Białorusin Kościuszko i polska okupacja. Podróżnika spotkania z historią #2

Jakiś czas temu mignęła mi zabawna wymiana zdań pomiędzy Muzeum Historii Białorusi a ambasadą Rosji w Mińsku. Krótka sprzeczka miała miejsce na Instagramie i dotyczyła Tadeusza Kościuszki. Ci pierwsi napisali, że Kościuszko był bohaterem czterech narodów, na co drudzy odpisali „Polski, USA i kogo jeszcze?”. Po szybkim wyjaśnieniu wątpliwości pracownicy ambasady wytknęli Białorusinom historyczną niewiedzę. Dyskusja, którą rozpętali, przeciągnęła się do blisko siedmiuset komentarzy i niekoniecznie została wygrana przez Rosjan, a jej początek przypomniał mi o tym, jak przed kilkoma laty sam odkryłem, że Kościuszko nie był takim Polakiem, za jakiego wcześniej go uważałem.

Między innymi o tym będzie ten tekst. A oprócz tego poszukam odpowiedzi na pytanie, czy 17 września dalej bywa uznawany za wyzwolenie Białorusinów i Ukraińców. Jedni stwierdzą, że tak. Drudzy, że nie, bo i tak byli wcześniej pod polską okupacją.  

Nie mamy pańskiej wojny i co pan nam zrobi?

Wybierając się do Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Mińsku byłem przede wszystkim zainteresowany narracją o punktach spornych. A konkretnie jednym punkcie spornym, czyli wydarzeniach z 17 września 1939 roku. Nie od dziś wiadomo, że miała wtedy miejsce bohaterska operacja Armii Czerwonej, która zajęła wschodnie ziemie nieistniejącej już Polski w celu ochrony zamieszkujących je Ukraińców i Białorusinów. I nieważne, że Polska broniła się (przynajmniej formalnie) do początku października, a Moskwa chwilę wcześniej zupełnie przypadkiem podpisała jakiś tam pakt z Niemcami. Najbardziej absurdalne w tej wizji kampanii wrześniowej jest to, że niektórzy cały czas brną w jej utrzymywanie, a tysiące ludzi nadal im wierzą.

Poszukiwanie informacji o 17 września w muzeach II wojny światowej ma ten plus, że nie trzeba szukać daleko. Rzeczywiście, mińska wystawa zaczęła się od kampanii wrześniowej. A przecież wcale nie musiała, bo celebrowana za Bugiem Wielka Wojna Ojczyźniana zaczęła się 22 czerwca 1941 roku. Ekspozycja w tym miejscu stanowi w zasadzie kolaż zdjęć i gazet z epoki. Zaczynamy od 1 września i niemieckiej agresji na Polskę. Następnie dowiadujemy się więcej o niemiecko-radzieckim pakcie o nieagresji i jego realizacji. Głównym źródłem staje się tutaj „Prawda”, co sprawia, że wystawa sama w sobie przedstawia radziecki punkt widzenia. Reszta to oczywiście kwestia opowieści przewodnika i dalszych interpretacji. Żałuję, że tej placówki akurat nie udało mi się zwiedzić z przewodnikiem, ale coś czuję, że jeszcze tam wrócę. Trzeci akt dramatu to opowieść o wyzwoleniu Białorusi. Uśmiechniętemu Stalinowi towarzyszą tutaj fotografie ukazujące triumfalne wejścia Armii Czerwonej do Tallinna i Rygi. Oprócz tego dostajemy mapę Białoruskiej SRR. I tyle. Narracja, której można było się spodziewać. Chamska propaganda nie jest wciskana o tyle, że zamiast wyłożonych kawa na ławę informacji dostajemy fotografie i wyrywki z gazet. Ale postępów w rozliczeniach z przeszłością również dostrzec tam nie można. Oczywiście jakichkolwiek sugestii o tym, że było coś takiego jak zbrodnia katyńska, również w mińskim muzeum nie znajdziemy.

Uzupełnieniem muzealnych doświadczeń były dla mnie rozmowy o przeszłości z Białorusinami, chociaż podchodzę do takich rzeczy oszczędnie, bo wbrew pozorom niespecjalnie lubię rozmawiać o historii. Swego czasu próbowałem się zorientować w tym, jak II wojna światowa jest tam przedstawiania w edukacji. Z tego co udało mi się dowiedzieć, narracja wygląda całkiem podobnie. Spod płaszcza betonowych nauczycieli i podręczników przebijają się narracje przeciwne, do których potrzebna jest jednak chęć alternatywnego odczytania tradycji.

Polscy Białorusini czyli dzielenie bohaterów narodowych

Bycie wychowanym w jakiejś konkretnej tradycji literackiej czy historiograficznej sprawia, że zadajemy mało pytań o rzeczy oczywiste. Takie jak na przykład narodowość Tadeusza Kościuszki. Bo wiadomo, że to wielki Polak i bohater dwóch narodów – polskiego i amerykańskiego. Tylko co jeśli okaże się, że Kościuszko jest bohaterem… czterech narodów? Ja to zaskoczenie przeżyłem w Muzeum Historii Białorusi, ale żeby zachować chronologię w moich przemyśleniach o narodowych powiązaniach bohaterów urodzonych za Bugiem, zacznę od wizyty w Nowogródku.

Zdarza nam się uśmiechnąć na myśl o serbsko-chorwackiej walce o Nikolę Teslę, ale z perspektywy trzeciej osoby tak samo wygląda pewnie polsko-litewska dysputa o narodowości Adama Mickiewicza. Jedni twierdzą, że Adam Mickiewicz to ich wiesz narodowy i najprawdziwszy Polak, inni z kolei widzą w tej postaci Adomasa Mickevičiusa, wielkiego litewskiego literata. Mecz ten jest rozgrywany w zasadzie do trzech bramek, bo w grze są jeszcze Białorusini, dla których Адам Міцкевіч był wielkim poetą pochodzenia białoruskiego. Pomniki Mickiewicza to stały element białoruskich miasteczek, a podczas niedawnych protestów autor Pana Tadeusza stał się nawet jednym z symboli wykorzystywanych przez opozycjonistów. W nowogródzkim dworku Mickiewiczów, który obecnie pełni rolę muzeum, byłem dwukrotnie i jeśli czegoś mogę być pewien to tylko tego, że tamtejsza wystawa jest absolutnie przeciętna. Muzeum Mickiewicza nie jest jakoś wybitnie „narodowe” – jest to raczej standardowa wystawa pamiątek, na której znalazło się nawet miejsce na małą ekspozycję poświęconą lokalnej kulturze. Przy samym wyjściu znajduje się kolekcja dzieł Mickiewicza przetłumaczonych na różne języki i myślę, że to jest bardzo ładne symboliczne podsumowanie jego znaczenia. Na marginesie dodam, że podczas pierwszej wizyty uderzyło mnie to, że obsługa nie mówiła po polsku. W sensie, dogadanie się po polsku na Białorusi jest banalnie proste, a tam akurat musiałem przejść na rosyjski. Strasznie dziwna sytuacja w miejscu, w którym przecież można by mieć na uwadze międzynarodowe powiązania lokalnego bohatera. Ale może obsługa miała akurat gorszy dzień, albo niedogadanie zdarzyło nam się przypadkowo. Za drugim razem wszystko było już okej.

Pomnik Adama Mickiewicza w Mińsku.

Znacznie większe zaskoczenie przeżyłem, gdy na wystawie wspomnianego już muzeum w Mińsku przeczytałem o Kościuszce jako o Białorusinie z pochodzenia. W pierwszej chwili pomyślałem, że to kolejny element walki o odzyskiwanie bohaterów narodowych, która często przybiera postać przeciągania liny. Ale zaraz później poszukałem trochę informacji i zdałem sobie sprawę, że to ja byłem w błędzie, a Białorusini jak najbardziej mają rację. Bo Kościuszko Białorusinem był – pochodził z ruskiego rodu szlacheckiego i przyszedł na świat na terenie dzisiejszej Białorusi. Oczywiście wtedy nie było jeszcze mowy o takim kraju, ale przecież podział narodowy to bardzo świeża koncepcja. Przywódca insurekcji został już wtedy opisany jako bohater czterech narodów, bez wymazywania pozostałych powiązań. Bardzo spodobała mi się ta opowieść. Tym bardziej, że mówimy o niezwykle zasłużonej i wyprzedzającej swoją epokę postaci. Jedynie co to nie mam pojęcia, dlaczego został określony jako bohater Francji, a nie Litwy. Warto wspomnieć, że zdarzało nam się z Białorusinami o Kościuszkę kłócić. Kilka lat temu ci drudzy próbowali postawić Tadeuszowi pomnik w szwajcarskiej Solurze. Napis na pomniku miał głosić „Wybitnemu synowi Białorusi od wdzięcznych rodaków”. Polacy oprotestowali ten pomysł, a spór zakończył się polubownie – w opisie nie pojawiły się żadne sugestie dotyczące narodowości Kościuszki.

Jest jeszcze trzeci przykład człowieka, do którego przyznać mogłoby się kilka krajów, ale jakoś nikt poza białoruskim rządem nie chce. Mowa o potomku polsko-litewskiej szlachty, Feliksie Edmundowiczu Dzierżyńskim. Sprawa z nim jest o tyle prostsza, że mamy tu jeszcze do wyboru kategorie „bolszewik” i „rewolucjonista”, która w wygodny sposób ścierała narodowe tło w tyglu etnicznym jakim była carska Rosja. Swoją drogą Dzierżyński, jeszcze zanim poznał Lenina i zapracował na pseudonim „Krwawy Feliks”, był jak najbardziej polskim działaczem robotniczym i jednym z przywódców SDKPiL podczas Rewolucji 1905 roku.

Co zrobić z tym kalejdoskopem narodowości i tożsamości? Dla mnie morał jest prosty i pouczający – warto mieć na uwadze to, że identyfikacje narodowe w naszej części Europy są nieco bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje. I chociaż litewskie pretensje do Mickiewicza mogą nam się wydać śmieszne, to przecież można zaakceptować międzynarodową uniwersalność pewnych postaci. A już na pewno warto czasem spojrzeć poza wpojone nam postrzeganie historycznych granic. Ciekawym doświadczeniem była dla mnie lektura Przewodnika po Mieście Słońca, interesującego nie-przewodnika po Mińsku autorstwa Artura Klinaua. Za każdym razem, gdy Klinau opisywał historie z czasów RON, miałem wrażenie że pisze o jakimś obcym kraju. A przecież pisał o tym samym, tylko z perspektywy innego narodu zbudowanego na terenie tej wieloetnicznej mozaiki. Inna sprawa, że czymś innym jest walka o wyłączne prawa do jakiejś postaci czy tradycji, a czymś innymi opowiadanie o bohaterach kilku narodów, które moim zdaniem może nam tylko pomóc.

Polska okupacja? Jedna z trzech, mieliśmy też nazistowską i radziecką

Wizyta we Lwowie może obfitować w przykre momenty dla zainteresowanego historią i społeczeństwem polskiego turysty. Nie mam tutaj na myśli tylko Polaków nastawionych nacjonalistycznie bądź z innego względu uważających Kresy za ziemie należne Polsce – oni we Lwowie mogą dostać wręcz szczękościsku. Źródłem przykrości, o której piszę, jest występujące w niektórych miejscach łamanie zwykłej przyzwoitości w prowadzeniu narracji historycznej. Ale zacznijmy od podstaw.

Zachodnia Ukraina jest zdecydowanie najbardziej prawicową częścią kraju, chociaż wobec praktycznego nieistnienia tam lewicy lepiej napisać – najbardziej nacjonalistyczną. Lwów nie jest wyjątkiem, a kult UPA bywa sankcjonowany decyzjami rady miasta. Nieopodal lwowskiego dworca znajduje się zresztą wielki pomnik Stepana Bandery, ideologa ukraińskiego nacjonalizmu i ojca chrzestnego oddziałów odpowiedzialnych za rzeź wołyńską (on sam siedział w tym czasie w niemieckim obozie koncentracyjnym). Rzeź wołyńska i uznanie jej za ludobójstwo przez Ukrainę to zresztą kolejny temat rzeka, a problemy zaczynają się już na poziomie terminologii – druga strona wciąż proponuje opowieść o „tragedii wołyńskiej”, a słowo „rzeź” nie każdemu przechodzi przez usta.

Jednym z miejsc walki o historię jest lwowskie więzienie przy Łąckiego. To bardzo ważne miejsce pamięci, które było używane jako miejsce kaźni zarówno przez NKWD jak i Gestapo, a jeszcze wcześniej było w użyciu za Sanacji. Mój problem z wystawą przy Łąckiego dotyczy jej angielskiego opisu, z którym miałem okazję się zapoznać i z którym nijak nie mogłem się zgodzić. Dowiadujemy się tam, że więzienie było używane przez „polski, niemiecki i sowiecki reżim okupacyjny”. Muszę przyznać, że w tym miejscu mnie zmroziło. Nie ulega wątpliwości, że relacje polsko-ukraińskie w II RP, szczególnie za Sanacji, nie układały się zbyt poprawnie, ale postawienie polskiej władzy w jednym rzędzie z III Rzeszą i ZSRR jest absurdem. O ile można jeszcze przewrotnie powiedzieć, że z perspektywa UPA naziści nie byli wcale tacy źli, to Sowieci są przecież dla nich ucieleśnieniem największego zła. Kawałek dalej znajduje się co prawda doprecyzowanie, że „polska okupacja” (użycie terminu okupacja jest w ogóle mocno kontrowersyjne) nie była tak ostra jak dwie późniejsze, a państwo polskie ograniczało się do wtrącania do więzienia ukraińskich działaczy narodowych, ale wiadomość idąca w świat jest mniej skomplikowana. Inna sprawa, że w całej tej narracji gubi się fakt, że przecież przy Łąckiego ginęli też Polacy – opowieść skupiona jest na prześladowaniach ukraińskiego ruchu narodowowyzwoleńczego. Nie pamiętam już szczegółów wystawy i miejsca Polaków wśród ofiar, ale może ktoś z Was ma lepszą pamięć i sprostuje ten fragment.

Kawałek dalej trafiłem na wystawę poświęconą żołnierzom UPA. Jeden z nich wspomina „Moja babcia była absolutną patriotką. Nienawidziła Polaków, a Rosjan miała za cynicznych morderców. Snuła dużo opowieści, miała wspaniałą wiedzę historyczną”. Czekajcie, co? Nie no, wyborrny wzorzec patriotyzmu. Żeby było jasne – taki kwiatek pojawia się tam bez jakiegokolwiek wyjaśnienia i jako element wystawy prezentującej w domyśle żywoty bohaterów, a jeśli nie bohaterów to na pewno ofiary wrogiego systemu. Ktoś inny żali się „Tak naprawdę nie miałem ani jednego szczęśliwego dnia. Wiecie, byłem więziony przez 25 lat. Byłem dowódcą, pułkownikiem UPA”. No szkoda, szkoda. Dla czystego sumienia zamieszczę tutaj mały osobisty przypis (może to dlatego tracę lajki na fejsie?) – w Polsce również ostro sprzeciwiam się gloryfikacji postaci i jednostek mających na koncie zbrodnie, szczególnie, że mamy naprawdę wiele wspaniałych i niekontrowersyjnych bohaterów i bohaterek czekających na swoje miejsce w panteonie.

Ukraina jest w ogóle pełna niezbyt historycznych wstawek rozsianych po muzeach i innych miejscach pamięci. To zdecydowanie mój ulubiony kraj do wyłapywania zabawnych przedstawień przeszłości, a przecież mamy jeszcze w Europie wiecznie zwaśnione Bałkany i kilka innych państw postradzieckich. Broń Boże nie jestem jednym z tych, którzy odmawiają Ukraińcom prawa do własnej historii i tożsamości, ale jeśli one mają być budowane na wynoszeniu na ołtarz zbrodniarzy i buncie wobec zdrowego historycznego rozsądku, to ja wysiadam. Najgorsze, że w Polsce idziemy czasem ścieżką ukraińską, zamiast wykazać trochę refleksji i dojrzałości. Ale może uda się to jeszcze odmienić.

Dodaj komentarz