Bałkany: wojna w 7 obrazach

Bałkany: wojna w 7 obrazach

Kiedy przed rokiem planowaliśmy niemalże trzytygodniową samochodową wycieczkę na Bałkany jedną z myśli przewodnich było zagłębienie się w dzieje wojen, które dwie dekady temu wstrząsnęły tym regionem. Będąc już na miejscu, oczywiście w granicach rozsądku, bardziej bądź mniej celowo spotkaliśmy się z pozostałościami konfliktu – w muzeach, miejscach pamięci, ale też (a może przede wszystkim) w rozmowach z ludźmi i przypadkowych wojennych pozostałościach. Opowiem Wam o sześciu, a w zasadzie siedmiu miastach i wioskach, z jakimi zetknęliśmy się podczas naszej wyprawy. Będzie to nie tylko opowieść o miejscach, w których możemy dowiedzieć się więcej o krwawych latach 90-tych na Bałkanach, ale także odrobina refleksji – aczkolwiek bez zbędnego w tym miejscu moralizowanie i politykowania. Bałkany bardziej niż jakikolwiek inny obszar dotknięty wojną przekonały mnie bowiem, że ważniejsze od dziejów polityków i wojskowych są życia i odczucia zwykłych ludzi – tak często pomijane w naszych rozmowach o historii. Spróbuję też uniknąć nadmiernego zagłębiania się w fakty historyczne – z jednej strony bowiem nie chciałbym przeładować wpisu detalami, a z drugiej nie uważam się za eksperta w sprawie Bałkanów i nie wątpię, że zainteresowani tematem będą mogli dotrzeć do znacznie bardziej kompleksowych informacji 😉

Postanowiłem tym razem skupić się niemal w pełni na tekście. Na dniach rozbuduję go o serię fotorelacji, które pojawią się na fanpejdżu wraz z paroma praktycznymi informacjami o poszczególnych miejscach, stay tuned!

Obraz pierwszy – Osijek

Wizyta w Osijeku była w zasadzie nieplanowanym wstępem do wojennego krajobrazu. Zatrzymaliśmy się tam na kawę po drodze do Vukovaru, a do eksploracji miasta skłonił mnie znajdujący się kawałek od historycznego centrum pomnik czerwonego Fiata. Ta niezwykle ciekawa instalacja składa się z czołgu taranowanego przez włoski samochód i jest symbolem faktycznego zdarzenia z przedednia bitwy o Osijek, kiedy jeden z mieszkańców miasta postawił swój samochód na drodze kolumny serbskich czołgów próbującej zająć miasto. Wtedy oczywiście role były odwrócone – to czołg przerobił niewielki pojazd na mielone. Wydaje mi się też, że w oryginale była to produkowana na licencji fiata Zastava, ale na motoryzacji znam się średnio. Po dotarciu na miejsce okazało się, że Fiat wcale nie jest już czerwony, ale został przemalowany na chorwacką szachownicę. Cóż, byliśmy tam dzień po przegranym przez Chorwatów finale piłkarskiego Mundialu, a symbole kibicowskiego oddania narodowej reprezentacji były powszechne w całym kraju. Przemalowanie pomnika świadczy niewątpliwie o dystansie, jaki Chorwaci mają dzisiaj do minionych wydarzeń – ale też o wielkim znaczeniu ich piłkarskiego sukcesu.

Spacerując uliczkami historycznego centrum miasta wciąż można znaleźć miejsca noszące ślady po kulach. Serbskie wojska próbowały zdobyć miasto w okresie od sierpnia 1991 do czerwca 1992 – bezskutecznie. Miasto było regularnie ostrzeliwane przez artylerię, a największe zniszczenia poczynione zostały jesienią 1991, kiedy siły serbskie posunęły się do przodu po zajęciu Vukovaru. Jakkolwiek na wiosnę walki wokół miasta zostały zakończone, to ostatnie bombardowanie Osijeka miało miejsce jeszcze w roku 1995. Poważnie zniszczone miasto, które wskutek działań wojennych straciło ponad 1700 obywateli, w tym prawie 400 cywilów, zostało stopniowo odbudowane. Dzisiaj mogę je z czystym sumieniem polecić jako przyjemne miejsce na spacer, jeśli ktoś zawita akurat do tej niezbyt popularnej okolicy.

Historia czerwonego Fiata z Osijeka została uwieczniona na filmie – znajdziecie ją pod tym linkiem (właściwa akcja od 2:00).

Obraz drugi – Vukovar

Północno-wschodnia część Chorwacji to bez wątpienia najmniej turystyczny region kraju. Pozbawiony wybitnych walorów Makarskiej czy Dubrownika ma jednak istotne znaczenie dla Chorwatów – był świadkiem jednych z najostrzejszych starć między siłami młodej Republiki Chorwacji a wojskami Republiki Serbskiej Krajiny. Wojna rozgorzała latem 1991 roku, a jej celem było odłączenie ziem zamieszkanych w większości przez Serbów (60% w Krajinie) od Chorwacji. Jedną z pierwszych i najbardziej heroicznych batalii było oblężenie Vukovaru trwające od 25 sierpnia do 18 listopada. 1800 chorwackich obrońców przez 87 dni broniło miasteczka przed lepiej wyposażoną i blisko trzydziestokrotnie liczniejszą armią serbską. To były chorwackie Termopile. Symbolem cierpienia miasta stał się szpital pełniący funkcję głównego punktu medycznego dla obrońców. Po upadku Vukovaru serbskie oddziały dokonały rzezi pacjentów szpitala, przewiezionych na farmę Ovčara położoną tuż za miastem. Do dzisiaj nieznana jest dokładna liczba ofiar masakry, ale szacuje ją się na 260-264 osoby. To była największa tego rodzaju zbrodnia w Europie od czasu II wojny światowej.

Do Vukovaru dotarliśmy zbyt późno by wstąpić do wcześnie zamykanego muzeum bitwy, umieszczonego w szpitalu, który odegrał w niej kluczową rolę. Dotarliśmy też zbyt wcześnie, by wejść na teren innej ikony bitwy – ostrzeliwanej przez artylerię wieży ciśnień, na której dumnie powiewała chorwacka flaga. Z tym drugim niewiele jednak mogliśmy zrobić – wieża znajduje się obecnie w renowacji, która ma uczynić z niej interaktywny punkt widokowy i centrum pamięci. Na terenie odnowionej wieży znajdzie się miejsce dla restauracji, placu zabaw i centrum konferencyjnego. To kolejny znak czasów, pokazujący że Chorwaci pragmatyzują swoje spojrzenie na minione konflikty.

Miasto wróciło w ręce poprzednich właścicieli dopiero w roku 1998. Vukovar posiada dzisiaj tytuł Miasta-Bohatera i pełni ważną funkcję w świadomości Chorwatów. Wojenna przeszłość miasta jest widoczna gołym okiem niemal wszędzie. Już wjeżdżając do miasta wita nas „ozdobione” pojazdem pancernym muzeum poświęcone zmaganiom bałkańskich wojsk. Centrum do dzisiaj zachowało w sobie naruszone przez wojnę budynki, które stojąc zamknięte na cztery spusty (a przynajmniej oficjalnie zakazane jest wejście do nich) przypominają o tym w jakim stanie Vukovar wyszedł z krwawego oblężenia. Pełny obraz wydarzeń oferują muzea, z których najważniejsze to Miejsce Pamięci we wspomnianym szpitalu, Centrum Pamięci na farmie Ovčara i Spomen dom hrvatskih branitelja na Trpinjskoj cesti.

Praktycznie wskazówki dotyczące Osijeka i Vukovaru oraz parę moich zdjęć znajdziecie tutaj

Obraz trzeci – Belgrad

O Belgradzie jako mieście niezwykle interesującym pisałem już wcześniej, więc dzisiaj skupię się na wojennych przeżyciach miasta. Serbowie, którzy w poprzedniej części wystąpili jako oprawcy, znajdą się tym razem w charakterze ofiar. To dla bałkańskich wojen typowe, ale należy pamiętać o najważniejszym rozróżnieniu – na działania wojskowe i problemy cywilne. Bo o ile serbska armia była zaangażowana w wiele dalekich od moralności operacji, tak setki tysięcy mieszkańców Belgradu nie były winne polityki, która zrzuciła na ich miasto bomby wiosną 1999 roku.

To wtedy siły NATO serią nieustających nalotów postanowiły skłonić Serbów do wycofania się z Kosowa. I chociaż celowano w obiekty militarne i rządowe to łatwo możemy sobie wyobrazić w jakim strachu żyli zwykli mieszkańcy Belgradu w ciągu tych 78 dni. Łatwo się zresztą domyślić, że pomimo deklaracji ludność cywilna i tak ucierpiała fizycznie. Różne strony podają różne liczby, ale możemy bezpiecznie przyjąć, że ponad 400 cywili zginęło podczas bombardowań. Jednym z najbardziej znanych przykładów wątpliwych działań ze strony atakujących było, omyłkowe podobno, zbombardowanie chińskiej ambasady w nocy z 7 na 8 maja.

Do dzisiaj w Serbii łatwo usłyszeć i przeczytać o zbrodniach NATO, a samo bombardowanie Belgradu wzbudziło zastrzeżenia i niepokój również daleko poza granicami kraju. Najważniejszą jego pozostałością są ruiny Sztabu Generalnego jugosłowiańskiej armii. Pozostałością materialną oczywiście, bo rysy na świadomości i psychice pozostawione przez dramat lat 90-tych pozostają do dzisiaj niezmierzalne, częściowo niewidzialne – i praktycznie najważniejsze.

Obraz czwarty- Gračanica

Niegdyś spokojna wioska w centralnej części Kosowa stała się wskutek wojny ostoją serbskiej mniejszości w okolicy Prisztiny. To tam, wokół zabytkowego prawosławnego monasteru, na przestrzeni kilku kilometrów skupia się kulturalne i polityczne życie jednej z najważniejszych grup Serbów w Kosowie – w większości są to bowiem ci, którzy musieli uchodzić ze stołecznej Prisztiny.

Wioska przywodzi na myśl lustrzane odbicie otaczającego jej świata. Kosowskie i albańskie flagi zastąpione są tutaj przez serbskie emblematy, na sklepowych szyldach spotkać można cyrylicę, a znany prisztiński pomnik z napisem „NEWBORN” przypomina podobny, tutaj poświęcony „MISSING”, czyli ludziom zaginionym podczas wojny lat 1998-99. Temat ten przewinął się już wcześniej podczas mojej podróży, dokładnie i brutalnie rozpisany na transparentach wystawionych przed budynkiem Zgromadzenia Narodowego w Belgradzie.

Przyznam, że nie mieliśmy zbyt dużo czasu by zwiedzić Gračanicę. Podjechaliśmy tam taksówką ze stolicy i nie do końca byliśmy pewni, na ile serbskie miejscówki możemy zobaczyć wożeni przez naszego kosowskiego kierowcę. Sam fakt, że nie wiedział, w którym miejscu należy zatrzymać się by wejść do monasteru rzuca pewne światło na lokalne relacje – wszak Gračanica leży tuż za rogatkami Prisztiny i powinna być dobrze znana osobom tak wsiąkniętym w lokalny krajobraz jak taksówkarze… Niemniej, prawosławne zabytki sakralne w Kosowie również stanowią ważny element dzisiejszych problemów. Graczanicki monaster jest jednym z czterech serbskich obiektów sakralnych na terenie młodej republiki, które zostały wpisane na listę zagrożonych obiektów dziedzictwa kulturowego UNESCO. Wskutek politycznej niestabilności i kulturowych rozgrywek przyszłość średniowiecznych zabytków jest dzisiaj niejasna

Obraz piąty – Mostar

Następnym wojennym przystankiem na trasie jest Mostar – miasto, którego losy doskonale opowiedziane są przez… futbol. Historyczne starcie między dwoma lokalnymi klubami, Zrinjskim i Veležem, zawiera w sobie wiele motywów typowych nie tylko dla piłki nożnej w regionie. Zrinjski Mostar, klub chorwacki, wśród kibiców którego dominują prawicowi radykałowie, został w okresie komunistycznym rozwiązany z powodu stosowania symboliki narodowej. Reaktywowany w roku 1992 szybko stanął na sportowe i kibicowskie nogi. Podczas trwającej przez następne trzy lata wojny w Bośni Mostar podzielony został na zajętą przez Chorwatów część zachodnią i zajętą przez Boszniaków część wschodnią. Po chorwackiej stronie miasta znalazł się Stadion pod Bijelim Brijegom, obiekt popularnego i silnego w latach 80-tych Veležu. W efekcie przeprowadził się na niego Zrinjski, a stadion stał się kością niezgody między skłóconymi społeczeństwami…

Drugi mostarski klub w okresie komunizmu promowany był jako wielokulturowy. Albo źle się wyraziłem – był klubem wielokulturowym. Przez lata stanowił przykład sportowego połączenia różnych żywiołów etnicznych i religijnych. Na arenie europejskiej udało im się dojść do ćwierćfinału Pucharu UEFA w 1975 roku, gdzie ulegli holenderskiemu Twente Enschede. Ale po wojnie wiele się zmieniło. Pozbawieni swojego stadionu, odbudowujący klub po ciężkich doświadczeniach wojny ludzie związani z Veležem musieli zaczynać praktycznie od zera, przenosząc się za miasto, na stadion Vrapčići. Drużyna straciła na znaczeniu, a najwidoczniejszą pozostałością dawnych lat jest środowisko kibicowskie skupione w Czerwonej Armii Mostaru. Jak sama nazwa wskazuje, została radykalnie lewicowa symbolika, co w skali Bałkanów jest szalenie rzadkie (innym lewicowym klubem w regionie jest, również bośniacki, Celik Zenica). Symbole niekoniecznie są dziś tożsame z ideami – ruch ultras skupiony wokół Veležu zaczął bowiem pod naporem Chorwatów schodzić na pro-boszniackie i pro-muzułmańskie pozycje, a dawna wielokulturowość zaczęła ustępować nacjonalizmowi zwróconemu ku muzułmańskiej Bośni. Dzisiaj klub znów jest bardziej otwarty – ale etniczno-religijne zaszłości nie znikną z dnia na dzień.

Sam Mostar posiada jednak wiele więcej reliktów wojny – od dziur po kulach w budynkach i drogach po słynną wieżę snajperską umieszczoną w centrum miasta. Jest to budynek dawnego banku, z którego w okresie wojennym rozciągał się widok na okolicę. Wówczas wykorzystywali to snajperzy, dzisiaj zaś na wieżę (nie do końca legalnie) mogą wdrapać się śmiałkowie szukający urbexowych wrażeń, niezłych widoków ale też antywojennych graffiti. Również wizytówka Mostaru, kamienny Stary Most, ucierpiała w wyniku wojny. To, co widzimy dzisiaj jest niestety jedynie rekonstrukcją obiektu, z którego w nurt spienionej Neretwy za drobną opłatą skaczą lokalni śmiałkowie.

Fotorelację z Mostaru znajdziecie tutaj

Obraz szósty – Sarajewo

Mimo wszystko żadne z opisanych dotąd miejsc nie jest pomnikiem tak znaczącym dla wojen bałkańskich jak Sarajewo. To tam, w bośniackiej stolicy, skumulowały się największe osobiste tragedie. Trwające blisko cztery lata oblężenie miasta przez serbskie oddziały przyniosło mieszkańcom Sarajewa strach, głód i wielokrotnie śmierć, a światowa opinia publiczna po raz drugi, po Vukovarze, zwróciła wtedy uwagę na zbrodnie dokonywane na Bałkanach.

Dzisiaj Sarajewo mówi o swojej przeszłość na dwa sposoby. Przede wszystkim widoczna jest ona wszędzie tam, gdzie wojenne zniszczenia nie zostały usunięte – w poszatkowanych pociskami murach bloków, w pozostawionych gdzieniegdzie ruinach czy w końcu w pozostałościach instalacji sportowych wybudowanych na Zimowe Igrzyska Olimpijskie 1984. Druga historia opowiedziana jest przez miejsca stworzone dla upamiętnienia wojny. Poczynając od wypełnionych białymi mogiłami cmentarzy wojennych, na muzeach przedstawiając poszczególne aspekty oblężenia i wojny kończąc. Znajdziemy tu zarówno placówki poświęcone walkom o Sarajewo samym w sobie, jak i muzea poświęcone ludobójstwom czy zbrodniom przeciwko ludzkości. Jednym z najpopularniejszych jest tunel pod sarajewskim lotniskiem, który w okresie wojny pozwolił na skontaktowanie oblężonego miasta ze światem, transport potrzebnych zapasów i ewakuację ludności. Dzisiaj udostępnione do zwiedzania jest niestety jedynie 25 metrów oryginalnie 800-metrowego przejścia łączącego miasto z terenami nieopanowanymi przez Serbów. Swoje miejsce pamięci w centrum Sarajewa otrzymała także Srebrenica, a z biletu zakupionego w Galerii 11/07/95 możemy korzystać przez dwa dni, co pozwala na dokładną refleksję. Spacerując ulicami Sarajewa warto patrzeć pod nogi – w wielu miejscach znajdziemy tutaj tzw. róże, miejsca wybuchów moździerzy zostawiających charakterystyczny odprysk w asfalcie. Te wypełnione czerwoną żywicą oznaczają miejsca, w których ostrzał przyniósł komuś śmierć.

Warto pamiętać, że miasto podzielone jest dzisiaj na dwie części. Obok „właściwego” Sarajewa istnieje bowiem Sarajewo Wschodnie – stworzone z okolicznych wiosek i miejscowości serbskie Sarajewo, w którym zaczyna się Republika Serbska i do którego dojedziemy łapiąc autobus do „Sarajewa” z dzisiejszej Serbii. Oba te Sarajewa rozdzielone są górami, na które warto się wdrapać, by znaleźć kolejne przykłady opuszczonych przez wojnę instalacji takich jak Park Pamięci Vraca. I spojrzeć na dzisiejsze, dynamicznie rozwijające się Sarajewo z góry. Tak, jak patrzyli na nie serbscy artylerzyści w latach 90-tych.

A po zwiedzaniu warto zatrzymać się w ikonicznym hotelu Holiday, zbudowanym na potrzeby olimpijskie obiekcie, który podczas wojny gościł międzynarodowych dziennikarzy i długo znajdował się w ruinie. Tuż pod nim rozpościera się ulica Smoka z Bośni, znana jako Aleja Snajperów, która podczas wojny stała się miejscem dramatycznej walki o dostęp do wody pitnej. Wojna, choć dawno skończona, wciąż żyje w miejskiej tkance Sarajewa. Połączona z innymi aspektami wielowiekowych dziejów miasta (wszak to tam rozpętano I wojnę światową!) łączy się w obraz niezwykle ważny dla zrozumienia naszego świata. Napiszę jeszcze o tym kiedyś w osobnym tekście, zapraszając Was do Sarajewa nie tylko wojennego.

Obraz siódmy – Srebrenica

Moje pierwsze spotkanie ze Srebrenicą podczas wyjazdu to plakaty pod serbskim parlamentem głoszące konieczność ukarania muzułmańskich zbrodniarzy wojennych za masakrę na niewinnych Serbach. Nie ukrywam, że pojawienie się tej retoryki w tak centralnym dla Serbii miejscu nieco mnie zaskoczyło, szczególnie że większość plakatów poświęcona była znacznie świeższej sprawie Kosowa. Wieczorem tego samego dnia rozmowa z nowopoznanymi Serbkami zeszła na politykę i akurat zdołałem o to zapytać – ale co znamienne, o ile dużo rozmawialiśmy o Albanii, Rosji, prawach kobiet czy kwestiach religijnych, o tyle po moim pytaniu o Srebrenicę rozmówcy zaczęli się naradzać po swojemu, a moje umiejętności językowe nie pozwoliły wychwycić wszystkiego. Po wszystkim stwierdzili, że nie jest to dla nich zbyt znana kwestia i raczej się nie wypowiedzą.

Drugie spotkanie ze Srebrenicą to oczywiście Sarajewo. Tam, w samym centrum miasta, znajduje się Galeria 11/07/95 poświęcona masakrze bałkańskiego miasteczka. Miejsce warte uwagi, bo chociaż niewolne od narodowej polityki historycznej, to jednak rzetelne w swoim przekazie. Jest to przekaz uwrażliwiający przede wszystkim na cierpienia ludności cywilnej – czyli to, co osobiście uważam za największy dramat wojen lat 90-tych. W cieniu wojska i polityki to właśnie ludność cywilna straciła wtedy najwięcej – i wróciłem z Bałkanów z przekonaniem, że cały czas polityka przesłania ten obraz i nie pozwala na wyciągnięcie na wierzch najważniejszego humanitarnego aspektu.

Do trzeciego spotkania nie doszło. Mimo rozważań nie pojechaliśmy do Srebrenicy. Po części nie zmieściliśmy jej w planie, ale przede wszystkim miałem wątpliwości, czy powinniśmy tam jechać. Szczególnie w formie dość drogiego wyjazdu z Sarajewa. Jest to bowiem miejsce, którego historia wciąż żyje i nie wiem jak sami lokalni mieszkańcy podchodzą do odwiedzających. Być może kiedyś będę miał okazję odwiedzić miejsce masakry, ale jeśli do tego dojdzie, wolałbym mieć pewność, że moja obecność tam nie dotyka świeżych wciąż ran lokalnej społeczności. To uważam bowiem w odwiedzaniu miejsc związanych z niedawnymi konfliktami za najważniejsze. Możemy dociekać, możemy oglądać, możemy interpretować, ale cokolwiek robimy, powinno iść w parze z głębokim szacunkiem dla obiektu naszego zainteresowania. Na szczęście jako historyk mogłem sobie z tym poradzić. Dwojako – z jednej strony balansując na granicy etycznego zagłębiania się w temat, ale też potrafiąc z dostępnych mi okruchów stworzyć obraz, który, jak wierzę, pozwolił mi lepiej zrozumieć skomplikowane dzieje Bałkanów.

Na koniec krótka zapowiedź nadchodzących fotorelacji!

Role się odwróciły – dzisiaj to chorwackie auto taranuje nadjeżdżający czołg. Muszę przyznać, że to jeden z najciekawszych pomników wojennych jakie widziałem w ostatnich latach.
Część zniszczonych zabudowań Vukovaru została pozostawiona, by przypominać o losie miasta. Nieraz można spotkać i takie, które na parterze zostały względnie odrestaurowane, ale piętra wciąż stoją puste.
Zagrożony przez polityczne i religijne spięcia Monaster w Gračanicy. Otoczony wysokimi murami sprawia wrażenie twierdzy, a wręcz ostoi serbskości. Wejść do środka budynków sakralnych jest podobno niezwykle ciężko – my nawet nie próbowaliśmy, bo trwały modlitwy.
Jak wspomniałem, Czerwona Armia Mostaru to jedna z nielicznych lewicowych ekip kibicowskich na Bałkanach. Niestety, w naszych czasach głównie dotyczy to symboli, natomiast część trybun poszła w klasyczną, wschodnioeuropejską stronę.
Sarajewskie blokowiska mają historię wypisaną na swoich murach.

Dodaj komentarz