2018 – Garść podróżniczych podsumowań

2018 – Garść podróżniczych podsumowań

Święta i Sylwester to zawsze okazja do podsumowania tego, co zrealizowaliśmy w ubiegłym roku i rozważań nad tym, czego zrobić nam się nie udało. Dla mnie 2018 był podróżniczo niezwykle udany. A skoro jak dotąd nie zszedłem na blogu z tematów turystycznych – to na nich skupię się w dzisiejszym dziewięciopunktowym podsumowaniu. Postanowiłem wystawić sobie rachunek złożonych z trzech najważniejszych miejsc, jakie odwiedziłem, trzech lekcji, jakie wyciągnąłem z podróży i trzech marzeń, jakie na koniec roku mogę z pełnym przekonaniem zapisać pod karteczką z liczbą „2019”.

Od stycznia spędziłem w podróży niemal 60 dni. 15-krotnie wybierałem się za granicę, chociaż parę razy były to wyjazdy zupełnie bliskie. Byłem w 26 krajach, z czego 18 razy była to pierwsza wizyta w danym miejscu. Intensywnie, ale też przez większość roku miałem wyjątkowe jak na swoje braki wolnego czasu możliwości. Wiem już, że 2019 będzie pod tym względem inny – ale też wchodzę w niego z innymi planami. Zanim przejdę do rzeczy – przeglądowa mapka (jeszcze) tegorocznych wojaży.

Swoją drogą polecam stronę MapChart, to mój ulubiony generator internetowych map.

Punkt pierwszy, czyli trzy cele, które zrealizowałem i które sprawiły mi pełną satysfakcję:

-Naddniestrze. Państewko, które działało na mój umysł jeszcze kiedy jako małe dziecko składałem swoją wiedzę o świecie z urywków tego co wyczytałem w encyklopediach i internecie. Jechałem tam z poczuciem wyjazdu do miejsca, które jest wyjęte ze wszelkich norm panujących w naszym regionie i totalnie odczułem to będąc na miejscu. Tyraspol to jedno z miast, które z automatu trafiły na moją listę „wiem, że chcę tam wrócić”.

-Ateny. Miałem w Atenach jedną noc i uważam, że wykorzystałem ją w pełni. Począwszy od zamkniętego niestety Akropolu, poprzez imprezowe serca miasta aż po anarchistyczną dzielnicę Egzarchia. Alkohol, historia wypisana na ulicach i szemrane fast-foody. Wszystko to zakończone wschodem słońca na wzgórzu, u stóp którego usłyszeliśmy „don’t go there, it’s dangerous” od wiekowego strażnika. Olaliśmy go, a kilka tygodni później obrabowano tam dwójkę polskich turystów. Well, tam tez zdecydowanie wracam! (ale wolałbym, żeby tym razem również mnie nie okradli)

-Sarajewo. Kluczowy punkt mojego bałkańskiej wyjazdu szlakiem wojennej i politycznej przeszłości. Ważna lekcja historii i stosunków społecznych w miejscu, które przeżyło szok pozornie nieprzystający do Europy na przełomie XX i XXI wieku. A poza tym przyjemne miejsce na wieczorne wyjście na stare miasto, chociaż nie tak żywe jak Belgrad.


Punkt drugi, czyli trzy rzeczy, których się nauczyłem:

-Samotne podróżowanie na wyższych obrotach. Wcześniej zdarzało mi się robić kilkudniowe city breaki bądź przemieszczać się samodzielnie po większych obszarach Polski, ale to we wrześniu pierwszy raz wybrałem się gdzieś na dłużej z plecakiem i paroma rezerwacjami w najtańszych hostelach. Jeśli spodziewacie się czegoś hardkorowego muszę Was niestety rozczarować – podróżowałem po Francji i Włoszech. Niemniej była to dla mnie cenna lekcja. Przede wszystkim nauczyłem się planowania na zupełnie innym poziomie, przewidywania pewnych kwestii i reagowania w sytuacjach kryzysowych. A te ostatnie zdarzały mi się jak na Europę dość często, od problemów z przeniesionym przystankiem autobusowym zaczynając na idiotycznym rozwaleniu sobie nogi kończąc. Nauczyłem się oszczędzać, co w grupie nie zawsze mi wychodzi. Wróć, nigdy mi nie wychodzi. Tym razem było lepiej, chociaż zamrożenie 200 zł z mojej karty przez mediolański hostel wymogło interwencję finansową z Polski. Chociaż nie jestem fanem samotnego podróżowania, coraz częściej ambitne plany wymagają ode mnie samodzielnego ruszenia tyłka. Teraz mam więcej empirycznych narzędzi, by nie bać się ruszenia samodzielnie gdzieś poza Stary Kontynent.

-Grupowe wyjazdy potrzebują silnego lidera. Brzmi mocno? Na pewno słabiej niż wkurwienie w momencie, kiedy okazuje się, że nikt nie miał jakiejś ważnej kwestii pod kontrolą. Zdarzyły mi się w tym roku wyjazdy organizowane nieco anarchistycznie i za każdym razem wychodziło więcej fuck-upów niż tam, gdzie wiedziałem (albo ktoś inny wiedział), o której reszta ekipy chodzi spać i czy podnosi deskę przy sikaniu. Dalej jestem zwolennikiem maksymalnej demokracji przy planowaniu wyjazdu. To naturalna podstawa wspólnego podróżowania – każdy z nas dokłada od siebie to, co chce zobaczyć na miejscu. Niemniej już tutaj potrzeba kogoś, kto zepnie całość – szczególnie w przypadku rozbieżności między czasem wyjazdu a listą must-see. Im dalej w „praktyczny” las, a zatem kiedy w grę wchodzą dokumenty i rozmaite formalności wyjazd musi mieć lidera. Albo nawet „dyktatora”, o z pojęciem lidera kojarzy mi się charyzma, a tutaj po ustaleniu planu trasy nawet nie trzeba charyzmy – wystarczy być sprawnym biurokratą. Złożenie całego wyjazdu w ręce zaufanej jednostki jest bezpieczniejsze niż rozbicie odpowiedzialności na wszystkich uczestników. Serio!

-W podróży nie zawsze warto oszczędzać. Czyli trochę przeciwieństwo tego, co często słyszymy i myślimy w kontekście taniego podróżowania. Tanie bilety, tanie hotele, tania komunikacja – jak najbardziej, ale planując dłuższy wyjazd warto zorganizować go tak, żeby chociaż jedną kluczową noc spędzić w lepszych warunkach niż inne. Albo jeden fragment pokonać samolotem zamiast trzeci raz w ciągu wyjazdu spędzić 10 godzin w pociągu. Kiedyś miałem tendencję do maksymalnego zbijania kosztów, dzisiaj podchodzę do tego nieco bardziej liberalnie – jestem gotowy sprzedać część „autentyczności” za garść srebrników dających dostęp do samodzielnego pokoju i ciepłej wody po dwóch dniach w podróży.


Punkt trzeci, czyli trzy cele, z którymi wchodzę w Nowy Rok:

-Ukończyć europejskie wyzwanie. Nieco ponad rok temu obiecałem sobie, że zanim wyjadę gdzieś dalej za Ural bądź Morze Śródziemne chciałbym lepiej poznać Europę. Jako, że mam naturę kolekcjonera wyzwanie to przyjęło jasne ramy – odwiedzić wszystkie kraje Europy. Znalazło się ich na mojej liście 49 – 45 uznawanych, Kosowo i Naddniestrze oraz Cypr, a raczej oba Cypry. Te ostatnie zastąpiły Kazachstan, który chciałem odwiedzić i nawet miałem tam bilety, ale… mój lot został odwołany. A ja usiadłem na spokojnie i zdałem sobie sprawę, że może to dobry znak – wszak Cypr to ważny ośrodek naszej cywilizacji, kraj niezwykle ciekawy politycznie, a na dodatek w Kazachstanie nie miałbym okazji odwiedzić jego niewielkiej europejskiej części. Zostawiam go zatem na wyjazd do Azji Środkowej, a tymczasem mam przed sobą cztery ostatnie cele – Islandię, Rosję, Stambuł i Cypr. Dwa pierwsze w toku realizacji, dwa ostatnie – w fazie wakacyjnych planów.

-Popracować trochę za granicą, optymalnie w branży turystycznej. Mocno wiążę ten cel z ambitnym planem nauczenia się języka estońskiego – jeśli wszystko pójdzie dobrze, to właśnie Tallinn stanie się moim wakacyjnym celem. Nie chodzi o zarobek, ale kolejną kulturową wymianę i przeżycie czegoś fajnego wśród ludzi podobnych do mnie. Oprócz tego rozważę pewnie kolejnego Erasmusa i 2019 skończy się podobnie jak 2017 – z większą ilością czasu spędzanego poza Polską niż w Polsce. Ten poprzedni rok był pod wieloma względami przełomowy – zatem nie ma się czego obawiać!

-Dokończyć eksplorację czeskiego Śląska. Brzmi przyziemnie? Wcale nie! Totalnie nie miałbym w nadchodzącym roku czasu na to, by wybrać się na eksplorację Australii czy Meksyku, ale będę miał go akurat tyle, by dokładnie zwiedzić graniczący z moją małą ojczyzną region Czech. Lubię odkrywać tam nowe miejsca, które kryją w sobie pozornie kiepskie, a jednak bardzo klimatyczne i „inne” atrakcje turystyczne. Przy okazji mógłbym w końcu ruszyć się i poznać trochę lepiej polski Śląsk (przede wszystkim Cieszyński i Górny), na którym spędziłem 21/22 życia, a wciąż znajdę w nim miejsca na liście do odwiedzenia.

Udanego Sylwestra i Szczęśliwego Nowego Roku! 🙂

Dodaj komentarz