym o parę unikalnych doświadczeń i wspomnień.

Jeszcze jedno zdjęcie historycznego Charkowa – zabytkowa ulica Darwina.

Wśród mocnych stron Charkowa często bywa wymieniany street art. To trochę klisza, bo Kijów i parę innych miast również postawiło na sztukę uliczną. Ale charkowska scena ma za sobą co najmniej jedną elektryzującą historię. Najsłynniejszy lokalny artysta-partyzant ma na imię Hamlet i stał sie sławny dzięki muralom malowanym w totalnie nieoczywistych miejscach. Jego sztuka to coś w stylu dodawania filozoficznej wartości do śmietników, transformatorów energetycznych czy pustych ścian. Co ciekawe, o muralach Hamleta Zinkowskiego dowiedziałem się poprzez… brak jednego z nich. Za tym brakiem kryje się historia zamazania jego dzieła, skądinąd jednego z najpopularniejszych, które mieściło się na ścianie budki z transformatorem przy ulicy Gogola 2a. Pewnego dnia jeden z okolicznych mieszkańców zniszczył mural twierdząc, że jest on schizofreniczny (napis na malunku głosił „Myślę, że odnalazłem siebie… mam nadzieję, że go nie stracę”). Najwyraźniej społeczność sąsiedzka oceniła Hamleta surowiej niż krytycy sztuki. Rozgorzała wielka dyskusja, a kawałek ściany stał się wkrótce polem ciągłych zamalowań i wymiany inwektyw między zwolennikami artysty a lokalsami. Walka przeniosła się do Internetu i mediów, a niektórzy nazywali ją idealnym odmalowaniem międzypokoleniowych napięć w ukraińskim społeczeństwie. Sam artysta zastanawiał się nawet nad odtworzeniem muralu. Do czasu mojej wizyty nic takiego jednak nie nastąpiło, ale twórczość Zinkowskiego można podziwiać w kilkudziesięciu innych miejscach Charkowa.

A skoro już mówimy o szeroko pojętej ekscentryczności, to warto wspomnieć o jednym muzeum. A mianowicie Badawczym i Edukacyjnym Muzeum Kultur Seksualnych Świata, które na pierwszy rzut oka może robić wrażenie miejscówki ekscentrycznej. W praktyce podejście do tematu jest bardzo naukowe, a odrobina edukacji seksualnej to ciekawa odskocznia od innych muzealnych zbiorów. Zwiedzać można na własną rękę albo z wykładem przewodniczki. Muszę przyznać, że bawiłem się tam lepiej niż w mniej poważnym Muzeum Seksu w Amsterdamie, z którego nie zapamiętałem zbyt wiele. Na liście muzeów do odwiedzenia miałem też kilka innych ciekawych placówek – m.in. wspomniane już Muzeum Morskie, które wydało mi się szalenie ciekawe ze względu na odległość dzielącą Charków od morza. Albo Muzeum Kawy. Ale o tym jak było z muzeami już Wam opowiedziałem. No cóż, może następnym razem?

Muzeum Kultur Seksualnych znajduje w klimatycznej willi pośrodku zabudowań. Okolica zdecydowanie dodaje mu kilku punktów w rankingu ciekawostek.


Charków zielony

Pewnego popołudnia wybrałem się do gorąco polecanego przez charkowian Parku Gorkiego i gdybym miał wskazać moment, w którym zacząłem „czuć” to miasto, to umieściłbym go właśnie tam. Zrozumiałem, że Charków jest dla podróżnika w pewnym sensie miastem kompletnym. Oferuje zachwyty i zastanowienie, przyspieszenie i spokój. Charkowskie parki to mniej lub bardziej zorganizowany spokój. Tutaj, u Gorkiego, albo kawałek dalej, w nieco bardziej dzikim Sarżynym Jarze. Co więcej, oba miejsca połączone są kolejką linową, która urosła do rangi kultowej atrakcji. Ja niestety nie miałem okazji się nią przejechać.

Centralny Park Kultury i Wypoczynku im. Maksyma Gorkiego to dumny reprezentant wszystkiego, co dla parków w tej części Europy typowe. Polecając to miejsce zdaję sobie sprawę, że zimą dostałem tylko jego wersję demo. Goście znajdą tam wesołe miasteczko, wesołe knajpki i wesołe pomniki, wśród których można usiąść ze znajomymi. Albo z książką, a to rodzaj uspokojenia tempa wyjazdu, w którym osobiście gustuję.

Miejskiej zieleni w Charkowie jest więcej, a mnie najzwyczajniej w świecie nie starczyło czasu i sił, by dotrzec w każde rekomendowane miejsce. Bez wątpienia mogę jednak polecić Charków tym, którzy miejski city break lubią połączyć z odpoczynkiem na łonie natury.


Charkowskie podsumowania

Po industrialnym Zaporożu i muzealnym Dnieprze, Charków okazał się miastem, które wciąga turystę swoim potencjałem społeczno-kulturowym. Oczywiście wielki przemysł wciąż jest tam obecny, ale w przeciwieństwie do biegania wokół zaporoskiej huty, tym razem nie zdecydowałem się wyjść mu naprzeciw. Gdybym miał powiedzieć za co najbardziej polecam Charków, to byłaby to możliwość swobodnego zagłębienia się w osobliwości miasta.

Pomnik Ukrainy na Majdanie Konstytucji. W tle widać gmach Soboru Pokrowskiego.

No i tradycyjnie już, potencjał edukacyjny. Chociaż burzliwe losy współczesnej Ukrainy dotykają Charków bezpośrednio, to nie są w stanie zatrzymać jego mieszkańców. Nawet jeśli ceną przemian jest zerwanie wielu kontaktów z leżącą tuż za miedzą Rosją. Bo pod względem politycznych napięć to ona jest tam bliższa niż Donbas, z którym „graniczy” raczej Dniepr. Cóż, może w epoce WizzAira miasto doczeka się w zamian fali zagranicznych gości? Nie sądzę, by tak było, ale owych gości do wizyty gorąco zachęcam.

Komu w drogę, temu czas. Charkowski dworzec to też perełka architektury.


Jedna myśl na temat “Charków – na tropie podstępnych pomników i znikających murali

Dodaj komentarz