Białoruś na majówkę – przewodnik praktyczny

Białoruś na majówkę – przewodnik praktyczny

Powoli zbliża się ten czas, kiedy zadajemy sobie pytanie o własne plany na weekend majowy. Rzeczywiście, w tym roku warto pomyśleć o czymś większym, bo czeka nas ostatnia pięciodniowa majówka na przestrzeni paru lat, oczywiście zakładając brak nadmiernego kombinowania z urlopami. Planując własny wyjazd odświeżyłem sobie poprzednie i chciałbym podzielić się z Wami zarówno wspomnieniami, jak i opisanymi w bardziej przewodnikowej formie pomysłami na spędzenie kilku majowych dni w Białorusi. To dla nas kraj wciąż odległy, chociaż sąsiedzki. Diabeł nigdy nie jest jednak tak straszny jak go malują, a Białoruś to naprawdę wspaniały kraj, który warto jak najszybciej odwiedzić. No to zaczynamy!

1. Wizy, albo raczej jak wjechać do Białorusi?

Białoruś systematycznie otwiera swoje granice dla podróżnych. Dzisiaj możemy zwiedzić cały kraj praktycznie bezwizowo. Wszystko ma jednak swoje plusy i minusy, a bezwizowe opcje nie oznaczają, że wiza jest zupełnie nieopłacalna. Zasadniczo możemy dzisiaj przekroczyć granicę białoruską na trzy sposoby. Bez wizy w określonych strefach przygranicznych, bez wizy samolotem i z wizą – na wszelkie możliwe sposoby. Zacznę od tej pierwszej opcji, popularnej zwłaszcza wśród Polaków odwiedzających Podlasie.

Na mocy białoruskiego prawa utworzone zostały dwa obszary, na które można wjechać z Polski bez wizy. Pierwszy z nich to Grodno wraz z rejonem grodzieńskim, drugi to Brześć wraz z rejonami brzeskim, żabinkowskim, kamienieckim, prużańskim i świsłockim. Wjechać i wyjechać na warunkach bezwizowych możemy tylko na okreslonych przejściach granicznych – liczą się dwa przejścia kolejowe (Terespol – Brześć i Kuźnica Białostocka – Bruzgi), brzeskie i grodzieńskie lotniska oraz kilkanaście przejść drogowych, w tym piesze Białowieża – Piererow.

Bezwizowo możemy wjechać tam tylko w celach turystycznych na nie więcej niż 10 dni. Musimy również mieć wykupioną wycieczkę, ale tutaj jest akurat pole manewru. Istnieją bowiem agencje turystyczne organizujące pięciodniowe, dowolne wyjazdy na teren Brześcia i Grodna. Pięć dni to górna granica, związana pewnie z tym, że po jej przekroczeniu aktywny staje się obowiązek meldunkowy działający w całej Białorusi. Biur jest generalnie sporo – warto poczytać i poszukać na własną rękę, bo może akurat uda Wam się znaleźć coś bardziej odpowiedniego niż te najpopularniejsze 😉 Aha, pamiętajcie, że formalnie należy mieć ze sobą ok. 90 zł na każdy dzień pobytu – jest to jeden z oficjalnych obowiązków podróżujących po Białorusi. Warunkiem wjazdu jest również posiadanie ubezpieczenia podróżnego.

Druga opcja to przylot i wylot z lotniska w Mińsku. Od tego roku możemy w ten sposób przemieszczać się bezwizowo przez 30 dni (wcześniej było 5!). To świetna oferta, która w pełni wystarczy na zwiedzenie Białorusi. Jedyne o czym należy pamiętać to wspomniane już pieniądze, ubezpieczenie na minimum 10 000 euro i dopełnianie obowiązku meldunkowego, jeśli nie zamierzamy spać w hotelach bądź hostelach, które meldują turystów na własną rękę. Liczba wjazdów, a raczej wlotów nie jest ograniczona, ale polscy obywatele mogą przebywać w Białorusi tylko 90 dni w okresie 180-dniowym.

Przejdźmy jednak do klasycznej i nieraz najwygodniejszej opcji zwiedzania Białorusi. Czyli wjazdu z wizą. Istnieją dwa sposoby wyrobienia wizy – fizycznie w ambasadzie i drogą pocztową. Jestem dość konserwatywny w tej kwestii i wolę formalności załatwiać osobiście, tak też zrobiłem przed dwoma laty. Dla całej południowej i większości zachodniej Polski najbliższą placówką konsularną jest Warszawa, ale wizy można wyrobić też w Białej Podlaskiej, Białymstoku i Gdańsku.

Żeby wyrobić wizę trzeba złożyć wniosek wizowy (do pobrania na stronie ambasady) wraz z paszportem. ubezpieczeniem oraz zaproszeniem na Białoruś. Zaproszenie to pismo od instytucji (hotelu, hostelu etc.), bądź osoby fizycznej oferującej nam nocleg w Białorusi. Bardzo ważny szczegół – jeśli pierwszy nocleg macie, załóżmy, 3 maja to wiza nie może być wystawiona na datę wcześniejszą. Chyba, że pokażecie bilety na autobus albo pociąg z 2 na 3. Generalnie nie wyrabiają wiz na dni, na które nie ma potwierdzonego noclegu w hotelu albo potwierdzenia, że noc zostanie spędzona w środku komunikacji. Oczywiście można bez problemu znaleźć hostele i hotele z opcją bezpłatnego odwołania rezerwacji aż do samego końca 😉

Wchodząc do ambasady warto mieć wszystko dopięte na ostatni guzik – w środku nie można korzystać z telefonów. Niemniej, pracownicy ambasady są bardzo przyjaźni, w razie problemów pomogą Wam wypełnić wnioski wizowe albo podpowiedzą co należy wpisać. Jeśli jesteście studentami pamiętajcie, żeby w miejscu pracy wpisać nazwę uczelni, a jako zawód – student.

Po złożeniu wniosku wizowego należy udać się do położonej 500 metrów od ambasady placówki banku Millenium i zapłacić 25 euro za wizę. Z potwierdzeniem zapłaty udajemy się po odbiór wizy nie wcześniej niż po 5 dniach roboczych. Istotna rzecz – nie próbujcie się nawet dodzwonić do ambasady. Nic Wam nie powiedzą, ewentualnie trochę sobie pokrzyczą po swojemu i stwierdzą że nie mogą udzielać takich informacji. Zupełnie przeciwieństwo pracowników wydziału konsularnego, w którym wyrabia się wizy. Prawdopodobnie mają po prostu ostre zakazy dotyczące komunikacji telefonicznej i są sprawdzani.

Wizy można odbierać w dni robocze między 15 a 16. Wystarczy pokazać dowód wpłaty w okienku i można odebrać paszporty. Nie trzeba robić tego osobiście, jedna osoba może odebrać paszporty całej wycieczki bez upoważnień. Generalnie nie ma chyba możliwości, żeby uwalili Wam wniosek, o ile nie jesteście kryminalistami albo nie macie kontaktów z białoruską opozycją. Przy naszej pierwszej białoruskiej wyprawie trochę popłynęliśmy, bo odbieraliśmy wizy na 3 godziny przed odjazdem pociągu. No, ale udało się.

Do ambasady najłatwiej dojechać autobusem z dworca centralnego na Wilanów, numer 519. Budynek znajduje się kilkaset metrów obok przystanka końcowego, po drodze można jeszcze znaleźć ubezpieczenia AXA. Biznes się kręci. Samo ubezpieczenie najlepiej brać właśnie z AXY – przed rokiem kosztowało 24 złote. Pamiętajcie, żeby kopię umowy mieć ze sobą na Białorusi.

2. No to w drogę – przegląd środków transportu

Do Białorusi możemy dostać się na wszystkie klasyczne sposoby, a największe różnice to w tym przypadku cena i komfort. Zacznę od najdroższej opcji, czyli dostania się do Mińska drogą powietrzną.

Bezpośrednio trasę między stolicami obsługują obaj narodowi przewoźnicy – LOT i Belavia. Lot trwa około godziny i jest oczywiście najszybszym sposobem, by przedostać się bezpośrednio w rejony centralnej i wschodniej Białorusi. W tej chwili najtańsze bilety na majówkę zaczynają się od 585 złotych w obie strony i jeśli mam być szczery, to najzwyczajniej w świecie nie warto. Ta oto sprawna konkluzja sprawia, że pozwolę sobie przejść do opcji numer 2, czyli dojazdu autobusem.

Blisko dziesięciogodzinną nocną trasę z Warszawy do Mińska obsługuje FlixBus (flotą podwykonawcy BayerTrans), a bilety to w dwie strony to wydatek rzędu 200 złotych (może się zdarzyć nieco taniej bądź drożej, częściej to drugie). Jeśli ktoś nie ma nic przeciwko nocnym połączeniom autobusowym to jest to blisko trzykrotnie tańsza forma dojazdu niż wspomniany wyżej samolot. FlixBusem, a raczej innym jego podwykonawcą, Visit Tour dojedziemy też do Brześcia – podróż z Warszawy trwa około 4 godzin. Trasę między Mińskiem a wieloma miastami Europy obsługuje też przewoźnik Minsktrans, który ma konkurencyjne ceny, ale nie mam żadnych doświadczeń związanych z tą firmą. Nie udało mi się znaleźć też zbyt wielu opinii.

Zostaje nam ostatnia opcja publiczna opcja, czyli pociąg. Bilet na wagon sypialny w nocnym pociągu z Warszawy do Mińska kosztuje około 300 złotych od osoby, ale znacznie lepszym wyjściem jest dzienna oferta Mińsk Specjal, zorganizowana wspólnie przez polskie i białoruskie koleje. W cenie 18 euro możemy dojechać z Warszawy do Mińska (z krótką przesiadką w Brześciu), a pociąg wyjeżdżając o 8:35 z Centralnej dociera na miejsce o 18:46 czasu lokalnego. Jeśli wsiądziemy do pociągu w Terespolu zapłacimy jedyne 11 euro za przejazd do Mińska. Jeśli chcemy wysiąść w Brześciu, z Warszawy wyniesie nas to 13,80 euro, a z Terespola 7.

W kwestii pociągów można nawet bardziej pokombinować z cenami. Najciekawsza trasa pociągiem polega bowiem na dojechaniu do Terespola, przejechaniu minimalnego granicznego odcinka Terespol – Brześć i dalej złapaniu pociągu wgłąb kraju, bądź po prostu zatrzymaniu się na dzień lub dwa w nadbużańskiej twierdzy. Jest to wyjście równie ekonomiczne co Mińsk Specjal i najbardziej „podróżnicze”. Dzisiaj trasa pociągiem jest już łatwiejsza niż chociażby przed rokiem, ale przekraczanie granicy na raty i przesiadanie się na klasyczne białoruskie pociągi wciąż ma swój klimat. No i daje nam wolność. Na podobnej zasadzie pociągiem przedostaniemy się też do Grodna, z tym że zamiast Terespola należy podstawić tutaj Kuźnicę Białostocką.

Jak widzicie, dojazd do Białorusi można zorganizować na wiele sposobów. Szybkość ściera się tutaj z budżetowością i poczuciem przygody. Kwestia wygody jest subiektywna – dla mnie latanie samolotem zbyt wygodne nie jest, więc w przypadku podróży do Mińska bez wahania po raz drugi spróbowałbym trasy pociągiem, przynajmniej w jedną stronę. Uważam, że wyjazdy na wschód mają w sobie coś, co sprawia że warto przynajmniej część trasy odbyć pociągiem. Szczególnie po przekroczeniu granicy, zatapiając się w niezwykle wygodnych standardach kolejowych.

W tym miejscu napiszę jeszcze słowo o tajnikach przekraczania granicy pociągiem / autobusem. Zasadniczo nie jest to wielka filozofia – białoruska straż graniczna każe nam podpisać karty migracyjne, które są podstawą naszego legalnego pobytu na Białorusi i przetrzepie mniej lub bardziej dokładnie nasze bagaże i przedział. Nam zdarzyło się mniej dokładne trzepanie i w zasadzie moglibyśmy wwieźć tam wszystko. Podobnie przy wyjeździe z Białorusi ani białoruscy, ani litewscy celnicy nie zainteresowali się tym, czy nie łamiemy przypadkiem przepisów wjazdowych. Skądinąd wiem, że wyjeżdżając z Białorusi warto przewozić coś, co z góry zadeklarujemy gdy celnik zapyta nas o bagaż. Zasadniczo jesteśmy bowiem mniej podejrzani mówiąc, że jak najbardziej mamy ze sobą flaszkę, niż wyjeżdżając z kraju z pustymi rękami 😉

3. Przedsmak Białorusi, czyli czego spodziewać się po drugiej stronie Bugu?

Białoruś jest krajem zupełnie nieprzygotowanym na przyjmowanie turystów. To błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Z jednej strony możemy dzięki temu uciec od tłumów nawet w tak turystycznych okresach jak majówka, z drugiej jednak przedostanie się z atrakcji A do atrakcji B zajmuje nieraz pół dnia, bo Białorusini po prostu nie są świadomi tego, w jaki sposób mogą przygotować infrastrukturę turystyczną. Albo po prostu jej nie chcą. O ile w kilku miejscach widać, że faktycznie są przygotowane na odwiedziny z zewnątrz (Twierdza Brzeska, Nieśwież, Mińsk), o tyle w miejscowościach typu Borysów ciężko znaleźć nawet użyteczne dla turystów informacje, a zagadnięci o atrakcje danego miejsca ludzie (nawet hotelowa obsługa) rzucają krótkie „tam nic nie ma, po co Wy tam jedziecie?”

Społeczeństwo jest bardzo dużym atutem spędzania czasu w Białorusi. Niezależnie od tego czy wylądujemy w Mińsku czy na wsi, miejscowi ludzie są niezwykle ciepli i pomocni, szczególnie ci starsi, którzy szczerze interesują się tym skąd przyjechaliśmy i jak czujemy się w ich kraju. Przykładowo, kiedy w Nieświeżu mieliśmy problem z ogarnięciem powrotu do Mińska pomagał nam dosłownie cały dworzec, 15 osób wspierało nas w zamawianiu taksówki, kupowaniu biletu czy co tam jeszcze było potrzebne. Ostatecznie wylądowaliśmy na samym tyle rozklekotanego autobusu, w którym zerowaliśmy zapasy z dworcowego marketu. Nie polecam, obecności toalet w białoruskich autobusach nie stwierdzono.W Brześciu z kolei spotkaliśmy nauczyciela akademickiego, który zaprowadził nas parę kilometrów z centrum do twierdzy, opowiadając przy tym po polsku o historii miasta. Pełny pakiet wsparcia otrzymaliśmy również na hostelowej recepcji, gdzie mogliśmy dowiedzieć się o rozkładach jazdy niedostępnych zwykłemu niebiałoruskiemu śmiertelnikowi.

Skoro już o hostelu mowa, to on jak i generalnie masa innych miejsc, przypominały mi Polskę lat 80-tych z opowieści rodziców, której pozostałości widywałem jeszcze jako dziecko wychowując się na wsi i jeżdżąc na tanie mazursko-bałtyckie wakacje. Jeśli szukacie wygodnych łóżek, czystych łazienek i ręczników w pokoju to uderzajcie do Hiltona, albo jakiejś hotelowej perły socrealizmu. Ludzie w hotelu byli dość ciekawi, spotkaliśmy tam na pozór zupełnie przypadkowych turystów z zachodu i średnio miłych Rosjan, czyli taka wschodnia klasyka.

Pora na słowo o cenach, a to największy paradoks Białorusi. Kraj jest obiektywnie dość biedny, a ceny żywności czasem nie odbiegają od polskich. Szczególnie w knajpach czy sklepach w centrum Mińska. Ale alkohol to akurat żaden problem. Od czego są bowiem osiedlowe sklepy! Wódka – 15 zł za pół litra, najlepsze białoruskie piwo Lidskaje – ok. 4,5 zł za litr. W knajpie, do której zabrała mnie poznana Pani Białorusinka drinki były po 24 złote. Co mnie zdziwiło – dość oszukane bo wypiłem dwa mocne i mnie nie ruszyły. Jak widać europejskie standardy dotarły w tej kwestii aż do Białorusi. W centrum Mińska można znaleźć sporo fast-foodów, ale naprawdę warto spróbować lokalnego jedzenia ze sklepików i piekarń rozlokowanych w całym mieście, nawet jeśli nie wyglądają jakby miały dostać pozytywną ocenę sanepidu.

Napisałem już o tym jak dostać się do Białorusi, więc pora na kilka słów o tym jak się po niej przemieszczać. Spośród opcji pociąg, bus, taxi, stop nie testowaliśmy tylko ostatniej – mieliśmy zbyt napięty grafik by ryzykować. Pociągi są bardzo wygodne i nowoczesne, ale w tej kwestii państwa dawnego ZSRR stoją nieco wyżej od nas. Jeżdżą szybko, ale rzadko – z reguły ramy naszego zwiedzania wyznaczała godzina odjazdu ostatniego pociągu. Często była to 16-17. Nocne też się zdarzają, ale tutaj znowu pojawia się problem co robić przez 10 godzin w mieście, w którym jest jeden zamek. Przykładowe ceny biletów – do Brześcia 7 rubli, do Borysowa czy Haradziei po 4. Jeden rubel to około dwa złote. Jest więc niezwykle tanio.

Autobusy są ciut mniej wygodne i droższe od pociągów, ale za to dojeżdżają w więcej miejsc, szczególnie tych turystycznych. Za autobus do Nowogródka płaciliśmy 8 rubli od osoby. Sporo, ale na naszą kieszeń znośnie. Ceny za taksówki są z kolei niewielkie, o ile składa się w kilka osób.

Białoruś jest krajem bardzo uporządkowanym, zaskoczył mnie powszechny nawyk zatrzymywania się przed pasami, chyba tylko raz czy dwa w centrum Mińska ktoś nas nie przepuścił przez jezdnię. Ulice są czyste, regularnie patrolowane przez milicję i wojsko, które jednak zupełnie nie ingerują w życie ludzi. Dużym problemem na mieście bywa za to powszechna nieznajomość angielskiego, nawet w takich miejscach jak restauracje czy drogie sklepy (mają salon SuitSupply!).

Tyle jeśli chodzi o podstawy, którymi chciałem się z Wami podzielić w kontekście planowania wyprawy do Białorusi. Teraz kilka propozycji miejsc wartych odwiedzenia!

4. Co warto zobaczyć?

Zacznę oczywiście od Mińska, ale w zasadzie będzie to wstęp odsyłający Was do mojego innego wpisu. Mimo wszystko poświęcę mu tutaj dwa akapity – bo białoruska stolica to miasto, o którym zawsze warto coś opowiedzieć! Warto pamiętać, że obok naszej Warszawy Mińsk był w TOP3 zniszczonych po II WŚ miast i został odbudowany z wielką pompą w stylu socrealistycznym. Centrum miasta jest piękne tak bardzo, jak tylko piękny może być socrealizm – a wiadomo, że ten nurt potrafi od czasu do czasu rzucić na kolana. Spacerowe must-see to Praspiekt Niezalieżnosci (czy to aby na pewno dobra transkrypcja?) startujący spod potężnego pomnika Lenina i budynków rządowych. Centralna aleja wiedzie w kierunku, placu Zwycięstwa (Płoszczia Pieramogi) z niegasnącym ogniem i obeliskiem ku czci Armii Czerwonej. Po drodze spotkacie cyrk, Pałac Republiki, teatr, kilka przyjemnych parków no i Pałac Prezydencki. Warto wspomnieć, że na centralnym placu miasta znajdziemy… katolicki kościół (słynny Czerwony Kościół, niewątpliwie ważny architektoniczny i kulturowy wyłom w przestrzeni miasta) oraz galerię handlową znajdującą się kilka pięter pod ziemią. Do góry iść może tylko Lenin 😉 Oprócz niego w Mińsku przywita nas m.in. Feliks Dzierżyński, a białoruskie władze zdecydowanie nie biorą sobie do serca znanej w Polsce maksymy better dead than red.

Na tym jednak nie kończy się czerwony Mińsk. Odbijając na lewo za mostem nad Świsłoczą parkiem dojdziemy do Wyspy Łez, pomnika poświęconemu białoruskim żołnierzom poległym w inwazji na Afganistan. Jeszcze dalej znajduje się Park Zwycięstwa z muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, którego niestety nie zdążyłem odwiedzić. Zaraz obok Wyspy Łez znajdziecie urokliwą dzielnicę XIX-wiecznych kamienic, gdzie polecam zajrzeć do orientalnej knajpy Szaichana, maja bardzo dobre gruzińskie i uzbeckie dania. Wracając znowu na drugą stronę rzeki trafiamy do centrum biznesowego i okolicy zwanej Niamiha – tam znajduje się główne zagłębie barowo-klubowe Mińska.

Wygodnym sposobem poruszania się po Mińsku jest metro. Jeden przejazd kosztuje 60 kopiejek, czyli złoty dwadzieścia. Metro jest niezbędne jeśli chcemy dojechać futurystycznej Biblioteki Narodowej (bryła przypomina mi Bibliotekę Śląska na sterydach). Na 23 piętrze znajduje się taras widokowy, z którego niestety nic nie widać, bo jest zabezpieczony pleksi i kratami. Poza centrum Mińsk to dżungla blokowisk, sklepów i parków – solidne przeżycie, chociaż dzielnica w której żyję w Poznaniu wygląda dość podobnie. A skoro już o przedmieściach mowa, to pozwolę sobie teraz na ucieczkę z Mińska i zaproszę Was do wschodnich sąsiadów śladami mojego wyjazdu sprzed roku.

Zwiedzanie Białorusi zaczęliśmy od Nowogródka, z braku połączeń do innych miast raczej niż z patriotycznych pobudek 😛 Po trzygodzinnej podróży podskakującym wesoło autobusem (pociągi tam nie dojeżdżają) trafiliśmy do fenomenalnej restauracji Walerija zaraz obok nowogródzkiego dworca. Zjedliśmy tam najlepsze draniki (placki ziemniaczane ze śmietaną, lokalna potrawa narodowa) podczas całego wyjazdu i nasłuchaliśmy się jak to kiedyś wszystko było nasze od uczestników polskiej wycieczki. Miasto jest do zrobienia w 1,5 – 2 godziny na nogach, zaczynając od meczetu, idąc przez katolickie i prawosławne kościoły aż do dworku rodu Mickiewiczów. Nie nastawiajcie się, że w muzeum Mickiewicza ktoś mówi po polsku 😉 Samo muzeum nie rzuca na kolana – ot obrazki powieszone na ścianie. Na północ od dworu można znaleźć pomnik Mickiewicza i kopiec nazwany imieniem wieszcza, ale ktoś kto planował zrobić tam punkt widokowy zapomniał, że dookoła rosną drzewa. W parku znajdują się też ruiny zamku, w którym odbył się chrzest Litwy. Bonusową atrakcją Nowogródka jest toaleta na dworcu, która kosztuje 35 kopiejek.

Następnym celem na naszej mapie były Mir i Nieśwież. Dwa naprawdę piękne polskie zamki. Szczerze – to nie moja bajka, bo ani nie jestem wielkim fanem zamków (chyba że są w Czechach albo w górach, sam nie wiem czemu tak mam), ani nie wywodzę się od jakiejś wielkiej szlachty. Dojazd z Mińska do obu z nich to już dwubój, bo najpierw jedzie się pociągiem do stacji Haradzieja, a następnie autobusem, taxi lub stopem do Nieświeży i Miru. Obie miejscowości są oddalone o 15 kilometrów od Haradziei. Żeby było łatwiej – leżą idealnie po przeciwnych stronach. Za 12 rubli podjechaliśmy taksówką do Nieświeży, bo dworzec autobusowy wydał nam się zamknięty. Park zamkowy i sam zamek to świetna sprawa jeśli jest ciepło, w naszym przypadku nie było więc nie rozwinęliśmy zbytnio turystycznych skrzydeł. Na zamku nie byłem – bilet kosztował 26 złotych, a za 26 złotych znając już jakość białoruskich muzeów wolałem kupić litr wódki. Niemniej sam dziedziniec, który można zobaczyć bez biletu jest ładnie odrestaurowany. Na zamku stoi oczywiście pomnik Armii Czerwonej. Do Miru nie pojechaliśmy. Sam zamek widzieliśmy, bo autobus do Nowogródka się pod nim zatrzymał. Po przeczytaniu, że w muzeum zamkowym można obejrzeć np. plastikową szynkę uznaliśmy, że nasz czas i pieniądze są jednak zbyt cenne.

Kolejny cel naszej podróży to miasto, w którym nie ma zbyt wielu zabytków i atrakcji, ale w którym jest BATE. A jak wiecie, dla mnie i moich znajomych BATE to atrakcja z najwyższej półki. Borysów był pierwszym solidnym zetknięciem z miastem pełnym wielkich kombinatów przemysłowych i fabryk. Nas interesowały dwa konkretne miejsca – bateria stacjonowania wojsk Napoleona nad Berezyną, gdzie odbyła się jedna z najsłynniejszych bitew epoki napoleońskiej i Borisow Arena. Na stadion wzięliśmy taksówkę z dworca, bo znajduje się na rubieżach miasta (znowu 12 rubli włącznie z 15 minutowym czekaniem i powrotem na dworzec). Stadion robi świetne wrażenie, to futurystyczna bryła przypominająca trochę ptasie gniazdo położona w środku lasu. Architektonicznie warto też zobaczyć piękny stadion Dynama w Mińsku, ale jego piękno jest bardziej staromodne. Odwiedziliśmy fan shop BATE. Szalik -30 złotych, koszulka – 150. No cóż. Chociaż zapalniczka była za piątaka. Zabrakło nam czasu by zobaczyć stare miasto z synagogą i paroma kościołami. Niemniej widzieliśmy takie atrakcje w każdym innym mieście na Białorusi. Po samym mieście trochę widać, ze fasadowo jest doinwestowane i nie sądzę, by tak samo wyglądało 10 lat temu. Nawet mini park linowy tam mają!

Na koniec został nam jeszcze Brześć. To wyprawa na cały dzień – wyruszyliśmy z Mińska o 6:12, wróciliśmy po 22. Polecam wziąć w stronę Brześcia wagon sypialny. Wychodzi niewiele drożej od plackarty, a komfort jazdy jest nieporównywalny. W Brześciu powitał nas deszcz i pomnik Adama Mickiewicza, których na Białorusi jest sporo. Nasz wieszcz zajmuje chyba drugie miejsce po Leninie i ojcu języka białoruskiego Franciszku Skarynie. Zaraz obok dworca znajduje się Cerkiew Bracka, która wcale nie jest tak stara na jaką chciałaby wyglądać. Wbrew temu, co kiedyś przeczytałem, nie powstała ona na miejsce dawnej Cerkwi św. Mikołaja, w której podpisano unię brzeską – ta bowiem znajdowała się na starym mieście, wyburzonym w XIX wieku pod budowę twierdzy, do której jeszcze dojdziemy. Na rynku trzeba było wzywać karetkę do kompletnie pijanej kobiety, z jednej strony to smutne, z drugiej strony to pewien wschodni folklor. Jak wspomniałem, do twierdzy zaprowadził nas mówiący biegle po polsku nauczyciel. Twierdza jest w końcu czymś na Białorusi, co mogę nazwać atrakcją turystyczną. Wchodzi się przez bramę w postaci gwiazdy, w której usłyszeć można Świętą Wojnę w wykonaniu Chóru Aleksandrowa. Nad twierdzą góruje potężny obelisk i gigantyczny pomnik przedstawiający ludzką głowę. Wokół można pooglądać czołgi, częściowo zniszczone umocnienia, no i stanąć nad granicznym Bugiem. Na terenie twierdzy brzeskiej można też kupić wszelkie pamiątki związane z ZSRR. Popiersie Stalina – 14 rubli, plakaty z okresu WWO – 1,50, naszywki, magnesy ze Stalinem, wszelkie gruzińskie błyskotki– od 2 do 5 rubli. W samym mieście warto przespacerować się po centrum, wstąpić do kościołów i synagog oraz zerknąć na liczne budynki związane z historią naszego kraju. 7 godzin, jakie mieliśmy między pociągami w zupełności wystarczy.

Więcej zwiedzić podczas pierwszej białoruskiej majówki nam się nie udało, głównie z powodu nieprzyjemnych dla turysty rozkładów jazdy. Na stopa nie mieliśmy czasu, na taksówki pieniędzy, ale wydaje się, że to właśnie stop jest najlepszą opcją za Bugiem. Niemniej na wymienionych przeze mnie miejscach Białoruś wcale się nie kończy. Wszak nie pisałem jeszcze o Grodnie, które dla wielu z Was jest zapewne miejscówką must-see.

Zwiedzane Grodna warto rozpocząć od Cerkwii Świętych Borysa i Gleba, jednego z najstarszych zabytków sakralnych Białorusi. XIII-wieczna świątynia jest położona na wzgórzu, z którego rozciąga się malowniczy widok na Niemen i część starego miasta. Dla przeciwwagi warto udać się również do katolickiej katedry poświęconej Franciszkowi Ksaweremu – Grodno to bowiem rzadki w Białorusi tygiel religijny i kulturowy. Wolny czas warto poświęcić na spacer po centrum i wizytę w jednym z lokalnych muzeów, w których znajdziecie między innymi żelazka i ludzkie płody. Ciekawą wizytą kulturową może być również Muzeum Orzeszkowej, chociaż to nie moje klimaty podróżnicze. Grodno to również dwa zamki położone nad Niemnem, które jednak podobno grają w niższej lidze niż Mir czy Nieśwież. Stary zamek znajduje się aktualnie w przebudowie. Niemniej – z zewnątrz jak najbardziej warto!

Oprócz tych kilku klasyków warto rozważyć wizytę w Witebsku (muzeum Marca Chagalla, który przyszedł tam na świat), wypad do Orszy (miejsce mocno związane z polską historią militarną), wycieczkę do Homla (klimatyczny, klasycystyczny pałac) bądź dostarczającą mocniejszych wrażeń wizytę w Dzierżyniowie – gdzie znajdziemy muzeum poświęcone nikomu innemu jak Feliksowi Dzierżyńskiemu, którego popiersie wciąż spogląda na budynek KGB w Mińsku. Coś mi mówi, że ciekawa może być też Lida, ale to trochę strzał w ciemno – niemniej Lidskaje to najlepsze białoruskie piwo i naprawdę świetny produkt jak na wschodni koncerniak.

5. Last but not least…

Majówka w Białorusi to okres świąteczny – jego luźne granice wyznaczają 1 i 9 maja, czyli Święto Pracy i Dzień Zwycięstwa. Zwłaszcza ten drugi cały czas jest hucznie obchodzony na wschodzie, a przygotowania do białoruskiego Dnia Pieramogi znajdziecie niemal wszędzie w przestrzeni miejskiej Mińska i mniejszych miast.

Nie wchodząc w politykę dodam jeszcze, że Białoruś jest bardzo bezpieczna, a opowieści o milicji kasującej zdjęcia cyknięte pod siedzibą KGB czy pałacem prezydenckim Łukaszenki okazały się nieprawdziwe. W ogóle cała milicja na ulicach to studenci szkół policyjnych odbywający praktyki. Z taką wiedzą kraj od razu staje się przyjemniejszy.

Jak widzicie nie wspomniałem nic o noclegach – niekoniecznie jest to przeoczenie, uważam po prostu, że Białoruś jest na tyle tania, że warto przeszukać internet w poszukiwaniu czegoś najbardziej odpowiedniego pod kątem danego wyjazdu. Inna sprawa, że wyjątkowo (lubię nie tylko organizację wyjazdów samą w sobie, ale też poczucie kontroli nad swoimi podróżami) nie przyłożyłem ręki do szukania naszego mińskiego noclegu. Spaliśmy w Hostelu Viva niedaleko Dworca Centralnego. Było to przyjemne miejsce, ale ani lokalizacja, ale dostęp do dodatkowych udogodnień dupy tam nie urywał 😉 Warto jedynie pamiętać o tym, żeby miejsce, do którego jedziecie na 100% było legalną działalnością, która spełni za Was obowiązek meldunkowy.

Cóż, to by było na tyle. Jeśli o czymś zapomniałem – dajcie koniecznie znać, niewątpliwie do majówki pojawią się jeszcze aktualizacje!

Dodaj komentarz